fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Prezydentura niewykorzystanej szansy

Lech Kaczyński
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Lech Kaczyński jeszcze nie wykorzystał swojej szansy. Być może dopiero czas rządów PO sprawi, że prezydent stanie się bardziej wyrazistą osobistością polskiej sceny politycznej – ocenia publicystka „Rzeczpospolitej” Joanna Lichocka
Co do jednej sprawy, po dwóch latach rządów prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zgadzają się niemal wszyscy, nawet jego zatwardziali przeciwnicy. Na czele państwa stoi człowiek przyzwoity, patriota, o wielkiej osobistej uczciwości. To wcale nie jest tak mało, jak na warunki polskiej polityki po ’89 roku. W końcu żaden z jego poprzedników z taką zgodną konstatacją się nie zetknął. Warto o tym pamiętać, utyskując na nieumiejętności medialne prezydenta, jego humory czy emocjonalność. Gdy wspomnimy czas prezydentury Lecha Wałęsy z wachowszczyzną i falandyzacją prawa, z groźnymi z punktu widzenia strategicznych interesów państwa pomysłami typu NATO-bis albo następującym po jego rządach dziesięcioleciu Aleksandra Kwaśniewskiego przecinanym „występami” na grobach Polaków w Charkowie, mijaniu się z prawdą czy budowanym z wdziękiem kapitalizmie politycznym, w którym przyjaciele szefa państwa mieli szanse na gigantyczne interesy, jak te z budową fabryki osocza, to teraz możemy odetchnąć z ulgą. Mamy do czynienia z diametralnie innym stylem prezydentury, którego ważnym elementem jest wprowadzenie zasady przyzwoitości w piastowaniu urzędu.
Widać to nie tylko w tym, że Lechowi Kaczyńskiemu do głowy nie przychodzą działania, jakie były udziałem jego poprzedników, ale też w tym, że robi to, co dla jego poprzedników bywało niewygodne. To dopiero w ciągu ostatnich dwu lat ludzie „Solidarności” – na taką skalę – mogli zostać docenieni za walkę z komunizmem. Ani Kwaśniewski, ani Wałęsa nie odznaczyli tylu działaczy różnych środowisk opozycyjnych, co obecny prezydent. A trzeba pamiętać, że niejednokrotnie odznaczeni zostali ludzie ze środowisk politycznie bardzo odległych od Lecha Kaczyńskiego. Ordery przyszły do nich dopiero teraz, mimo upływu kilkunastu lat od odzyskania niepodległości. Jeszcze dłużej na docenienie musieli czekać Żołnierze Wyklęci i ich rodziny. Lech Kaczyński konsekwentnie, przy okazji każdego święta narodowego, działa na rzecz przywrócenia hierarchii wartości w życiu narodowym. Po latach 90., gdy bohaterstwo i zdrada były przedstawiane jako wartości względne, to działanie orzeźwiające. Choć w tej polityce prezydent nie ustrzegł się grubego błędu. Próba zorganizowania w czasie kampanii wyborczej uroczystości ku czczi ofiar pomordowanych w Katyniu i innych miejscach kaźni zakończyła się skandalem i nie przyniosła pomysłodawcom chluby. Ale same uroczystości z całodniowym odczytywaniem nazwisk poległych, które odbyły się w listopadzie, były istotnym elementem przywracania pamięci narodu. Przywracaniem porządku wartości w życiu publicznym podyktowane było też zaangażowanie prezydenta w tzw. sprawę arcybiskupa Wielgusa. Lech Kaczyński musiał wiedzieć, że narazi się wielu hierarchom Kościoła, ale – zdaje się – zrobił, co mógł, by podejrzewany o współpracę z komunistycznymi służbami specjalnymi kapłan nie został prymasem Polski. To między innymi za tę aktywność można dziś napisać to, o czym kilka miesięcy temu po raz pierwszy napisał Piotr Zaremba, publicysta „Dziennika”: to najlepszy prezydent, jakiego mieliśmy od 1989 roku. Ale zarazem, też powtórzę za innymi, to prezydent, który jeszcze nie wykorzystał swojej szansy. Być może paradoksalnie dopiero czas rządów Platformy Obywatelskiej sprawi, że stanie się to możliwe. Dotąd Lech Kaczyński do budowania silnej, wyrazistej prezydentury nie miał wygodnej pozycji politycznej. Jako brat swojego brata, lidera zwycięskiej partii tworzącej rząd, nie umiał zaznaczyć swej odrębności, nie próbował budować samodzielnego ośrodka politycznego. Urząd prezydencki był niejako uzupełnieniem działań gabinetu Jarosława Kaczyńskiego. Czasem polegało to na tym, że – jak się często pisze – Lech Kaczyński był „cieniem swego brata”. Do rangi symbolu, chętnie nagłaśnianego przez media, urosły telefony do brata ze szczytu europejskiego w Brukseli. Negocjowała delegacja pod kierownictwem Lecha Kaczyńskiego, ale faktyczne decyzje zapadły po rozmowach polityków europejskich z szefem rządu, Jarosławem. Czasem bywało odwrotnie. Wizerunkowi prezydenta nie pomagało także to, jak bardzo usiłował wpływać – i częstokroć wpływał – na decyzje personalne w administracji rządowej. Nie pomagało nie tylko dlatego, że nie należało to do jego kompetencji, ale też dlatego, że niektóre z jego nacisków na obsadę stanowisk były fatalne w skutkach. Janusz Karczmarek, który zastąpił Ludwika Dorna na stanowisku szefa MSWiA jest najbardziej wymownym przykładem. Ale warto zauważyć, że przynajmniej w jednym upór Lecha Kaczyńskiego był zasadny. Zastąpienie premiera Kazimierza Marcinkiewicza premierem Jarosławem Kaczyńskim (o co niemal od początku zabiegał prezydent) było zmianą na lepsze. Przede wszystkim porządkowało scenę polityczną – rząd zyskał faktyczne przywództwo. Ta wielokrotnie już opisywana tożsamość prezydenta z rządem Jarosława Kaczyńskiego sprawia, że trudno właściwie oceniać działania dwóch lat prezydentury Lecha Kaczyńskiego oddzielnie. Wiele z działań, jakie dokonywały się w polityce rządu i urzędu prezydenckiego, było i jest ich wspólną pracą. Najwyraźniej widać to w polityce zagranicznej. Bracia Kaczyńscy zdefiniowali trzy cele polskiej dyplomacji – wzmocnienie sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi jako fundamentu bezpieczeństwa międzynarodowego Polski, zapewnienie krajowi bezpieczeństwa energetycznego i uregulowanie stosunków z Niemcami, w których kluczową sprawą miało być zamknięcie kwestii roszczeń niemieckich. Nadchodzące miesiące pokażą, czy umiejętności polityczne Lecha Kaczyńskiego są wystarczające, by te cele utrzymać. A nie sprzyjają mu ani niejasne zapisy konstytucyjne co do roli prezydenta w polityce zagranicznej, ani konfrontacyjnie nastawiony do niego (ze wzajemnością zresztą) nowy rząd. Donald Tusk robi wiele, by zepchnąć prezydenta wyłącznie do roli reprezentacyjnej, a Lech Kaczyński, nie mając poparcia mediów, które w większości kibicują ekipie Tuska, ani elit, zrażonych do PiS i przesiąkniętych antykaczyzmem, wydaje się dość bezradny. Tyle że sojusznikiem mogą stać się same idee. Jak podnoszona przez prezydenta już dawno w rozmowach z Niemcami kwestia podpisania przez kanclerz Merkel pisemnego zobowiązania, że rząd w Berlinie bierze na siebie odpowiedzialność za wszelkie roszczenia względem Polski. Gdy zabiegał o to rząd Kaczyńskiego, słychać było zewsząd, że „demonizuje kwestię roszczeń” albo „żąda rzeczy niemożliwych”. Teraz to samo ogłosił Władysław Bartoszewski. – Pani kanclerz Merkel powiedziała wprawdzie, że podtrzymuje wszystkie zobowiązania swoich poprzedników, ale Niemcom potrzebny jest znak – powiedział w TVN 24. Chodzi o dokument potwierdzający, że nie ma podstawy do roszczeń wobec Polski. Jeśli dyplomacji Tuska uda się doprowadzić do podpisania takiego dokumentu, będzie to faktycznie sukces również Lecha Kaczyńskiego. Najwyraźniej przy całej niechęci Platformy Obywatelskiej do prezydenta i rządów PiS pewne cele z kursu politycznego Kaczyńskich rząd musi, jako potrzebne i korzystne, przyjąć. Można się zgodzić z premierem Tuskiem, że dopiero kolejny rok lub półtora pozwoli ocenić prezydenturę Lecha Kaczyńskiego. Będą one decydujące nie tylko dla ewentualnej reelekcji Lecha Kaczyńskiego, ale także dla sposobu, w jaki zapisze się on w historii. Będą one decydujące również dla tego, w jakim stylu obaj politycy zetrą się w boju o fotel prezydencki w następnej kadencji. Czy będą mieli za sobą wyniszczającą wojnę czy inteligentną kohabitację, gdzie osobiste ambicje nie będą przysłaniały interesów kraju i dbałości o jego prestiż. Już jednak widać, że nie będą to dla Lecha Kaczyńskiego miesiące łatwe. Niewątpliwie słabością prezydenta jest jego Kancelaria. Mianowanie jej szefową Anny Fotygi, niezwykle niemedialnej, nieumiejącej – jak można sądzić z jej dotychczasowych działań – stworzyć skutecznego zespołu, jest błędem. Niejedynym zresztą. Jeśli na miano ciekawych i mocnych osobowości politycznych w otoczeniu prezydenta zasługują właściwie jedynie Michał Kamiński i szef BBN Władysław Stasiak, to źle to świadczy o zapleczu prezydenta. Pojawienie się tam niedawno profesora Legutki jest dobrym znakiem. Być może prezydent doszedł jednak do wniosku, że musi zbudować skuteczniejsze – i proszę wybaczyć – wybitniejsze zaplecze od tego, jakie miał dotychczas. Strategia PO i rządu będzie polegać na dowodzeniu, że Lech Kaczyński jest słabym prezydentem. Rozkapryszonym, obrażalskim, emocjonalnym. Trzeba przyznać, że wykreowanie takiego negatywnego wizerunku nie sprawia Platformie kłopotu nie tylko dlatego, że media są niechętne braciom Kaczyńskim. Prezydent wieloma swymi wypowiedziami dał niestety powody, by taki wizerunek rysować. Dlatego warto może posłuchać rad profesor Jadwigi Staniszkis, która oceniając prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, mówi wprost: więcej luzu, lekkości. I można dodać jeszcze – silnych nerwów. Doskonałym sposobem na odwrócenie uwagi od kłopotów, ukrycie nieudolności lub posunięć, które nie przynoszą PO chluby, będzie kontynuacja gry w „anty-PIS”. Sposób prosty i sprawdzony. Dlatego nie warto upubliczniać takich faktów, jak niestawienie się na zaproszenie do Pałacu Prezydenckiego ministra spraw zagranicznych, nie warto pokazywać faksów na konferencjach prasowych, nie warto angażować się w spory o kwestie trzeciorzędne. Podpisywanie traktatu reformującego w Lizbonie delegacje państw zaplanowały na różne sposoby. Niekiedy traktat podpisywali prezydent i szef dyplomacji, czasem premier, prezydent i minister, albo szef rządu i minister. Polska delegacja składała się z prezydenta, premiera, ministra spraw zagranicznych. Traktat podpisywał premier, który kwestię, gdzie jedzie, a raczej nie jedzie prezydent, postawił na ostrzu noża. Prezydent, który traktat negocjował, stał z boku. Było w tym dużo niezręczności i na miejscu polityków PO unikałabym takich działań. Być może sprawiają one satysfakcję Donaldowi Tuskowi czy Radosławowi Sikorskiemu, nie wiem jednak, czy to akurat Polakom się podobało. Nie jest wykluczone, że siła prezydenta będzie w najbliższych miesiącach rosła wraz z błędami popełnianymi przez premiera. Będzie to możliwe, gdy prezydent będzie umiał proponować w formie atrakcyjniejszej niż dotąd swoją wizję państwa. I pod warunkiem, że ani prezydent, ani jego otoczenie nie pozwolą już sobie na żadne nierozważne i emocjonalne ruchy. Bo inaczej, zamiast ośrodka wciąż istotnego „projektu IV RP”, Kancelaria Prezydencka łatwo w przekazie medialnym może występować jako przeniesione z filmów „Monty Pythona” Ministerstwo Głupich Kroków.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA