fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Impotencja PO i opozycji - Rafał Ziemkiewic

Rafał Ziemkiewicz
Fotorzepa, Tom Tomasz Jodłowski
Do tworzenia jakichkolwiek własnych wizji rozwoju, do stawiania pytań, nie wspominając już o próbach odpowiedzi na nie, elita III RP jest po prostu organicznie niezdolna – twierdzi publicysta
Niezatapialność PO wynika przede wszystkim ze słabości opozycji – takie stwierdzenie stało się już w bieżącym komentarzu politycznym banałem. Niestety, pierwsze tygodnie nowej kadencji potwierdziły, że przy wszystkich słabościach władzy może ona spokojnie zajmować się dzieleniem stołków i frakcyjnymi porachunkami, albowiem nikt nie jest w stanie zaproponować niczego od niej ciekawszego.
Jakie debaty próbuje rozpocząć opozycja w sytuacji, kiedy cały dotychczasowy europejski porządek, do którego dostosowanie uznawano przez ostatnie dwie dekady za jedyną i bezalternatywną drogę dla Polski, staje pod znakiem zapytania? Kiedy Wspólna Europa okazuje się czymś zupełnie innym niż Unia, do której wchodziliśmy, i gdy z jednej strony kwestionowana jest demokracja, a z drugiej nawet najbardziej gorliwi u zarania III RP czciciele "reform" odstępują od dotychczasowych pryncypiów i na przykład były premier Jan Krzysztof Bielecki wzywa do "repolonizacji banków"? Gdy staje przed nami pytanie o sens i wartość posiadania własnego, polskiego państwa i jego suwerenności?

Żeby Palikot im pokazał

Najmniej można się było spodziewać po Ruchu Palikota będącym bezładną zbieraniną rozmaitych dziwadeł zjednoczonych w popieraniu dla cwaniaka gotowego głosić wszystko, w czym akurat dostrzeże swoją korzyść. To, że kadencję zaczął on od retorycznych ataków na obecność w sali sejmowej krzyża, a potem ciężkim wysiłkiem zdołał jako najpilniejsze reformy wymyślić legalizowanie narkotyków i prostytucji, nie może ani dziwić, ani oburzać.
I oczywiście szkoda nawet przypominać, że te ważkie propozycje zmian rodzi Palikot akurat w czasie, gdy Holendrzy starają się różnymi sposobami wywikłać z kłopotów, jakie pociągnęła za sobą depenalizacja "trawki", i wycofać się z niej, a z Niemiec od lat nadchodzą twarde dowody, iż legalizacja prostytucji wcale nie zmniejszyła generowanych przez nią patologii, lecz przeciwnie, nasiliła je.
Palikot jest jednak, podobnie jak kiedyś śp. Andrzej Lepper, tylko człowiekiem, którym wyborcy "poszczuli" elity polityczne – ma więc ten luksus, że elektorat nie oczekuje po nim żadnych pozytywnych zmian, ale jedynie "żeby im pokazał", żeby "dawał czadu" i gryzł zasiedziałą klasę polityczną w zadki.

SLD się miota

Zupełnie inaczej jest z SLD i PiS. Pierwsza z tych partii tkwi od lat w głębokim marazmie, wiedząc tyle, że chce być lewicą, ale nie mogąc wymyślić, co by to miało znaczyć. Miota się między oczekiwaniami twardego, ale wymierającego elektoratu "partyjno-mundurowego", obyczajowymi wariactwami "nowej lewicy", które zapewniają życzliwość mediów, lecz tenże elektorat (w większości po gomułkowsku pruderyjny) odrzucają, a wreszcie euroentuzjazmem i immanentnym poparciem dla "rynku", które do lewicowego image'u pasuje słabo i na dodatek SLD i tak na obu tych polach zawsze będzie przelicytowany przez PO.
Na razie lewica przystępuje do tworzenia "think tanku", który może co ciekawego wymyśli (poprzedni, z profesorem Reykowskim, jakoś po cichu zaniknął), chociaż słysząc, że jego podporą ma być profesor Hartman, raczej trudno w to uwierzyć.

Korwinizacja Kaczyńskiego

Co do PiS, jego jedynym programem pozostaje od dawna Jarosław Kaczyński, a podstawą funkcjonowania – emocjonalny związek, jaki istnieje pomiędzy rozgoryczonymi biegiem spraw patriotami i tradycjonalistami a liderem, który za wierność tym samym przekonaniom cierpi prześladowania ze strony mediów i establishmentów. Ten emocjonalny sposób funkcjonowania sprawia, że dla żelaznego elektoratu żadna dodatkowa "narracja" nie jest już potrzebna – za wszystko wystarczą cytowane ostatnio przez "Gazetę Polską" słowa Piłsudskiego "Bić k... i złodziei, oto cały program".
Z kolei wyjście poza krąg zadeklarowanych zwolenników nie wydaje się możliwe, dopóki poza tym elektoratem emocja niechęci do Kaczyńskiego i lęku przed nim jest równie mocna jak wewnątrz niego – przywiązanie. Marzenie o "Budapeszcie nad Wisłą" ma się więc spełnić raczej poprzez totalne zniechęcenie i absencję wszystkich innych wyborców, poza tradycjonalistami. Taka droga skłania PiS do skupienia na eliminowaniu kolejnych "zdrajców" i pilnowaniu, aby prawicowy elektorat nie miał żadnej alternatywy – największym problemem Kaczyńskiego wydaje się dziś nie wszechwładza PO, ale frekwencja na Marszu Niepodległości, mimo iż nie został on w żaden sposób przez PiS poparty. Stąd potrzeba zorganizowania własnego, osobnego marszu, który "przykryć" ma konkurencyjny, "endecki" – widać, że wracamy prostą drogą do zachowań z czasów Konwentu Świętej Katarzyny.
Polityczna taktyka, tradycyjnie dominująca w działaniach Kaczyńskiego, każe szukać tematów, które pozwolą zniwelować skutki przegranej w ostatnich wyborach – a przegrana, z punktu widzenia lidera PiS, polegała nie na tym, że partia pozostała w opozycji, ale na tym, że nadal nie jest opozycją jedyną. Trzeba więc tematów dzielących parlament na PiS i całą resztę. Stąd odgrzanie sprawy kary śmierci. Problem w tym, że choć większość Polaków wolałaby ją przywrócić, to od lat wiadomo, iż nie jest to dla wyborców temat istotny i decydujący o partyjnych sympatiach. Sięgnięcie po karę śmierci uważam za charakterystyczny syndrom "korwinizacji" Kaczyńskiego – powszechna znajomość byłego lidera UPR i jego politycznych losów zwalnia mnie chyba od dokładniejszego tłumaczenia, co przez to rozumiem.
Być może obiecany program Solidarnej Polski okaże się czymś więcej niż tylko pretekstem do odebrania nośnego hasła rozłamowcom, ale nie za bardzo bym na to liczył. Zwłaszcza że akurat ten intelektualny potencjał, na jaki może PiS liczyć (środowiska Instytutu Sobieskiego czy Fundacji Republikańskiej), reprezentuje raczej myślenie liberalne niż "solidarne".
Lider PiS, jak wielokrotnie pisałem, jest tym typem gracza, który konsekwentnie obstawia na ruletce zero w niezłomnym przekonaniu, że w końcu rozbije bank – nic mniej go zresztą nie interesuje. I jego oddanym zwolennikom nie pozostaje nic innego, niż tłumaczyć sobie uparte niweczenie w ostatniej chwili wszystkiego, co udało się osiągnąć, działalnością "kreta". Osobiście obawiam się, że, niestety, Kaczyński sam sobie jest tym "kretem".
Co ciekawe, gdy PiS dostał do ręki wspaniały prezent w postaci wystąpienia Radosława Sikorskiego w Berlinie  – temat rzeczywiście dzielący scenę polityczną w pożądany sposób, bo Palikot i Miller natychmiast pospieszyli z rytualnymi wyrazami euroentuzjazmu – natychmiast po swojemu przefajnował, dyskredytując się histeryczną retoryką i zapowiedziami postawienia ministra przed Trybunałem Stanu.
Termin "korwinizacja", którego tu użyłem, nie jest z mojej strony żadną złośliwością, opartą na znanej niechęci Jarosława Kaczyńskiego do Korwin-Mikkego. Ten ostatni pozostaje wciąż niedoścignionym wzorem, jak głosić najsłuszniejsze prawdy w taki sposób, żeby odstręczać nawet tych, którzy generalnie są do nich przekonani, ale lider PiS już mu prawie dorównuje.

Piąta woda po multi kulti

Jeśli dodać do tego PSL, którego jedyną i przynajmniej nieskrywaną mądrością pozostaje tradycyjne chłopskie "swoje ucapić", no i oczywiście wyzute z jakichkolwiek ideologicznych przesądów cwaniactwo PO, to obraz umysłowego wyjałowienia klasy politycznej jest pełny.
Uzupełnia je jeszcze głębiej idące wyjałowienie intelektualnej elity III RP, która, jako typowa elita postkolonialna, zdolna jest tylko do odgrywania roli "pasa transmisyjnego" pomiędzy metropolią a tubylcami, których w jej imieniu i w myśl jej wytycznych "cywilizuje". Do tworzenia jakichkolwiek własnych wizji rozwoju, do stawiania pytań, nie wspominając już o próbach odpowiedzi na nie, jest po prostu organicznie niezdolna – stąd szczytem przenikliwości wydaje jej się, jak to zrobił minister Sikorski, podchwycić najnowsze trendy z metropolii, które jeszcze nie weszły do głównego nurtu jej myślenia, i wyskoczyć z nimi jako z oryginalnymi, polskimi propozycjami dla Europy.
Publicystyczna burza towarzysząca obchodom Święta Niepodległości obnażyła dojmującą pustkę umysłową środowisk, które same deklarowały, że zbrojna w pały i kordony "Kolorowa Niepodległa" ma być "głosem w debacie o Polsce". No proszę, jakiż to głos? Przy największej dozie dobrej woli da się z postulatów "kolorowości" wydestylować jedynie jakąś piątą wodę po zachodnich hasłach multikulturalizmu.
Tyle że tu akurat jest podobnie jak z Palikotowym legalizowaniem – Zachód zdążył się już na tych hasłach sparzyć i obecnie już nie tylko tamtejsi "faszyści", ale i politycy jak najbardziej z głównego nurtu, także rządzący, otwarcie głoszą, że napływowi "kolorowości" trzeba położyć tamę, a tym imigrantom, którzy już w Europie są, narzucić jakoś szacunek dla jej praw i obyczajów.
Frazesy o Polsce, w której będą się czuli równie dobrze przedstawiciele wszelkich ras i kultur, łatwo pleść, ale nic z nich nie wynika poza pytaniem, co będzie, gdy zagnieździ się tu także i taka kultura, która na przykład uznaje, że dziewczyna podnosząca wzrok na obcego mężczyznę zhańbiła honor rodu i ojciec albo starszy brat powinien ją zamordować. Nie mówiąc już o banalnej sytuacji, gdy obca rasa zakłada, że ma historyczne prawo dane od Najwyższego w szybkim czasie oczyścić otrzymaną od niego ziemię z pogrążonych w grzesznym zepsuciu białych.
"Jakie pani ma poglądy? Normalne, europejskie" – udzieliła wywiadu znana gwiazda mediów, nagrodzona ostatnio przez studentów dziennikarstwa jako wzór do naśladowania. "Jakie ja mam poglądy? Donald, może ty wiesz?" – zareagowała na to samo pytanie żartem inna gwiazda, uhonorowana właśnie nagrodą niemogącego już tego skomentować Kisiela.
Słowa "europejska normalność" to jedyne, co potrafią wydukać intelektualne elity, stojące za obecną władzą. A największym powodem do graniczącej z orgazmem radości z triumfu nowoczesności jest fakt, iż w Sejmie znalazł się zawodowy homoseksualista i "osoba trans" (znalazł się też, z tej samej listy, facet z wyrokiem za bandyckie pobicie i trudno pojąć, dlaczego ten triumf tak ważnych na liberalnej lewicy idei abolicjonistycznych nie wywołał w salonie porównywalnego zachwytu).

Bankructwo systemu

Świadomość własnej jałowości i intelektualnej impotencji skłania nawet najbardziej zajadłych salonowców i chwalców Tuska do snucia złowieszczo wizji nadchodzących narodowców, którzy jako jedyni będą w stanie zebrać i porwać za sobą młodzież, zwłaszcza tę bezrobotną, z małych miasteczek. "Przyjdzie ich jeszcze więcej", "wkrótce zyskają reprezentację parlamentarną i wejdą do rządu" – prorokuje Seweryn Blumsztajn w "Gazecie Wyborczej" czy Rafał Kalukin we "Wprost" i, co charakterystyczne, nie są to już, jak w ostatnim dwudziestoleciu, przestrogi mające zmobilizować młodych z wielkich miast i jeszcze mających z czego żyć, ale pełna fatalizmu kapitulacja wobec nieuchronnego schodzenia świata z jedynie słusznej drogi postępu.
Przestrzegałbym przed traktowaniem tych wizji poważnie, zwłaszcza samych młodych narodowców. Wprawdzie, twierdzę, tradycja Dmowskiego – ta sprzed I wojny, nie z okresu międzywojennego – dostarcza najlepszych narzędzi do odczytania obecnej polskiej sytuacji i zaproponowania wizji samodzielnego rozwoju, ale tę pracę trzeba dopiero wykonać, nie licząc, wzorem mrzonek o "Budapeszcie nad Wisłą", że bankructwo obecnego systemu i rzucenie w porę haseł protestu załatwi wszystko samo z siebie.
Kto tę pracę nad wymyśleniem Polski na nadchodzące nowe czasy i na sprostanie ich wyzwaniom wykona pierwszy, nie wiem – narodowcy, republikanie, neopiłsudczycy, bo chyba raczej nie żadna z lewic? Ale ktoś musi. W takiej stadnej bezmyślności, w jakiej znalazła się dziś większość polskich elit, zarówno politycznych, jak i intelektualnych czy artystycznych, po prostu nie sposób żyć długo.
Autor jest publicystą tygodnika "Uważam Rze"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA