fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Rząd Donalda Tuska bez reform - Warzecha

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Działania i zaniechania Donalda Tuska coraz trudniej tłumaczyć inaczej niż osobistymi ambicjami lub osobistymi obawami – uważa publicysta
Pamiętają państwo, jak Tomasz Lis naciskał na Jarosława Kaczyńskiego w swoim przedwyborczym programie, aby ten zdradził, kto jest kandydatem do objęcia poszczególnych resortów w ewentualnym rządzie PiS? Nie przypominam sobie, aby Lis podobnie wytrwale młotkował w tej samej sprawie Donalda Tuska.
Tyle że to było przed wyborami. Teraz jest miesiąc po wyborach, a my nadal nie znamy zamysłów starego/nowego premiera. Którzy ministrowie zostaną na pewno wymienieni (poza Ewą Kopacz i Jolantą Fedak – ale ta ostatnia jest w gestii koalicjanta) w ramach zapowiadanej rekonstrukcji rządu? Na kogo? Którzy na pewno zostaną? Jak głęboka będzie planowana rekonstrukcja?

Czek in blanco

Nie wiadomo. Premier aż do exposé właściwie nie wypowiada się publicznie. Rzuca tylko ustami swojego rzecznika informacje, jakie są jego oczekiwania w pewnych sprawach. Na przykład, że sprawcy burd z 11 listopada mają zostać ukarani „z pełną surowością" (nie słyszałem jakoś, żeby sędziowie obruszyli się na ten zamach na ich niezawisłość).
Można by się oburzać, całkiem zresztą słusznie, że to lekceważenie wyborców. Tyle że oburzenie wynika zwykle z pewnego zaskoczenia, a tu zaskoczenia żadnego nie ma. Decyzje premiera, które znamy (Ewa Kopacz marszałkiem Sejmu, Cezary Grabarczyk wicemarszałkiem), milczenie w innych sprawach, a także sam sposób zachowania lidera Platformy po wyborach mówi nam wiele o jego sposobie myślenia o polityce i państwie w drugiej kadencji. Tutaj niewiele się zmieniło, jest tylko „bardziej". Nie ma zatem zaskoczenia.
Donald Tusk pokazywał wielokrotnie, że wyciąga wnioski z postawy wyborców, którzy zdawali się mówić: „I tak będziemy cię popierać, bez względu na wszystko". Ten czek in blanco został jeszcze dodatkowo podbity znaczącym zwycięstwem PO w ostatnich wyborach. Dla każdego lidera politycznego byłaby to zachęta do nieliczenia się z opinią publiczną.
Dla lidera do tego stopnia cynicznego i zdeprawowanego jak Donald Tusk jest to zachęta do całkowitego oderwania się od jej ocen i potrzeb, także tych, którzy go wspierają, o pozostałych nawet nie wspominając. Wypowiedzi ministra finansów (on chyba zostanie na stanowisku?), powoli przygotowujące grunt pod drastyczne zwiększenie obciążeń fiskalnych, mogą wskazywać, że Tusk godzi się na spadek poparcia, który w ich następstwie musiałby jednak nastąpić. Dlaczego?

Strach wyborców

Elektorat Platformy kieruje się w większości łatwymi do odczytania sentymentami i emocjami. Pierwsza z nich to umiejętnie podsycany i administrowany przez PO strach. Ten strach ma różne oblicza. Jest oczywiście strach przed PiS, choć w obliczu dobijających sporów wewnętrznych i gołym okiem widocznej słabości największej partii opozycyjnej zapewne coraz trudniej będzie go wzbudzać.
Jest też strach przed czyhającymi rzekomo na ład demokratyczny rozmaitymi grupami – od kibiców po „faszystów" i „nacjonalistów". Jest strach przed niestabilnością finansową i gospodarczą, uzupełniany mitem o tym, że jedynie kompetentna ekipa Tuska jest w stanie zapobiec krachowi.
Druga cecha, definiująca wyborców PO, to obojętność wobec wartości republikańskich, takich jak wspólnotowość czy obowiązki wobec państwa istniejące na równi z prawami. Wyborcy PO to w znacznej części osoby hołdujące wypaczonej do skrajności idei indywidualizmu, czego symbolem jest grodzenie nowych osiedli, zamieszkanych przez „młodych, wykształconych, z dużych miast". W ich wydaniu indywidualizm oznacza obojętność na wspólnotę, zwłaszcza tę sięgającą dalej niż własne osiedle, za to ogromne uczulenie na punkcie własnej pomyślności. Rząd Tuska, zwiększając obciążenia – co wydaje się raczej nieuniknione – w tę pomyślność uderzy.
Tusk najwyraźniej się tego nie obawia. Częściowo zapewne dlatego, że wierzy wciąż w siłę oddziaływania taktyki podsycania strachu oraz w „przemysł przykrywkowy". Być może jednak jest i inny powód: jego dalszej kariery politycznej to już nie będzie dotyczyć. Trudno tworzyć polityczne prognozy na długi okres, jednak coraz bardziej prawdopodobne wydaje się, że szef rządu podporządkowuje swoje działania osobistym planom.

Dwie drogi

Drogi są właściwie tylko dwie. Pierwsza to start w kolejnych wyborach prezydenckich, druga to umoszczenie się na formalnie ważnym stanowisku w strukturach europejskich.
Ten pierwszy wariant wydaje się mniej prawdopodobny. Po pierwsze dlatego, że musiałoby to oznaczać otwarty konflikt z Bronisławem Komorowskim, który z całą pewnością będzie chciał kandydować na kolejną kadencję. Po drugie – oba rozwiązania oznaczałyby dla Tuska podobną sytuację osobistą: spory prestiż, relatywnie małą odpowiedzialność i stosunkowo niewielkie obciążenia.
Jaka jest pozycja polskiego prezydenta – wiadomo. W przypadku zaś posady w UE nie mówimy wszak o stanowisku z faktycznym wpływem na podejmowane decyzje. Takiego wpływu nie mają dziś przecież wysoki przedstawiciel czy prezydent Rady Europejskiej. Unia faktycznie zarządzana jest przez koncert liderów najważniejszych jej krajów. Tusk na podobnym stanowisku byłby po prostu wykonawcą poleceń bez własnej agendy. Całkowicie pozbawiona ambicji polityka, jaką prowadzi jako szef polskiego rządu, daje tego gwarancję.
W takim zestawieniu stanowisko unijne jest w oczywisty sposób bardziej atrakcyjne z czysto prywatnego punktu widzenia, choćby ze względu na zaspokojenie potrzeby prestiżu oraz doskonałe warunki finansowe. Uciekając do Brukseli, Tusk umknąłby od polskich problemów, a zarazem otworzył sobie dalsze warianty działania. Dziś premier ma 54 lata. Przed nim jeszcze przynajmniej 20 lat aktywności politycznej.

Lista niedociągnięć

Dla niektórych sugerowanie, że szef polskiego rządu kieruje się głównie osobistym interesem, a nie interesem państwa, zabrzmi pewnie jak bluźnierstwo. Jednak motywacje osobiste często odgrywają u polityków znaczącą rolę i nie ma w tym nic niezwykłego. Problem zaczyna się oczywiście wówczas, gdy przesłaniają ogólniejszy plan. U niektórych zaś trudno doszukać się motywów innych niż właśnie osobiste – czy idzie o osobistą ambicję, czy o prywatny strach. Działania i zaniechania Donalda Tuska coraz trudniej tłumaczyć inaczej niż właśnie osobistymi ambicjami lub osobistymi obawami, zwłaszcza począwszy od katastrofy smoleńskiej.
Połączmy przesłanki. Po pierwsze – bierna polityka zagraniczna, wśród rezultatów której warto wymienić uruchomienie Nordstreamu czy unijny pakiet energetyczno-klimatyczny. Jego wejście w życie w 2013 roku nałoży się prawdopodobnie na niezwykle trudną sytuację gospodarczą Polski, co może przynieść dramatyczne skutki. Jak wiadomo, każdy polityk, który zamierza w przyszłości starać się o którąś z europejskich posad, musi spełniać jeden zasadniczy warunek: brak poważniejszego zatargu z którąś z wielkich stolic, w tym zwłaszcza z Berlinem i Paryżem, a co za tym idzie – także z Moskwą. Taka jest logika dzisiejszej polityki europejskiej.
I ten warunek Tusk wypełnia idealnie.
Po drugie – polityka krajowa, prowadzona „na odwal", czego symbolem jest powołanie na marszałka Sejmu Ewy Kopacz – osoby, która doprowadziła do totalnego chaosu w służbie zdrowia, w nagrodę otrzymując stanowisko drugiej osoby w państwie, mimo braku cech przy tej funkcji niezbędnych (pani marszałek jest powszechnie znana ze swojego histerycznego temperamentu).
Rząd, którego premier miał w 2007 r. jedno z najdłuższych exposé w historii III RP, nie zrealizował nawet jednej dziesiątej swoich zapowiedzi. Jedyną prawdziwą zmianą, zresztą wymuszoną okolicznościami, było przekształcenie systemu emerytalnego, a i to nie do końca. Listę niedociągnięć i zapowiedzi niespełnionych można by ciągnąć długo: infrastruktura, KRUS, uproszczenie podatków, ułatwienie życia przedsiębiorcom, odblokowanie energii młodych ludzi poprzez ułatwienie im życiowego startu itd., itp. Dlaczego mielibyśmy przyjąć, że choćby jedną zapowiedź, jaką usłyszmy za kilka dni z ust lidera PO, powinniśmy potraktować poważnie? Ja takiego powodu nie widzę.

Cichy sojusznik

Syntetyczny obraz nadchodzącej kadencji można by więc zarysować następująco. Po pierwsze – rosnące trudności gospodarcze, przykrywane, póki się da, coraz bardziej absurdalnymi, za to budzącymi emocje tematami, przy wydatnym współudziale partii Palikota. Możemy się spodziewać intensywnych dyskusji o prawach osób trans, dyskryminacji homoseksualistów, rosnącym faszystowskim zagrożeniu, zbyt wielkiej roli Kościoła w państwie i temu podobnych pseudoproblemach. Przedsmak daje zapowiedź Donalda Tuska, że jedną z pierwszych spraw, jakimi Sejm prawdopodobnie zajmie się po wyborach, będzie ustawa o związkach partnerskich.
Przy tej okazji warto zwrócić uwagę na epizod z powołaniem Wandy Nowickiej z Ruchu Palikota na wicemarszałka Sejmu. Gdy jej kandydatura nie została w pierwszym głosowaniu przyjęta, między innymi za sprawą sprzeciwu kilkudziesięciu posłów Platformy, osobiście interweniował Donald Tusk. Za sprawą tej interwencji wicemarszałkiem polskiego Sejmu została osoba, która de facto usprawiedliwiła absolutnie haniebną wypowiedź swojego syna o pomordowanych w Katyniu oficerach i policjantach.
Forsując jej kandydaturę, pod taką opinią pośrednio podpisał się także sam premier. Lecz tylko osoba skrajnie naiwna mogłaby oczekiwać, że tego typu imponderabilia mogą mieć dla Tuska jakiekolwiek znaczenie.
Ważne jest, że Ruch Palikota jest mu potrzebny jako cichy sojusznik. Pisałem od razu po wyborach, że pomiędzy Tuskiem a byłym członkiem jego partii taki sojusz zapewne powstanie. Palikot ze swoim barwnym towarzystwem będzie idealnym zapychaczem mediów, odwracającym uwagę od wszelkich istotnych spraw. Tym cenniejszym, że wygłupy Roberta Biedronia, Anny Grodzkiej czy Wandy Nowickiej nie będą szły na konto lidera PO. Wszak to inna partia.
Po drugie – rozmywanie każdej złożonej obietnicy i każdej zapowiedzi działania. Czyli to samo, co mieliśmy do tej pory. Nie liczmy na jakiekolwiek rzeczywiste i potrzebne zmiany. Komfortowy czas na ich ewentualne wprowadzanie już się skończył. Teraz nie ma do tego ani warunków, ani środków (nastąpi drastyczne ograniczenie inwestycji publicznych), ani motywacji. Tej zresztą nie było nigdy.
Po trzecie – jeżeli sytuacja stanie się naprawdę groźna, możliwe jest skrócenie kadencji Sejmu. W naprawdę trudnym momencie odpowiedzialność zostanie przerzucona na dotychczasową – lub nową – opozycję. Premier na czas ewakuuje się do europejskiej szalupy.
Autor jest komentatorem dziennika „Fakt"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA