fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Opancerzony króliczek playboya

Fotorzepa, Janusz Walczak
Ściany chaty, w której mieszkam w wojskowej bazie Warrior w Afganistanie zatrzęsły się.
Była 6.00 rano albo pół godziny później. Usłyszałam wystrzał. To potężne armatohaubice Dana przypominały potencjalnym agresorom o swoim istnieniu.
- Chodzi o działanie odstraszające – opowiada kolega. - Danuśki w ten sposób mówią: halo, chłopaki, jak będziecie niegrzeczni zaczniecie mieć z nami do czynienia.
Jest wczesny ranek. Dopijam kawę na ławce przed chatą. Za chwile jedziemy z CIMIC (zespół do spraw współpracy z miejscową ludnością) do pobliskiej wioski. Trochę bolą mnie ramiona, bo dzień wcześniej prawie dziewięć godzin spędziłam w kamizelce kuloodpornej.
2 pluton bojowy zabrał nas na patrol w okolicach miasta Muqor (w południowo – zachodniej części prowincji Ghazni). Tym razem zapakowano nas do Rosomaka – żołnierze nazywają je „rośkami" lub „mistrzami ciętej riposty". Te kołowe transportery opancerzone mają mnóstwo zalet: są stosunkowo odporne na miny, ostrzały, świetnie radzą sobie na afgańskich wertepach. Dla mnie mają jednak jedną zasadniczą wadę - nie ma w nich okienek, więc nie mogę obserwować okolicy.
- W środku są małe monitory. Pokazują obraz z kamer bocznych. Możecie sobie popatrzeć – mówi uśmiechając się por. Łukasz dowódca 2 plutonu. Doskonale jednak wie, że to kiepska oferta. Obraz z monitorów jest szary, rozmyty, ledwie widoczny. Maciek, dowódca „rośka", w którym jechaliśmy widzi moją skrzywioną minę i mówi: - Jak będzie bezpiecznie wyjdziecie do „opelotki" (są to włazy w dachu pojazdu, z których desant może obserwować okolicę albo prowadzić ogień). Ta perspektywa podoba mi się o wiele bardziej. Maciek pokazuje Rosomaka, którym mamy jechać. Na wieżyczce ma namalowanego króliczka Playboya. - Dlaczego akurat to – pytam (widziałam już na wozach grafiki orłów, smoków, gekonów). - Żeby się nie zgubił – odpowiada. Kolejny raz uświadamiam sobie, że na tej misji spotykam żołnierzy z ogromnym poczuciem humoru.
Na początku kolumny jak zwykle pojechali saperzy, potem „rośki" - my byliśmy w środkowym. Muqor to największe „miasto" w okolicy ale wygląda jak dziura zabita dechami – ubogie, jak mi się wydawało, Ghazni przy Muqorze jawi się jako metropolia. Po obu stronach drogi Highway One, ustawione są baraki i budy, w których mieszczą się sklepiki z przysłowiowym mydłem i powidłem. Miejscowi kupcy sprzedają tam  owoce, ubrania, sprzęt elektroniczny, rowery i wiele innych przedmiotów, które trudno mi zidentyfikować. Sporo jest warsztatów rzemieślników i mechaników. Na mnie największe wrażenie zrobił zbity z brudnych belek i pofałdowanej blachy, pokryty folią stragan z mięsem. Na żerdzi wisiały półtusze jakiś zwierząt. Wokół latało mnóstwo much i innego robactwa, a nad tym wszystkim unosiły się tumany wszechobecnego przy drodze kurzu.
- Polscy pracownicy sanepidu dostaliby pewnie zawału – myślę, gdy mijamy sklepik.
Jedziemy w stronę Kabulu. Jeszcze w bazie usłyszałam, że kilka kilometrów za miastem jest stanowisko rebeliantów i często atakują stamtąd konwoje sił koalicyjnych. Na własne oczy widzę, że informacje te nie są przesadzone. Mijamy mnóstwo dziur po „ajdikach"( IED – improwizowane ładunki wybuchowe) i wraki spalonych samochodów. Zdarzają się nawet plamy zaschniętej na asfalcie krwi.
Po około pół godzinie zatrzymujemy się. Wokół tereny koczowniczych plemion Kuczi.
Dolina jest upstrzona niewielkimi, wystającymi kilkanaście centymetrów nad ziemię prostokątami z gliny. Gdy koczownicy się tam zjawiają na nich rozbijają swoje namioty. Kuczi są podejrzewani przez wojska koalicji m.in. o handel bronią, narkotykami a nawet ludźmi.
Saperzy wychodzą ze swojego opancerzonego Maxx Pro i zaczynają sprawdzać okolicę. Jeden z kopców wzbudził ich niepokój. By sprawdzić, czy nie ma tam „ajdika" zakładają ładunek wybuchowy. Gdy eksplodował słyszymy drugi wybuch. Po chwili okazało się, że nasza kolumna została ostrzelana z moździerza. Terroryści ustawili go najprawdopodobniej na zboczu pobliskich gór. Na szczęście pocisk eksplodował daleko od naszych pojazdów. Wozy natychmiast przegrupowały się, by odeprzeć ewentualny atak. Nic takiego nie nastąpiło. Żołnierze sprawdzili jeszcze teren, zebrali ewentualne dowody i padł rozkaz powrotu do bazy. Trochę się to jednak opóźniło, bo jeden z MRAP-ów w kolumnie miał awarię i trzeba było wezwać QRF (siły szybkiego reagowania), by go zholować. Gdy wróciliśmy do Warriora już się ściemniało. Podziękowałam żołnierzom za zabranie na patrol i padłam ze zmęczenie. Rano dowiedziałam się, że plutony pierwszy i drugi po kilku godzinach odpoczynku pojechały na kolejny, nocny wyjazd.
- Dziś pojedziecie ze mną – mówi kpt. Arek, dowódca kompanii, w której skład wchodzą oba plutony. Jego żołnierze wrócili wczoraj z patrolu o trzeciej nad ranem. Wpadli na „ajdika" i jeden z Rosomaków stracił dwa koła. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Po zaledwie kilku godzinach snu żołnierze por. Michała, dowódcy drugiego plutonu, zebrali się na odprawę i jadą z nami do wioski. Na własne oczy widzę i na własnej skórze czuję, jak ciężką robotę wykonują tutaj polscy żołnierze, a nie słyszałam jeszcze, aby ktoś narzekał. - Jesteśmy żołnierzami. Dostaliśmy rozkaz i go wykonujemy – mówią. W politykę nie chcą się zagłębiać, ani zastanawiać, czy ta wojna jest słuszna, ale gdy byliśmy w wiosce i otoczyła nas chmara dzieciaków, widziałam jak serca „twardzieli" miękną. Żołnierze oddali prawie całą wodę i jedzenie, jakie mieli w wozach. - Wiesz, dzieci to dzieci. Szkoda ich – słyszę.
 
 
 
 
 
 
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA