fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Szpiegowski arsenał bezpieki - książka o gadżetach SB

Kadr z filmu szkoleniowego bezpieki z 1972 r. – robienie zdjęć z tzw. punktu zakrytego
Archiwum IPN
Tajemnice szpiegowskiego arsenału komunistycznej bezpieki ujawnia nowa publikacja IPN
Aparaty fotograficzne schowane w parasolach, książeczkach do nabożeństwa czy pod paskiem, urządzenia do podsłuchu w bucie, długopisie, termosie czy kłodzie drewna – to gadżety, za pomocą których agenci SB prześladowali opozycjonistów i zwykłych obywateli. Można je obejrzeć w albumie "Szpiegowski arsenał bezpieki" wydanym właśnie przez Instytut Pamięci Narodowej.
– Na to wszystko SB przez lata trwoniła publiczne pieniądze – opowiada Monika Komaniecka z krakowskiego IPN, która książkę napisała razem z Robertem Ciupą z katowickiego oddziału instytutu. – Te techniki i urządzenia znamy tylko ze zdjęć i dokumentacji odnalezionej w archiwach IPN czy szkoły policji. Prawdopodobnie same aparaty i kamery zostały zniszczone na przełomie 1989 i  1990 r. Termosu z podsłuchem czy nadajnika w obcasach wśród materiałów przekazanych instytutowi przez Urząd Ochrony Państwa nie widziałam. Publikacja pokazuje kilkaset zdjęć ówczesnych cudów techniki skonstruowanych dla funkcjonariuszy SB. Reprodukuje też przechwycony w 1978 r. list Jana Pawła II do katowickiego biskupa Herberta Bednorza i opisuje podsłuchy w więziennym konfesjonale czy kompromitujące – według bezpieki – fotografie gości z hotelu Bristol.
W tym wszystkim specjalizowali się od 1955 r. funkcjonariusze pionów technicznych SB – Biura "B" (czyli obserwacji), Biura "T" (techniki operacyjnej, czyli m.in. podsłuchów i tajnych przeszukań) oraz Biura "W" (perlustracji korespondencji). W latach 80. te piony techniczne przeżywały rozkwit – z powodu nowych zadań liczba wydziałów Biura "B" doszła w 1987 r. do 16. W każdej komendzie wojewódzkiej milicji były jego sekcje. Sposoby szkolenia funkcjonariuszy obrazuje m.in. odnalezione świadectwo porucznika Tadeusza Jaskólskiego, który w oficerskiej szkole techniki operacyjnej MSW z przedmiotów podsłuch pokojowy i podsłuch telefoniczny dostał w 1961 r. ocenę dobrą. Podobnie wypadł w dziedzinie fotografii operacyjnej. Z książki się dowiadujemy, jak pracowali agenci SB. Na przykład Kazimierz M., który tak relacjonował śledzenie interesującego bezpiekę mężczyzny: "chodziłem za figurantem osiem, dziesięć godzin, a nieraz dłużej. W słońcu, deszczu, na mrozie. Nie myślałem, bo to do mnie nie należało (...) nawet żona nie wiedziała, w jakim wydziale pracuję. Oficjalnie – m.in. dla znajomych – byłem zegarmistrzem". Aby śledzić niepokornych także w lesie, SB miała w latach 60. pierwsze w Polsce składane rowery, a dla codziennych potrzeb operacyjnych przebierała wywiadowców za kobiety sprzedające na targu nabiał czy za krawcowe. Czasem ich role odgrywali mężczyźni. Jak Ryszard K., który "uczył się używania sztucznego garbu i fartuszka sztucznej ciąży" – potwierdzają odnalezione w archiwach przez badaczy IPN materiały. Komunistyczne państwo, które przez lata nie potrafiło zapewnić Polakom podstawowych dóbr konsumpcyjnych, nie szczędziło środków np. na inwigilację prof. Romana Ingardena, filozofa, podejrzewanego o kontakty z działaczami PSL na emigracji. Sprowadzano do takich celów bardzo nowoczesny sprzęt jak aparat Pentacon, produkowany w NRD, który miał kasetę z filmem pozwalającą na zrobienie 450 zdjęć, w tym ujęć seryjnych. I tylko czasem wywiadowcy nawet z takim sprzętem nie potrafili sprostać zadaniom. Jak agent, który śledząc znanego adwokata w latach 60., poszedł za nim do teatru. Z instrukcji szkoleniowej dowiadujemy się, że wypadł fatalnie, bo nie dość, że "był zaniedbanie ubrany", to jeszcze usiadł w trzecim rzędzie. Adwokat miał miejsce w siódmym, więc agent całe przedstawienie oglądał się za siebie, czym "przeszkadzał widzom, którzy pod jego adresem zaczęli kierować różne uwagi". Jak wynika jednak z materiałów, jakie przejął IPN po SB, wejście do kina czy teatru pozwalało często śledzonemu pozbyć się agenta. Zwykle dlatego, że zdobycie przez funkcjonariusza biletu tuż przed seansem bywało niemożliwe. Agenci SB ustawiali się za śledzonymi w kolejkach, wsiadali za nimi do autobusów, byli też jednak przygotowani na swobodniejsze wypady. W 1961 r. zbrojni w aparaty ruszyli np. na narty na Kasprowy Wierch za francuskim konsulem Maurice'em Deshorsem, którego podejrzewali o "penetrację obiektów wojskowych podczas podróży do Zakopanego". Wywiadowców szkolono też, by w upalne dni – gdyby inwigilowanemu zachciało się opalania – nosili ze sobą kostiumy kąpielowe. Czasem godzinami musieli śledzić z zakamuflowanego auta "obiekt", który jechał własnym samochodem czy też poruszać się w tzw. szyku szachowym, złożonym z pięciu aut za śledzonym "figurantem". Sporządzano potem absurdalnie brzmiące dziś zestawienia. Jak to z punktu obserwacyjnego, ulokowanego w prywatnym domu w Michałowicach przy trasie Kraków – Warszawa. "Kandydat na tajnego współpracownika W-101 spędził tu w maju 1986 r. 165 godzin i zdobył 139 informacji", zatem – jak skrupulatnie podliczono – "0,84 informacji na godzinę". Sam lokal służył jednak głównie do obserwacji trasy, obok której się znajdował. SB donosiła też w raporcie, że w maju "z 309 przejazdów 31 dotyczy samochodów dyplomatycznych, z których pięć należało do konsulatów krakowskich". W meldunku są nawet procentowe zestawienia dotyczące ruchu tych aut w poszczególne dni tygodnia i tabele, w jakich owe zestawienia analizowano.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA