fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Kniaź Igor - wielki widowisko w Hali Stulecia we Wrocławiu

Irina Żytyńska (córka chana Konczaka – w środku) i dziewczęta połowieckie
Opera wrocławska, Marek Grotowski Marek Grotowski
Monumentalna opera „Kniaź Igor” z tłumami wykonawców we wrocławskiej Hali Stulecia to elitarna sztuka w wersji pop
Opera Wrocławska przygotowała tym razem rosyjski epos historyczny Aleksandra Borodina, a publiczność z Polski ściąga do Hali Stulecia na kolejne superwidowisko. To już 15. sezon, z takimi produkcjami, jest okazja do bilansu: wystawiono 17 tytułów, było 114 spektakli, kolejne w następny weekend.
Najpopularniejszy „Skrzypek na dachu" zgromadził 71 tys. widzów. Ale jeśli ktoś sądzi, że w Hali Stulecia ogląda się rzeczy łatwe, niech zmieni zdanie. „Pierścień Nibelunga" Wagnera zgromadził 41 tys. osób – tyle, ile jedna edycja festiwalu w Bayreuth, dokąd zjeżdżają miłośnicy Wagnera z całego świata.
„Kniaź Igor" plasuje się pośrodku: między musicalem z hitami a mrocznym dramatem Wagnerowskim. Atrakcją „Kniazia Igora" są przebojowe tańce połowieckie i świetne sceny chóralne, ale nie każdy o tym wie, bo opera Borodina rzadko bywa u nas wystawiana.
Publiczność ma zaufanie do ofert z Hali Stulecia, Wrocław wprowadził w Polsce modę na wielkie widowiska – w halach, na stadionach, w plenerze. Opera Wrocławska wyznaczyła zaś wysokie standardy artystyczne. Przygotowuje dobry teatr, a nie – jak bywa gdzie indziej – koncert w kostiumach.
Publiczność nie oczekuje wszakże eksperymentów inscenizacyjnych. Opera w hali staje się częścią kultury masowej, ale muzyczny pop może być kiczem i szmirą lub autentyczną sztuką. „Kniaź Igor" należy do tej drugiej kategorii, choć od strony teatralnej jest spektaklem tradycyjnym. Ma cieszyć oko widza, więc kostiumy Barbary Kędzierskiej urzekają pięknym zestawieniem kolorów. Ich walory wizualne świetnie eksponuje dekoracja w kolorze złota, a rewelacyjny okazał się prosty pomysł wielkich wrót. Ich otwarcie sprawia, iż XII-wieczny Putywl błyskawicznie zmienia się w obozowisko chana Konczaka, który napadł na Ruś.
Reżyser Laco Adamik sprawnie operuje tłumami, w scenach kameralnych dodaje własne pomysły, by z ogromnej sceny nie zionęło pustką. Są w spektaklu momenty statyczne, ale też Borodin, pisząc „Kniazia Igora", nie zadbał o to, by rozwinąć losy i charaktery poszczególnych bohaterów. Niektórych – jak Halickiego – porzucił po I akcie, choć taki czarny charakter zawsze ożywia akcję. Dramaturgia kuleje, ale są porywające sceny chóralne i barwna, świetnie zinstrumentowana muzyka.
Ten najważniejszy atut wykorzystała Ewa Michnik z orkiestrą Opery Wrocławskiej, która pod jej batutą zagrała tak żywiołowo, że w tańcach połowieckich przyćmiła nawet tancerzy. Z solistów najlepiej zaprezentowali się zaś ci nieco z drugiego lub wręcz dalszego planu: Irina Żytyńska (córka Konczaka), Aleksiej Antonow (Halicki), Nikołaj Dorżkin (syn Igora), Tasz Rudnicki (Skuła), Rafał Majzner (Jeroszka).
Borodin był chemikiem, komponowaniem zajmował się w chwilach wolnych od pracy naukowej. Gdyby wiedział, że stworzył przebój dla mas, może zmieniłby profesję?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA