fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Ile Platforma zyskała z Wałbrzycha

Z powodu afery z kupowaniem głosów w Wałbrzychu trzeba było powtórzyć wybory prezydenta miasta (fot. Sławomir Woch)
Reporter
Jerzy Haszczyński
Niewielka grupa osób związanych z ratuszem wpłaciła ponad 160 tys. zł na kampanie wyborcze PO
Prokuratura bada, gdzie się podziało ponad pół miliona złotych, które były prezes wałbrzyskiego Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego i radny powiatowy PO Ireneusz Zarzecki miał wyprowadzić z firmy. On sam zawiadomił śledczych, że pieniądze poszły na Platformę Obywatelską. Twierdzi, że w ciągu pięciu lat przekazał na partię ok. 350 tys. zł: 200 tys. zł dla byłego prezydenta Wałbrzycha Piotra Kruczkowskiego, 50 – 70 tys. zł dla posłanki Izabeli Mrzygłockiej, 30 tys. zł dla posła Zbigniewa Chlebowskiego, 40 – 50 tys. dla senatora Romana Ludwiczuka (dziś obaj poza PO).
– Odpaliłem polityczną bombę, ale przecież nie jestem samobójcą, żeby rzucać tak poważne oskarżenia na wiatr – mówi „Rz" Zarzecki.
Były prezes MPK „odpalił bombę" tuż przed sierpniowymi wyborami prezydenta Wałbrzycha. Jesienne trzeba było powtarzać po stwierdzonym przez sąd procederze kupowania głosów na PO.
Parlamentarzyści Platformy już dzień po ujawnieniu tych sensacji zawiadomili prokuraturę, że słowa byłego prezesa MPK są pomówieniem. Ich zdaniem to karkołomna linia obrony człowieka, który zdefraudował ponad pół miliona złotych i próbuje upolitycznić sprawę.
„Rz" dotarła do sprawozdań finansowych Platformy składanych w latach 2006 – 2010. Mieszkańcy Wałbrzycha obdarowali partię w sumie ok. 300 tys. zł. Okazuje się, że ponad połowę tej kwoty wpłaciło kilkanaście osób pracujących w magistracie lub miejskich spółkach.
W ubiegłym roku, gdy odbywały się wybory samorządowe, sześć osób z ratusza lub ściśle z nim powiązanych: prezydent Kruczkowski, jego asystentka, szefowa kancelarii prezydenta, szef biura promocji miasta oraz żona wiceprezydenta Wałbrzycha, wpłaciło na PO ponad 70 tys. zł ze 130 tys. zł, które partii przekazało 111 mieszkańców miasta.
Artur Wylandowski, wówczas szef biura promocji, wpłacił na fundusz Platformy ponad 10 tys. zł. – Około 2 tys. zł na własną kampanię – zaznacza. – Resztę na wsparcie prezydenta Kruczkowskiego, ale sam mu to zaproponowałem.
Asystentka prezydenta Anna Żabska: – Wpłaciłam 10 tys. zł z własnej woli, z własnych oszczędności i zgodnie z moimi przekonaniami politycznymi – mówi „Rz".
Kruczkowski zaznacza, że wpłat na kampanię dokonywali jako osoby prywatne. – Wszystko było udokumentowane – zauważa. – Nie ma chyba nic nadzwyczajnego w tym, że wśród najbliższych współpracowników mam przyjaciół i znajomych.

Tylko na waciki?

Niecały miesiąc przed odpaleniem politycznej bomby Zarzecki stracił pracę w MPK. Rządzący Wałbrzychem komisarz zdymisjonował go, bo firma była w fatalnej kondycji finansowej. Nowy prezes odkrył, że w kasie brakowało 580 tys. zł.
Kontrole z ratusza i zewnętrzni audytorzy przez kilka lat nie wykryli nic. A Zarzecki dostawał regularnie nagrody od prezydenta miasta. Jak twierdzi, miał z nich pokrywać manko w kasie. Ale pieniędzy nie wystarczyło.
Przed sierpniowymi wyborami w prokuraturze pojawił się też były wiceprezes Miejskiego Zarządu Budynków Wojciech Czerwiński, tak jak Zarzecki, działacz PO. On również stracił posadę. Wiosną w ramach wprowadzania oszczędności.
Przedstawił śledczym rozmowę, jaką nagrał jesienią ubiegłego roku. Jak z niej wynika, prezydent Kruczkowski wpadł wówczas do jego gabinetu po pieniądze na kampanię. Gdy dowiedział się, że w grę wchodzi jedynie 1500 zł, powiedział do Czerwińskiego: „no co ty, na waciki?".
To nagranie ma być według byłych prezesów miejskich spółek Czerwińskiego i Zarzeckiego dowodem, że musieli oddawać na PO pieniądze. Twierdzą, że miała to być połowa nagród, które dostawali, i ok. 500 zł miesięcznie z pensji.
Taka sytuacja nie byłaby wyjątkiem. Jak pisał „Wprost", oprócz parlamentarzystów i samorządowców we wszystkich partiach opłacać się muszą również urzędnicy i pracownicy spółek miejskich bądź Skarbu Państwa. Tygodnik pisał m.in. o takich przypadkach w SLD, PSL i PiS. – Ci, którzy zajmują dobrze płatne stanowiska, mają podwyższone składki. Jeśli ktoś ich nie płaci, zgodnie ze statutem może nawet zostać wyrzucony z partii – przyznawał we „Wprost" poseł PiS Marek Suski.

Prokurator i psychiatra

Poza tym Zarzecki twierdzi, że nie tylko MPK, ale i inne miejskie spółki w latach 2006 – 2010  dawały gotówkę, a także też sponsorowały imprezy szkoleniowe dla działaczy PO, a podczas nich ludzie partii (w zawiadomieniu do prokuratury pisze, że byli to skarbnik wałbrzyskiej Platformy oraz skarbnik miasta) rozdzielali gotówkę, informując, kto i ile ma wpłacić na konto wyborcze partii.
Po co tak skomplikowany mechanizm? Po co angażować wiele osób? – Dla odcięcia nitek, zatarcia śladów – odpowiada Zarzecki. – Żeby ktoś, kto zgłupieje jak ja, nie powiedział za dużo.
– Taki skomplikowany system potwierdza bezsens wymysłów pana Zarzeckiego – komentuje Kruczkowski.
– Czasem pieniądze wracały do mnie z poleceniem przelania ich na PO – odpowiada były szef MPK.
Ale według ustaleń „Rz" wracały do niego sporadycznie. Zarzecki tylko kilka razy zasilał fundusz Platformy. W 2006 roku było to w sumie ponad 11 tys. zł. W 2007 – kilkaset złotych.
W 2010 r. – 1600 zł na własny fundusz wyborczy.
Innych rewelacji byłego prezesa MPK, że oprócz jego firmy pieniądze wypompowywano z pozostałych spółek miejskich, nie potwierdzają dane z rozliczeń finansowych PO. Wynika z nich, że w przychodach w latach 2006 – 2010 zaksięgowano tylko 300 tys. zł donacji z Wałbrzycha, choć tylko z MPK według Zarzeckiego miało trafić ok. 350 tys. zł. Nie zgadzają się też sumy, które Zarzecki miał przekazać parlamentarzystom. Wynika z nich, że posłanka Mrzygłocka, która miała dostać 50 – 70 tys. zł, wpłaciła na fundusze wyborcze i podarowała PO w sumie nieco ponad 22 tys. zł. Ludwiczuk i Chlebowski wpłacili po ok. 20 tys. zł, choć mieli dostać odpowiednio 40 – 50 i 30 tys. zł.
Zarzecki ma wytłumaczenie tej sprzeczności. Twierdzi, że znaczne sumy tworzyły lewą kasę partii. – Kupowania głosów też nikt nie księgował, a przecież sąd ustalił, że miało to miejsce
– zauważa. Według niego pieniądze szły na kampanie, ale płacono je pod stołem.
– Kłamstwa, pomówienia, zniesławienia – tak senator Ludwiczuk skwitował to w doniesieniu do prokuratury i prywatnym akcie oskarżenia przeciw Zarzeckiemu.
– Bzdury – dorzuca Mrzygłocka, która również zawiadomiła prokuraturę.
– Pan Zarzecki nie przekazywał mi pieniędzy, a sprawę jego oszczerstw skierowałem do prokuratury – mówi „Rz" Kruczkowski uważający opowieści Zarzeckiego za skandaliczny atak, który ma odwrócić uwagę od toczącego się śledztwa w sprawie defraudacji.
A w rozmowie z lokalnym „Tygodnikiem Wałbrzyskim" dodał: „Czytając kolejne rewelacje Zarzeckiego, utwierdzam się w przekonaniu, że przydałaby mu się wizyta u psychiatry".

„Nie jestem aniołem"

Zarzecki ma duży problem ze zliczeniem pieniędzy, które miał wyprowadzić z MPK. Jak podał nowy prezes spółki, jego poprzednik wydał za pomocą służbowej karty kredytowej blisko 390 tys. zł, a kolejne 180 tys. zł w postaci zaliczek. Zakładając, że 350 tys. zł przekazał rzeczywiście na PO, to gdzie podziała się reszta?
Zarzecki twierdzi, że musiał płacić za organizację miejskich imprez. – Były festyny, Mikołaje, bale prezydenckie... – szuka w pamięci. – Ze 180 tysięcy nie potrafię się wyliczyć. Przyznaję, nie jestem aniołem. Ale budowy domu od 2005 roku nie dokończyłem – dorzuca  Zarzecki.
Jak ustaliła zarządzona przez nowego prezesa kontrola w firmie, kilkadziesiąt tysięcy złotych wyprowadził również były szef marketingu MPK będący działaczem PiS. – Robił to dla mnie, ale nic więcej nie powiem – ucina Zarzecki.
– To kolejny dowód na to, że poczynania Zarzeckiego nie miały nic wspólnego z polityką, ale raczej wiązały się z jego towarzyskimi układami – uważa Kruczkowski.
Były prezes MPK ma żal, że politycy PO odrzucili rozwiązanie, jakie im zaproponował tuż przed swoim zwolnieniem: zostałby w firmie na dowolnym stanowisku, ale z pensją prezesa, ponad 230 tys. zł rocznie, i w ciągu kilku lat spłaciłby dług.

Siła nazwisk w zeznaniach

Po wielogodzinnych przesłuchaniach, najpierw w CBA, a w ubiegłym tygodniu w prokuraturze, Zarzecki jest umiarkowanym optymistą. – Po pytaniach widzę, że widzą znacznie więcej, niż mi się zdawało – zauważa. – Mam przeczucie, że dobrze zrobiłem, wyjawiając to wszystko.
Zapowiada, że odda MPK pieniądze. – Jako zodiakalny Koziorożec honoru mam za dwóch. A przyjaźń, koleżeńskie relacje są ważniejsze od pieniędzy – tłumaczy. – W sądzie obronię choć część dobrego imienia.
Jak wyjaśnia Ewa Ścierzyńska, rzecznik świdnickiej Prokuratury Okręgowej, jeśli jego informacje się potwierdzą, może się zdarzyć, że na wniosek śledczych sąd nadzwyczajnie złagodzi mu karę lub nawet od niej odstąpi, bo to Zarzecki zawiadomił o przestępstwie.
Nic jednak nie zapowiada, by akt oskarżenia został sporządzony przed wyborami parlamentarnymi. Po przesłuchaniu byłych prezesów miejskich spółek świdnicka prokuratura zwróciła się do zwierzchników o przeniesienie sprawy poza okręg wałbrzyski. – By uniknąć przyszłych ewentualnych wątpliwości, że tutejszy śledczy byli stronniczy – wyjaśnia Ścierzyńska. – Padła duża liczba znanych w mieście nazwisk. Naszych śledczych mogłyby wiązać z nimi kontakty służbowe bądź towarzyskie.
Natomiast już we wrześniu świdnicka prokuratura ma sporządzić akt oskarżenia przeciwko kilkunastu osobom, które w jesiennych wyborach handlowały głosami. To właśnie z powodu tej afery powtórzono wybory, a struktury PO w Wałbrzychu zostały rozwiązane.
– Ani kupowania głosów, ani wymuszania pieniędzy na partie nie wymyślono w Wałbrzychu – mówią mieszkańcy. Sądząc po wyborczym wyniku powtórzonych wyborów, gdy popierany przez PO Roman Szełemej już w pierwszej turze rozgromił rywali, ci, którzy wierzą Zarzeckiemu, są w mniejszości. Ale jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było zarządzenie audytów we wszystkich miejskich spółkach.

Nadzwyczaj hojni mimo bezrobocia

Jak wynika z rozliczeń finansowych złożonych przez PO w PKW, mieszkańcy Wałbrzycha – miasta kojarzonego z biedą, bezrobociem i problemami społecznymi – w latach 2006 – 2010 wpłacili na Platformę 300 tys. zł, z tego na jej kampanie samorządowe – 240 tys. zł. To wyraźnie więcej niż w tym czasie wpływało na PO np. w bogatszej Zielonej Górze (łącznie 213 tys. zł) czy Włocławku (ok. 170 tys. zł), za to dużo mniej niż np. w Toruniu (blisko 370 tys. zł).
Na Dolnym Śląsku Wałbrzych wyraźnie wyprzedził miasta zbliżone do niego wielkością. Legniczanie przekazali na fundusze PO w wyborach samorządowych w sumie ok. 130 tys. zł, a jeleniogórzanie – ok. 70 tys. zł. Wałbrzyszanie biją na głowę miasta z podobnymi kłopotami takie, jak Tarnobrzeg, Szczecinek, Przemyśl, Siedlce, Słupsk czy Starachowice. Tam sympatycy PO na kampanie samorządowe wpłacali 80 – 150 tys. zł.
—jak
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA