fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Andrzej Łapicki o filmie „Bitwa Warszawska”

Déj? vu. Już państwu opowiadałem, że w latach 30. w kinie Majestic na Nowym Świecie wkładałem okulary i oglądałem film w 3D.
Co prawda był to krótki metraż, ale lokomotywa wjeżdżała na widownię, a piłką od baseballa można było dostać w głowę.

Wynalazek się nie przyjął. Bracia Warner, co jak co, ale na pieniądzach się znali. Także samo ani Goldwyn, ani Mayer nie zainwestowali w to dolara. Dopiero myśmy wynaleźli „po polsku", po raz drugi, nową lampę naftową w 2011 roku. Okazją do demonstracji stał się film o jedynej radosnej, bo wygranej, Bitwie Warszawskiej. Ponieważ oglądając go, czułem się jak w latach 30., czekałem, że na ekranie pojawią się Maria Bogda i Adam Brodzisz – królewska para ekranu. Nie pojawili się. Szkoda. Zagraliby lepiej, ale także pasowaliby do przedwojennej estetyki, w której jest ten film zrobiony. Nie ma co prawda scenariusza, ale i tak wiadomo, że wygraliśmy, bo więcej statystów biegnie z lewej strony ekranu na prawą niż odwrotnie.

Wszystko już było. Weźmy sceny batalistyczne. Już w 1936 widziałem szarżę kosynierów na ruskie armaty...
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA