fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Znikające bezpieczne przystanie

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Dzięki zgodnemu głosowaniu obu izb amerykańskiego Kongresu i bazgrołowi z przekreślonym O, którym podpisał się prezydent Obama, zakończył się wreszcie dreszczowiec pt. „Możliwe bankructwo USA"
Dzięki zgodnemu głosowaniu obu izb amerykańskiego Kongresu i bazgrołowi z przekreślonym O, którym podpisał się prezydent Obama, zakończył się wreszcie dreszczowiec pt. „Możliwe bankructwo USA".  Jak zresztą pisałem tydzień temu, cała sprawa była nadmuchana, obawy o bankructwo bzdurne z ekonomicznego punktu widzenia, a wizja finansowej katastrofy w razie braku porozumienia grubo przesadzona.  Zgodnie z oczekiwaniami na kilka godzin przed groźnym terminem republikanie i demokraci znaleźli kompromis, który na półtora roku daje rządowi spokój z problemem limitu zadłużenia. Notabene, żadnej ze stron sporu nie udało się znokautować drugiej (o co głównie chodziło), a całe starcie zakończyło się nieznacznym zwycięstwem na punkty Obamy.
Tak jak amerykański kryzys nie doprowadziłby prawdopodobnie do żadnego finansowego Armagedonu, podobnie jego szczęśliwe rozwiązanie nie spowodowało żadnej fali ulgi i odreagowania. Wręcz odwrotnie – w dniu, kiedy w Waszyngtonie udało się zawrzeć kompromis, giełdy na całym świecie poszły w dół, a ceny złota i kursy franka szwajcarskiego – a więc tych dwóch aktywów, które powszechnie uważane są za bezpieczną przystań w niebezpiecznych czasach – poszły wyraźnie w górę.
Co się stało? Analitycy rynkowi zawsze są gotowi wytłumaczyć ex post dlaczego zmienne finansowe zachowały się tak, jak się zachowały – zwłaszcza wówczas, gdy zmieniły się odwrotnie do ich uprzednich prognoz (standardowym wytłumaczeniem sytuacji, w której zamiast prognozowanego spadku mamy zwyżki, jest słynny bełkot, że „rynek już przed zdarzeniem zdyskontował jego efekty, ale oczekiwał więcej, więc teraz to koryguje"). Analitycy bąkają więc coś na temat tego, że szczegóły amerykańskiego kompromisu nie są jeszcze jasne, a agencje ratingowe wciąż jeszcze mogą obniżyć rating USA.
Prawda jest jednak daleko smutniejsza. Na rynek nie powrócił optymizm, bo nie było żadnego powodu, by się tam pojawił. Ani rozdmuchany na wyrost amerykański „kryzys", ani jego rozwiązanie nic nie zmieniło. Stany Zjednoczone zarówno przed 2 sierpnia, jak i po nim zmagają się dokładnie z tymi samymi dwoma problemami. Z jednej strony ich dług publiczny rośnie w tak gwałtowny sposób, że prędzej czy później rzeczywiście musiałoby to zagrozić podstawom globalnych finansów. Z drugiej jednak prywatna gospodarka nie może wciąż ruszyć z miejsca, więc gdyby rząd przestał podkręcać koniunkturę zwiększonym deficytem, zapewne ponownie wpadłaby w recesję. W takiej sytuacji nie wiadomo, co gorsze: kontynuacja polityki wysokich wydatków czy rozpoczęcie ich ostrej redukcji. I jedno, i drugie oznacza bowiem kłopoty nie tylko dla USA, ale dla całego świata.
Skoro tak, to nie powinno nas dziwić, że złoto i frank pozostają drogie. Oba te aktywa traktowane są przez inwestorów jako bezpieczna przystań. Gdyby bezpiecznych przystani było więcej, problem nie byłby aż tak bolesny. Ale status bezpiecznej przystani utracił już w oczach inwestorów jen (bo Japonia jest najbardziej zadłużonym krajem świata), utraciło euro (bo kraje należące do strefy nie potrafią poradzić sobie z kłopotami Grecji), teraz tracą USA (bo amerykańska polityka gospodarcza jest w pułapce, dług rośnie, gospodarka spowalnia, a masowo drukowany dolar grozi w przyszłości inflacją).  Pozostaje więc Szwajcaria, dla której jednak gwałtownie wzmacniający się – a może nawet zrównujący się z euro – frank oznacza widmo recesji. A to każe sądzić, że również ten alpejski raj może kiedyś stracić swoją nieposzlakowaną finansową reputację.
Autor jest profesorem i głównym ekonomistą PwC
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA