fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Liga turecka: wielkimi pieniędzmi ciągle rządzą emocje

Fotorzepa, Piotr Nowak now Piotr Nowak
Turecka liga stoi w rozkroku między zachodnimi standardami a wschodnią mentalnością
Sezon powinien się rozpocząć 9 września, z miesięcznym opóźnieniem, przez aferę korupcyjną z udziałem niemal wszystkich najważniejszych drużyn. Policja zatrzymała już ludzi związanych z Fenerbahce, Trabzonsporem (czyli mistrzem i wicemistrzem) i Besiktasem oraz byłego prezesa tureckiej federacji.
Afera zatacza coraz większe kręgi i nie wiadomo, czy uda się ją wyjaśnić do początku września. Nie wiadomo na przykład, kto miałby zagrać w meczu o superpuchar, bo zdobywca Pucharu Turcji Besiktas zwrócił trofeum do czasu wyjaśnienia afery, a Fenerbahce w każdej chwili może przestać być mistrzem. Na razie jedynym czystym spośród wielkich klubów wydaje się być Galatasaray, którego dyrektor nawet współpracuje z policją.
W tej sytuacji cierpliwość traci selekcjoner reprezentacji, Holender Guus Hiddink, który zagroził dymisją, jeśli potwierdzą się zarzuty wobec jego kadrowiczów.
Jest w tym wszystkim, co się ostatnio stało w tureckiej piłce, trochę przymykania oka na reguły prawne, trochę wiary w to, że pieniądz wszystko może i niekoniecznie trzeba się ściśle stosować do przyjętych reguł, a wreszcie niecierpliwego oczekiwania na sukces, który ma przyjść już, zaraz, teraz, bo przecież się za niego zapłaciło (niekoniecznie pod stołem). A do tego nad głową stoją kibice, którzy wpadają w furię przy każdym niepowodzeniu i gotowi są rzucać kamieniami w piłkarzy i trenerów, tłuc szyby w autokarach i bić się między sobą.
– To są ludzie, którzy nie do końca respektują to, co zapiszą w kontrakcie. Oczywiście największe kluby nie mogą sobie na to pozwolić, bo grają w pucharach i UEFA patrzy im na ręce, ale są kluby, gdzie takie rzeczy dzieją się notorycznie. W pewnym momencie powiedziałem dość – opowiada „Rz" obrońca Legii Michał Żewłakow, który w zeszłym roku grał w Ankaragucu, ale musiał przedwcześnie rozwiązać umowę.
Aziz Yildirim, prezes Fenerbahce, od którego zatrzymania zaczęło się trzęsienie ziemi, chciał wygrać ligę, a czekał na to już od czterech lat. W tym czasie zatrudnił i zwolnił kilku znanych trenerów (Zico, Luis Aragones, Christoph Daum) oraz piłkarzy na czele z Roberto Carlosem, Nicolasem Anelką i Mateją Kezmanem.
Fenerbahce to najbogatszy klub Turcji, z przychodami ok. 90 mln euro, przez firmę Deloitte umieszczony na 20. miejscu wśród najbogatszych w Europie za rok 2009. Na jego stadionie, wielkim Sukru Saracoglu, został rozegrany w 2009 roku ostatni finał Pucharu UEFA.  Wśród sponsorów są tak wielkie firmy jak Turk Telekom czy Turkish Airlines. Nic dziwnego, że oczekiwanie sukcesu jest wielkie.
A pieniądze wydawane na piłkarzy i trenerów tego nie gwarantują, bo rywale wcale nie są o biedniejsi. Besiktas może sobie pozwolić na zatrudnienie Simao Sabrosy, Ricardo Quaresmy i Gutiego. W Galatasaray mają okazję oglądać Milana Barosa i Harry'ego Kewella, a nowa Turk Telekom Arena, wybudowana za ok. 190 mln euro, zastąpiła wysłużony stadion Ali Sami Yen.
Przeciwko tej koalicji ze Stambułu występuje niemal samotnie Trabzonspor, jedyny obok Bursasporu klub, który był w stanie zabrać znad Bosforu tytuł mistrzowski. Nie jest to jednak biedny szaraczek, tylko potężny klub z budżetem kilkudziesięciu milionów euro. Mógł na reprezentanta Polski Adriana Mierzejewskiego wyłożyć 5,25 mln euro.
Pieniądze mają też ci, którzy nie osiągają sukcesów. – Baza sportowa w Ankaragucu była jedną z najlepszych w Europie. Ośrodek był przygotowany pod wielką drużynę. Niestety, organizacja klubu nie dorastała do infrastruktury – mówi Żewłakow, który w przeszłości grał w wielkich klubach: Anderlechcie Bruksela i Olympiakosie Pireus.
Wydawało się, że kamień węgielny pod sukcesy tureckiego futbolu został położony, gdy w 2000 roku Galatasaray sięgnął po Puchar UEFA, pokonując w finale Arsenal. Potem były jeszcze: trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 2002 r. i dwa finały europejskich pucharów w Stambule, w tym ten tak dla nas pamiętny z 2005 roku, gdy Jerzy Dudek wytańczył Liverpoolowi zwycięstwo w Lidze Mistrzów.
Ale nawet wtedy ujawniała się ta druga twarz tureckiej piłki, którą czasami warto byłoby schować ze wstydu. W 2000 roku zasztyletowano dwóch kibiców Leeds. Podczas derbów Galatasaray z Fenerbahce policja musiała osłaniać piłkarzy przy wykonywaniu rzutu rożnego. Po meczu czasami trzeba zostawać w szatni, bo rozsierdzony tłum nie chce wypuścić drużyny ze stadionu, a na miasto potem lepiej nie wychodzić.
Stąd się biorą sytuacje, jak ta ze sparingu z Szachtarem Donieck, gdy na murawę wtargnęło najpierw dwóch osiłków z podobiznami Yildirima na koszulkach, a kilka minut później kilkuset kibiców, którzy wyrażali swoje poparcie dla zatrzymanego prezesa. Na ramiona wzięli trenera Aykuta Kocamana – niezbyt szczęśliwego z tego wyróżnienia, a potem rozbiegli się po całym boisku.
Te emocje to też koloryt miejscowej ligi, bo Turcy kochają piłkę nożną i tak wyraża się ich miłość. Chłopcu, który od urodzenia mieszka w górskiej wiosce, wystarczy powiedzieć „football", by wywołać uśmiech na jego twarzy. Więcej słów po angielsku nie zna. Polska kojarzy się z dwoma nazwiskami: Wałęsa i Szymkowiak. Nawet lodziarz w Stambule wie, kim był pomocnik reprezentacji Polski. Mirosław Szymkowiak dalej jest w Turcji bohaterem, mimo iż uciekał z klubu pokłócony.
Teraz jest kilku innych Polaków do kochania: Kamil Grosicki, bracia Brożkowie, Arkadiusz Głowacki, niedawno przybył Adrian Mierzejewski, którego kibice w Trabzonie witali jak największą gwiazdę i śpiewali na jego cześć. Ulice w tym mieście są przystrojone flagami Trabzonsporu i to nie tylko w dniu meczu. A gdyby zespół zdobył mistrzostwo kraju, wówczas piłkarze byliby noszeni na rękach, bo Trabzonspor na mistrzostwo czeka od 1984 roku.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA