fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Adam Ferency - rozmowa z Adamem Ferencym

materiały prasowe
Z Adamem Ferencym rozmawia Jacek Cieślak
Rz: Zagrał pan świetną rolę radzieckiego komisarza w „1920 Bitwie Warszawskiej". Głośno o niej. Zresztą jest pan na billboardach. Zbliżenie - czytaj więcej
Adam Ferency: Widziałem ten billboard. Komisarz Bykowski wisi nad bohaterami, ale na szczęście nie będzie miał decydującego wpływu na ich życie. Zginie zasłużoną śmiercią. Jerzy Hoffman powiedział mi: wielu w polskim filmie zagrałeś sk...synów, ale takiego jak w moim to jeszcze nie. Przyjmuję to więc za wspaniałą recenzję.
Był pan stylowym kamerdynerem w „Niani", mądrzejszym od nowobogackich gospodarzy. Dobrze się pan czuje w takim telewizyjnym świecie?
Grając kamerdynera, myślałem o szekspirowskich błaznach. Higiena pracy wymaga podejmowania różnych zadań. Byleby nie grać po łebkach. Jeśli rolę traktuje się poważnie – nie widzę nic złego w takiej gimnastyce. To jak ćwiczenia rozciągające. Mogą tylko pomóc. Gorzej z ryzykiem popularności, jaką daje serial. Na szczęście publiczność oglądająca intensywnie „Nianię" nie pojawia się na spektaklach Lupy i Warlikowskiego. Mam spokój. Co innego Stanisław Mikulski, który, gdy grał Cyrano de Bergeraca w Teatrze Ludowym, mimo przyklejonego nosa, był rozpoznany jako Kloss. Miał bonusy. Gdy przyjechał do Budapesztu, jechał przez miasto odkrytą limuzyną i witano go na Nepstadionie. Takie ryzyko może korcić.
Co pana skusiło do zagrania w „Układzie warszawskim"?
Żeby się utrzymać na pewnym poziomie finansowym, nie sposób nie grać w serialach. A każdy lubi zarobić parę groszy, tylko niechętnie się do tego przyznaje. Zaciekawiły mnie też dwie rzeczy w scenariuszu: założenie, że jest kryminalny, ale z elementami komediowymi, a także nierealistyczna rola. Przecież nie ma w policji 60-letnich komisarzy, bo po 15 latach służby idą na emeryturę. To znaczy, że zagrałem kogoś, kogo nie ma. Ciekawe. Pozwala na więcej.
Aktorzy marzą o wielkiej szekspirowskiej roli, a pan zagra aż trzy – Otella, Shylocka i Leara, i to w jednym spektaklu, „Opowieściach afrykańskich według Szekspira". Nie miał pan żadnych obaw?
Jak się dostaje takie trzy wielkie role, nie można powiedzieć „nie", szczególnie gdy propozycję składa Krzysztof Warlikowski. To nie znaczy, że jestem optymistycznie nastawiony. Boję się tego spektaklu, śni mi się już po nocach. Mam koszmary, że nie mogę sobie poradzić. To będzie długie przedstawienie.
O mężczyźnie w kryzysie wieku średniego.
Kiedy zaczynaliśmy próby, powiedzenie „kryzys starości" było kluczowe. Myślę, że Warlikowski doszedł do takiego momentu, kiedy poczuł, że nie jest młody. Z mojej perspektywy, 60-latka, wygląda to zabawnie. Ale kto wie: może starość jest bardziej przerażająca dla młodszych. Te kilkanaście lat, które nas dzielą, sprawiły, że pierwszy kryzys starości mam za sobą. Oswoiłem się z myślą, że życie nieuchronnie zaczyna się kończyć i czas na decyzje, co da się jeszcze zrobić. Ramą spektaklu jest „Król Lear". Zaczynamy od sceny podziału królestwa. Na wątki Shylocka i Otella można patrzeć jak na retrospekcję życiowych prób i poszukiwania tożsamości. To bilans krzywd, jakie bohater wyrządził i jakie jemu wyrządzono.
Dlaczego w związku ze spektaklem śnią się panu koszmary?
Jako uczeń Tadeusza Łomnickiego myślę o końcu mojego mistrza. Lear jest jak fatum. Boję się też niewyobrażalnego wysiłku. Często grając duże role, mam wrażenie, że wypływam kajakiem na ocean. Teraz zdecydowanie mocniej się boję, czy zdołam dopłynąć do drugiego brzegu.
Ale ma pan przecież doświadczenie końca z innej wielkiej szekspirowskiej roli – Prospera, który żegnał się ze światem w „Burzy" Warlikowskiego. Nie pomaga?
Zupełnie. W „Opowieściach" brakuje bowiem rzeczy kluczowej – pogodzenia się ze światem, ukojenia. Prospero wyreżyserował burzę i swoją śmierć. Shylockowi, Otellowi i Learowi wszystko wymyka się z rąk. Nasz Lear, przykuty do łóżka po operacji, jest ciężko chory. Nie ma żadnej możliwości ekspresji. To dość ponure. Historia zmierza nieuchronnie do katastrofy. Ale nie będzie to spektakl wyłącznie o śmierci. Dotykamy innych tematów. Shylock to kwestia żydowska, nieustannie w Polsce nam towarzysząca. Nie możemy sobie z nią poradzić. Ostro stawiane są też sprawy pedofilii, kazirodztwa i kłopotów z tożsamością.
Nie jest pan w zespole Warlikowskiego, ale w trudnych sytuacjach staje się pan jego opoką. W „Burzy" zagrał pan, gdy na miesiąc przed premierą zrezygnował z roli Janusz Gajos.
Mam do Krzyśka stosunek ojcowski. Jeśli jest w potrzebie – biegnę mu pomóc jak synowi. Ale współpraca przy „Burzy"... zaczęła się od burzy. Byłem na Krzyśka wściekły. Dużo wcześniej rozmawialiśmy o „Kupcu weneckim". Czułem się umówiony na główną rolę. Tak mi się wydawało. Długo się nie odzywał, wobec czego nie przyjmowałem innych propozycji, żeby mieć wolny czas. W końcu Krzysztof zadzwonił, powiedział, że na „Kupca weneckiego" nie jest gotowy, ale chce zrobić „Burzę". Pomyślałem: „Burza"? Świetnie! Prospero fantastyczna rola. Powiedziałem, że się cieszę. Wtedy zapytał, czy nie chciałbym zagrać Antonia... Odłożyłem słuchawkę. Zadzwonił ponownie, ale odmówiłem. Oczywiście z powodów ambicjonalnych. Nie jestem jednak pamiętliwy i gdy nie porozumiał się z Januszem Gajosem, zgodziłem się na zastępstwo, ponieważ jestem wariatem. To było ledwie pięć tygodni przed premierą.
Pierwszy raz spotkaliście się przy „Poskromieniu złośnicy". Jaki Warlikowski był wtedy – na początku?
Inny od nas wszystkich. Lgnęliśmy do niego, bo widzieliśmy, że nie jest hochsztaplerem. Widać było, że tworzy teatr z własnych obsesji i lęków. Mieliśmy jednak kłopot, ja i Danuta Stenka – komunikacyjny. Ale kiedy zyskuje się przekonanie o uczciwości partnera, przy dobrej woli – znika. Pokonaliśmy problem wspólnie.
Dziś środowiska artystyczne się mieszają, Englert pracuje z Jarzyną, ale przecież był czas pokoleniowego i artystycznego konfliktu. Pamięta pan?
Zawsze tak jest. Dziś również. Część artystów jest w opozycji do teatru, który nie ma tradycyjnej narracji. Ale ten problem zniknie, bo każdy widzi, że świat jest coraz bardziej skomplikowaną opowieścią, coraz trudniejszą do odczytania mozaiką. A za chwilę przyjdzie nowe pokolenie, które jeszcze inaczej będzie snuć swoją historię. Zakręcą teatrem tak, że nie będziemy wiedzieć, gdzie jesteśmy.
A jak odnalazłby się w naszych czasach Tadeusz Łomnicki?
W drugiej połowie lat 80. szukał młodych, żeby z nimi pracować. A kiedy był moim nauczycielem na początku lat 70., powiedział mi na ucho: „Ja mam w dupie, co masz w środku. Ma być ciekawie i efektownie". W takim teatrze, jaki tworzy Warlikowski, świetnie by się odnalazł. Zespół byłby nim zachwycony. Niejednemu młodemu aktorowi opadłaby szczęka, ponieważ był mistrzem wielkich amplitud emocjonalnych. Pewnie walczyłby z Krzysztofem, gryźliby się, ale łączyłaby ich obopólna fascynacja. Nie grał przecież realistycznie. W najczystszym i najpiękniejszym tego słowa znaczeniu był cyrkowcem. Uważał, że aktor idzie po ziemi, ale za sekundę musi być gotowy do lotu w kosmos. Zaskakujący, nieprzewidywalny efekt był dla niego najważniejszy. Dzisiaj mówi się, że Arturo Ui to genialna rola, ale przecież w środowisku szeptano, że to małpiarstwo. Konflikt między dwoma wielkimi mistrzami – Holoubkiem i Łomnickim – nie był tylko psychologiczny. Holoubka uważano za aktora nowoczesnego, Łomnickiego zaś – za XIX-wiecznego. Całkiem bez sensu. Przecież on był już w drodze do teatru postdramatycznego, jaki mamy dzisiaj.
Jak pan zapamiętał Teatr Na Woli za dyrekcji Łomnickiego?
Niechętnie do tego wracam, bo ta dyrekcja w przykry sposób się skończyła. Ale nawet dziś, gdy przejrzy się repertuar i przypomni, ile tam było prapremier – wystarczy wspomnieć „Do piachu" Różewicza, nie ma wątpliwości, że to jedna z najciekawszych scen lat 70. w Polsce. Wtedy pytano, dlaczego poszedłem do tego czerwonego teatru? Dla mnie to był naturalny artystyczny wybór. To, że Tadeusz Łomnicki był członkiem Komitetu Centralnego PZPR, niespecjalnie mnie interesowało. Wielka aktorka i opozycjonistka Halina Mikołajska zawsze o nim serdecznie mówiła. Przez cały czas moich kontaktów z Łomnickim nie miałem kłopotów z jego partyjnością. Było mi przykro, jak widziałem, gdy przewodniczy, pożal się Boże, obradom zjazdu PZPR. Patrzyłem na wielkiego polskiego aktora, który był wtedy nie na swoim miejscu. Ale w środowisku panował nieformalny bojkot. Łomnicki miał kłopoty ze skompletowaniem zespołu. Jednak nie chodziło tylko o politykę, o to, że członek KC załatwił sobie teatr. Jego się bano jako tytana pracy i bezkompromisowego artysty.
Adam Ferency
W kinie możemy go obecnie oglądać w „1920 Bitwie Warszawskiej". Zagrał krwistą rolę Bukowskiego – czekisty polskiego pochodzenia. Na dużym ekranie dał się poznać w najważniejszych filmach przełomu lat 70. i 80. – „Gorączce" Holland, „Przypadku" Kieślowskiego, „Matce Królów" Zaorskiego i „Przesłuchaniu" Bugajskiego. Oglądaliśmy go w serialach „Kryminalni", „Niania". Teraz gra w „Układzie warszawskim". W warszawskiej PWST był uczniem Tadeusza Łomnickiego. Znalazł się też w jego zespole w Teatrze Na Woli. Wystąpił tam w spektaklach: „Wcześniak" Zaorskiego, „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" Kutza, „Do piachu" Łomnickiego i „Amadeuszu" Polańskiego. Był aktorem Teatru Współczesnego w Warszawie, obecnie w stołecznym Dramatycznym.
To aktor, który odnajduje się zarówno w przedstawieniach Macieja Englerta, Antoniego Libery, jak i Krystiana Lupy oraz Krzysztofa Warlikowskiego. U tego ostatniego gra obecnie w „Opowieściach afrykańskich wg Szekspira". Wcześniej kreował Prospera w „Burzy".
Układ warszawski | tvn | 12.35 | SOBOTA | 22.10 | NIEDZIELA
Niania | tvn 7 | 15.40 | SOBOTA | 16.10 | NIEDZIELA
Palimpsest | tvp 1 | 23.15 | PONIEDZIAŁEK
Pożegnanie jesieni | Kino Polska | 0.10 | PONIEDZIAŁEK Kino Polska | 0.05 | CZWARTEK
Przeprowadzki | Kino Polska | 6.10, 22.15 | WTOREK Kino Polska | 9.35 | ŚRODA
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA