fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jacek Hołówka: uczmy w szkole filozofii

Jacek Hołówka
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Dziś w szkołach i na wyższych uczelniach liczy się tylko wiedza pamięciowa, zaliczanie testów, szybkie odpowiedzi na pytania, trafne odgadywanie i znalezienie się ponad progiem odcięcia. Cała reszta to balast – pisze filozof
Ministerstwo Edukacji zamierza skreślić trzy pozycje z listy przedmiotów do wyboru na maturze: łacinę, wiedzę o tańcu i filozofię. Jako powód podaje fakt, że np. filozofię wybiera kilkuset maturzystów w całym kraju, a geografię kilkaset tysięcy. Zatem geografii warto uczyć, a filozofii nie – bo po co podtrzymywać przedmiot, który mało kogo interesuje.
Zastanówmy się nad wagą tego argumentu. Czy wydziały medyczne zamknęłyby np. dermatologię lub reumatologię, gdyby studenci mało się interesowali tymi specjalnościami? Niemożliwe. Każdy dziekan by powiedział, że w programie nauczania ważne jest to, czego potrzebują pacjenci, a nie to, co szczególnie interesuje studentów. Zatem fakt, że filozofia niespecjalnie interesuje maturzystów, nie jest sam w sobie powodem, by ten przedmiot skreślać z matury. Czyli, mówiąc otwarcie, nie chodzi o maturę, ale o to, że w ostatnich latach filozofia przestała kogokolwiek w Polsce interesować.

Gdzie jest jakiś filozof

To nie maturzyści i ministerstwo decydują, że filozofia jest czymś niepotrzebnym, bezużytecznym i przestarzałym. Tak myśli większość społeczeństwa. Ktoś mnie niedawno zapytał: "Gdzie jest w Polsce jakiś wielki filozof, którego wszyscy powinni znać?" Musiałem przyznać, że nie wiem. Powymierali? Ale natychmiast mi się przypomniało, że to jest argument Korowiowa z "Mistrza i Małgorzaty", gdy ten stojąc przed Domem Literatury zastanawiał się, czy ktoś w środku rzeczywiście pisze nowego "Don Kiszota". Odpowiedź, podobnie jak ironia facecjonisty, były oczywiste. Ale dobry żart nie zawsze jest najlepszym argumentem. W Domu Literatury biesiadowali odrażający i niewyuczalni socrealiści, a nie jacyś średniacy. I przy całym szacunku dla Bułhakowa, czy nie lepiej mieć pewną liczbę średniaków niż zgoła nikogo?
Liczba kandydatów na studia filozoficzne spada z roku na rok. Jeszcze trzy lata temu większość uniwersytetów miała po kilku kandydatów na jedno miejsce, teraz mają co najwyżej dwóch, trzech, i to zwykle takich, którzy jednocześnie zdają na jakiś inny widział, i jeśli tam się dostaną, z filozofii rezygnują.
Studenci z innych wydziałów często narzekają, że na filozofii prowadzi się puste dyskusje nie wiadomo o czym, że wiedza filozoficzna się nie kumuluje i spieranie się o to, kto ma więcej racji, fenomenolodzy, hermeneuci czy analitycy, to jałowe zajęcie. Na reputacji filozofii zaciążyła też jej funkcja w czasach komunistycznych, gdy była oficjalnie używana jako rzekomo bezstronna metoda udowodnienia wyższości marksizmu nad wszelkimi innym stylami myślenia. Niemal każdy pracujący dziś na innym wydziale profesor pamięta kurs filozofii, który musiał przejść jako student, i często nie wspomina go dobrze. Dziś więc nie dba o to, czy jego studenci będą się uczyć filozofii, czy nie, bo po cichu uznaje, że filozofia to bastion skostniałego myślenia, oderwana od rzeczywistości dyscyplina bez przyszłości, pseudonauka skupiona na abstrakcyjnych spekulacjach.

Świetne wydziały na świetnych uniwersytetach

W innych krajach jest inaczej. Najlepsze uniwersytety na świecie mają świetnie działające wydziały filozofii – może poza Japonią, gdzie filozofia nigdy nie była szczególnie rozwijaną dyscypliną z niezrozumiałych powodów.
Natomiast w Ameryce doskonałe szkoły prywatne wiążą filozofię z logiką, językoznawstwem i antropologią kulturową. W Niemczech nikt sobie nie wyobraża poważnych dyskusji z zakresu prawa, polityki i bioetyki bez udziału filozofów. Oxford i Cambridge jako fundament humanistycznego wykształcenia traktują PPE, czyli Philosophy, Political science and Economics. Francuzi zawsze mieli, i mają, filozofa-celebrytę, który przy każdej okazji wypowiada kilka celnych uwag na temat spraw bulwersujących opinię publiczną. W tej roli występuje dziś Bernard-Henri Levy, który np. przy okazji aresztowania Dominique'a Straussa-Kahna przez Amerykanów i fotografowania go z trzydniowym zarostem oznajmił, że Francuzi oddali swego rodaka psom na pożarcie.
Każdy wielki kraj ma swój własny styl uprawiania filozofii, i – jak pisał Sartre – zdaje sobie z tego sprawę, że niezależny intelektualista jest jedynie "monstrualnym wytworem monstrualnego społeczeństwa". Jednak w tej roli potrzebuje go dla zachowania zdrowia psychicznego i zbudowania dystansu do codziennych kłopotów. Czemu podobna funkcja stała się niepotrzebna w Polsce? To dobre pytanie – jak mówi młodzież.

Płytki kurs...

Chodzi mi po głowie szalone wytłumaczenie. Nie lubimy filozofii, bo kochamy reformę i reformatorów. Na nich oddajemy głosy i od nich oczekujemy poprawy świata. Reformował Gierek, Jaruzelski, Wałęsa i Balcerowicz. Na okazję do dalszego reformowania czekają Tusk i Kaczyński. Nie reformował Mazowiecki, Olszewski i Kwaśniewski, ale ich rządy zostały zapamiętane jako krótkie lub mało znaczące.
W Polsce symbolem życia politycznego jest karuzela pędząca na oślep i bez celu, byle szybko i wywołując trwały zawrót głowy. Taki stan nie sprzyja refleksji i nie jest korzystny dla filozofii. Nie zachęca też dyrektorów szkół średnich do zorganizowania zajęć z filozofii na dobrym poziomie. Wszyscy wiedzą, że katechezy można uczyć lepiej lub gorzej, ale zrezygnować nie wolno. Natomiast filozofii źle uczyć nie warto, a dobrze uczyć trudno, więc lepiej w ogóle zrezygnować. To też wiedzą wszyscy.
Filozofia istotnie się nie kumuluje i trudno dobrego nauczyciela rozliczyć z tego, co zrobił. Trudno też złemu wykazać, że nie zrobił nic pożytecznego. Myślę jednak, że nie trzeba tak bardzo fascynować się reformą i kumulacją. Te płytkie nadzieje to nieświadoma pozostałość płytkiego kursu filozofii, dziś źle wspominanego przez profesorów innych wydziałów. Reforma to mydlenie oczu, a kumuluje się produkcja – co niekiedy jest dobre; ale także kumulują się ignorancja, dług publiczny i społeczne rozczarowanie – co z pewnością jest już źle.
Wielokrotne próby centralizacji i decentralizacji opieki medycznej kumulują się w obraz chaosu. Reformy na wyższych uczelniach polegające na masowym nauczaniu przy użyciu Powerpointu, linków internetowych i piętnastominutowych testów też się kumulują – w wyścig szczurów niemających czasu na zastanowienie się i zrozumienie tego, co naprawdę chcą robić.

... to płytkie myślenie

To, co Herbert Marcuse pół wieku temu pisał na temat jednowymiarowego człowieka, odczuwamy teraz na własnej skórze. Gdy on ubolewał nad dobrowolną rezygnacją przez gatunek ludzki z rozmaitych władz poznawczych po to tylko, by skupić wszystkie siły na zarabianiu pieniędzy, polskie szkoły trzymały się dobrze. Ćwiczyły pamięć i refleks, ale także wrażliwość i chęć zrozumienia. Tworzyły jakąś lokalną wspólnotę instytucjonalną i kreowały swoisty etos licealisty. Zachęcały do czytania trudnej literatury i wciągały w dyskusje filozoficzne.
Dziś nie ma na to czasu. Liczy się tylko wiedza pamięciowa, zaliczanie testów, szybkie odpowiedzi na pytania, trafne odgadywanie i znalezienie się ponad progiem odcięcia. Cała reszta to balast. Wrażliwość osłabia i dekoncentruje. Skupienie spowalnia i dezorientuje. Rozumienie naraża na rozczarowanie i niesmak. W sumie, rozważanie jakichkolwiek problemów, nad którymi nie możemy zapanować, to strata czasu. Ten styl myślenia zwyciężył niepodzielnie w liceach i na wyższych uczelniach. I dlatego filozofia mało kogo interesuje.
Choć nie do końca. Senat Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego dostrzegł, nie bez słusznej dumy, że jest to jedna z największych uczelni humanistycznych w kraju, i dobrze się stanie, jeśli każdy student KUL, bez względu na to, na jaki zapisał się wydział, będzie mieć obligatoryjne zajęcia z etyki, z historii filozofii, a niekiedy też z logiki. Przedtem nabór na filozofię spadł na tej uczelni do niespotykanego wcześniej poziomu, ale tego rezultatu nie uznano za nieodwracalny wyrok historii.

Choć trzy semestry

Wystarczy też popytać, gdzie w szkołach średnich uczy się filozofii i etyki, i rzuca się w oczy dość zaskakująca tendencja.
Szkoły niepubliczne, w tym w znacznej części szkoły katolickie, chętnie uczą etyki i filozofii, natomiast szkoły państwowe robią co mogą, by z etyki zrezygnować, bo rzekomo nie mają odpowiednich nauczycieli, których w rzeczywistości nikt po prostu nie chce zatrudnić. Tak doszło do niespodzianego, choć może budującego paradoksu.
Szkoły niepubliczne, często pomawiane o wąskie horyzonty i sprzyjanie jednej opcji światopoglądowej, okazują się bardziej otwarte na różnorodność poglądów i bardziej śmiałe w podejmowaniu problemów humanistyki niż szkoły państwowe rzekomo niezależne i wolne od ideologicznych nacisków.
Rozdział państwa od Kościoła polega dziś w Polsce na tym, że rząd dba o to, by nie drażnić swego potężnego partnera i na wszelki wypadek nie sprzyja filozofii, która mogłaby stać się rozsadnikiem ateizmu, natomiast instytucje kościelne nie boją się Kościoła i uczą filozofii jak chcą. Także prywatne szkoły wyższe potrafią dostrzec znaczenie filozofii dla prawa, psychologii i pedagogiki. Np. Pedagogium w Warszawie daje każdemu studentowi trzy semestry filozofii i szansę dostrzeżenia, że patologie okresu dorastania często wiążą się z osobliwymi poglądami filozoficznymi, które dość szybko znikają pod wpływem racjonalnych argumentów.

Nadchodzi kompromitacja

Tam, gdzie liczy się poprawność rozumowania, a nie proste stosowanie schematów, gdzie konieczne jest zrozumienie drugiego człowieka i nie wystarczy uparte stosowanie raz przyjętej metody resocjalizacji lub represji, filozofia okazuje się zawsze dyscypliną poszerzającą horyzonty, podsuwające nowe pomysły i rozwiązania.
Czy więc filozofia naprawdę upada? Nie sądzę. Każdy, kto zwalcza filozofię, kto głosi jej nieuchronny, a nawet zasłużony koniec, sam jest rzecznikiem jakiejś koncepcji filozoficznej, i to dość obskuranckiej i niewybrednej. Niby wierzy w naukę, ale promuje bezrefleksyjność, mechaniczne myślenie, jednolitość celów i zamiarów. Sprzyja jakiejś ekonomii wysiłku umysłowego, który ma być zawsze efektywny i przewidywalny, oszczędny i dobrze zarządzany.
Jednak oszczędzanie na otwartej i nieprzewidywalnej filozofii przypomina trochę oszczędzanie na mydle. Przez jakiś czas nie czuje się żadnej straty, a można nawet cieszyć się pozorną nadwyżką czasu i pieniędzy. Prędzej czy później przychodzi jednak kompromitacja.
Autor jest filozofem i etykiem. Wykłada w Instytucie Filozofii UW i Pedagogium. Zasiada w Komitecie Nauk Filozoficznych PAN
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA