fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Halina Mlynkova rozmowa przed festiwalem w Opolu

ROL
Z Halin? Mlynkov? rozmawia Jacek Cieślak
Rz: Możemy już powiedzieć, że po siedmiu latach, we wrześniu, ukaże się pani nowa płyta?
Tak. Łatwo było odnieść wrażenie, że w tym czasie odpoczywałam, jednak siedem lat pracowałam nad siedmioma projektami. Próbowałam przeróżnych rzeczy. Po odejściu z Brathanków obraziłam się na folk. Czułam przesyt. Powiedziałam sobie, że mnie to nie kręci i będę śpiewać to, co mi się podoba – na przykład kompozycje na wielkie głosy. Spróbowałam, jednak cały czas ciągnęło mnie do muzyki etnicznej. Najfajniejsze okazało się muzykowanie, czyli spotkania z różnymi artystami. Mogliśmy bawić się dźwiękami. To, że się ukazały nagrania – było dla mnie mniej ważne.
Co to znaczy, że obraziła się pani na folk?
Przejadłam się poleczkami i skocznymi rytmami. Poleczki nigdy nie były moim ulubionym nurtem. Bardziej interesują mnie połamane rytmy latynoskie i afrykańskie. Mój najnowszy singel „Kobieta z moich snów" powstał z połączenia wielu stylistyk. Zbliżenie - czytaj więcej
Między innymi hinduskiej i andyjskiej.
Piosenka ujawnia energię, która we mnie drzemie, i szaleństwo, jakiego by mi brakowało, gdybym śpiewała coś spokojnego. W muzyce muszą być emocje. W etnicznej, tej, którą teraz śpiewam – je odnalazłam. Po siedmiu latach poszukiwań odnalazłam też siebie: poczułam się pewniejsza, spokojniejsza. Wiem, gdzie jest moje miejsce. Mogę jeździć na festiwale nie tylko w Polsce – niekoniecznie oczekując wielkiej promocji. Po prostu chcę jeździć i śpiewać. Nieważne, czy dla garstki ludzi po południu, czy też dla dużej widowni wieczorem. Ważne, żeby spotykać się z ludźmi!
Brathanki panią zmęczyły?
Kiedy decydowałam się na udział w zespole, myślałam, że pogramy trochę w klubach w Krakowie i na tym się skończy. Nikt się nie spodziewał tak wielkiego sukcesu. Byłam cały czas w trasie. Przyjeżdżaliśmy do domu raz na miesiąc. Płaciłam rachunki, wysypiałam się i jechałam dalej. Koncerty zaczęły mnie męczyć, gdy doszło do tego, że były po dwa dziennie. Dla wokalistki to jest jednak wyczyn. Dopiero teraz wróciłam do występów.
Zachowała pani coś z dawnego repertuaru?
Tak, ale gramy też już nowe piosenki. Są bardzo dobrze przyjmowane. Do zespołu zaprosiłam Jacka Królika, który odszedł z Brathanków. Bardzo mi go brakowało. Przyjaźniliśmy się. Kiedyś kupiliśmy obok siebie mieszkania, żeby mieć blisko na kawę. Teraz też nasz bus wyjeżdża z Krakowa, bo większość muzyków jest właśnie stamtąd. Mam zgraną ekipę i jeździ z nami ten sam kierowca co lata temu – Robert. Kiedy spotkaliśmy się ostatnio na koncercie, nie mogliśmy skończyć rozmowy. Dobra atmosfera w zespole to podstawa.
Z jakim repertuarem wystąpi pani w Opolu?
Na festiwalu zawsze jest za mało czasu. Zaśpiewam jedną piosenkę na koncercie pamięci Karin Stanek – „Chłopiec z gitarą", a potem wiązankę przebojów złożoną z „Korali", „W kinie, w Lublinie" i mojej nowej piosenki „Kobieta z moich snów". Cieszę się, że w Opolu jest nowy amfiteatr. Pewnie będzie wygodniej w garderobach, bo wcześniej mieliśmy do dyspozycji jedną wielką salę przegrodzoną płytami. A jednak lubiłam starego gruchota. Miałam do niego sentyment. Dla mnie Opole zawsze było i będzie świętem. Właśnie tam raz w roku my, muzycy, możemy się spotkać. A nie kończy się na śpiewaniu w amfiteatrze.
Czy będzie pani jeszcze występowała w Teatrze Sabat Małgorzaty Potockiej?
Małgosia zaprosiła mnie tam na gościnne występy. Dlaczego miałam nie spróbować? Śpiewałam rok i zrozumiałam, że taki repertuar nie jest dla mnie. Brakowało mi też zmiany. Jednak teatr muzyczny wiąże się z pewnego rodzaju powtarzalnością. Na estradzie zawsze czeka na nas coś nowego. A ja jestem nomadem.
Czy Jan Nowicki umilał pani oczekiwanie w garderobie?
Nie. On prowadzi swoje życie i niekoniecznie bywa na wszystkich spektaklach w teatrze. Uwielbiam się z nim spotykać, rozmawiać. Teść bardzo nam kibicował podczas „Bitwy na głosy". Dzwonił, komentował. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.
Co prawda w „Bitwie na głosy" pani drużyna zajęła trzecie miejsce, ale w głosowaniu na Facebooku i portalu tvp.pl zdobyła trzecią część głosów.
A to Internet ma przyszłość! Trzeba pamiętać, że z konkursami jest dokładnie tak jak z piosenką – nigdy nie wiadomo, czy się spodobamy, co się wydarzy. Decyduje seria przypadków. Najważniejsze jest to, że polubili nas ludzie.
Też ma pani powody do zdziwienia! Chyba wszyscy lubią panią za pozytywną energię?
Może... Ale wiadomo, że zawsze ktoś się znajdzie, kto myśli inaczej. Parę niań ma do tego nawet powody. Choć myślę, że to nie one okupują internetowe fora. Nie wchodzę tam, bo nie chcę mieć do czynienia z chorobliwą nienawiścią i frustracją.
Jednak Facebook integruje pozytywnie, więc są powody do radości.
Tam trzeba się ujawnić. Ku mojemu zaskoczeniu wspierała mnie grupa młodych ludzi. Myślałam, że po powrocie nie przekonam do siebie dzieciaków, bo lata lecą i sama mam dziecko w wieku tych, którzy krzyczą przed sceną. Tymczasem potwierdziło się, że muzyka łączy pokolenia.
Powiedziała pani, że nigdy nie wiadomo, jak zareagują słuchacze. Tytuł „Bitwa na głosy" też brzmi groźnie. Miała pani problem ze stresem?
Zawsze ma na mnie pozytywny wpływ. Podobało mi się, że wystąpiłam w pierwszej edycji programu. Nikt nie wiedział, co nas czeka. Mogliśmy liczyć tylko na intuicję. Myślę, że uczestnicy kolejnych edycji bardziej są narażeni na kalkulowanie, porównywanie, ustalanie strategii. My musieliśmy iść na żywioł. I to mi się podoba!
Również dlatego, że polskie gwiazdy obawiają się startować w konkursach, podupadły opolskie Premiery, słabiej obsadzone są eliminacje do Eurowizji. Telewidzowie „Bitwy na głosy" zobaczyli rozczarowanie Krzysztofa Cugowskiego, gdy odpadła jego grupa. Pani naprawdę nie miała żadnych obaw?
Miałam sporo czasu do namysłu. Producent zaprosił mnie na pierwsze spotkanie dwa lata temu. Najpierw powiedziałam: „Eeee. Konkurs nie!". Przekonało mnie zaangażowanie ekipy przygotowującej program i jego wcześniejsze rejestracje w innych krajach, m.in. w Szwecji. Planowałam wydanie płyty, dlatego połączyłam miłe z pożytecznym. Mogłam też zwrócić uwagę telewidzów na mój ukochany Cieszyn.
Wszyscy widzieliśmy pani niekłamany zachwyt nad możliwościami wokalnymi młodych uczestników „Bitwy". Co ich różni od pani pokolenia?
Myślę, że mają więcej możliwości. Przede wszystkim każdy może się wypromować w Internecie. Kto ma siłę przebicia i szczęście – zwiększa swoje szanse. Trudność w „Bitwie na głosy" polega na tym, że wykonawcy znajdowali się w szesnastoosobowej grupie.
Wiele mówi się o wyścigu szczurów, osłabieniu więzów przyjaźni w obliczu zawodowej rywalizacji. A co pani zaobserwowała?
Moim zdaniem dla każdego jest miejsce w muzyce, tylko trzeba mieć ciekawą propozycję. Jeśli chodzi o moją drużynę, też był taki moment, kiedy zorientowali się, że trzeba się pokazać, bo zbliża się koniec programu. Wtedy pojawiły się napięcia. Trudno się dziwić – tak powinno być, bo trzeba walczyć o swoje. Drużyna udowodniła też, że jest zgraną grupą, gdy jedna z osób się wyłamała. Wtedy zrozumiałam, że oprócz muzyki liczy się dla nich przyjaźń. Rywalizacja zeszła na boczny tor.
Czy ktoś z pani podopiecznych nagra płytę?
Bardzo bym chciała. Parę osób o to walczy. Muszą korzystać z czasu, kiedy ludzie jeszcze je pamiętają – bracia bliźniacy Sajewiczowie, Karolina Kidoń, Hania Hołek, Zdzisław Baguda, Marcin Zmorzyński, Mateusz Wróbel, Justyna Hubczyk, Lenka Czechowicz. Z grupy wyłonił się też Kwintet Cieszyński. Wielu nagrywa single. Inni podwoili stawki weselne. Oczywiście, taka popularność może być chwilowa. Bo jeśli ktoś ma ładny głos – a takich nie brakuje, poradzi sobie z coverem. Potem problemem jest brak własnego repertuaru. Trzeba też mieć pomysł na siebie. Dlatego zaczynające zespoły mają większą szansę, prezentując swoje piosenki. Żałuję, że wytwórnie nie promują nowatorstwa. Wolą bezpieczne gitarowe granie – pewnie dlatego, że takie są gusta Polaków. To, co niszowe, ma trudniej. Kiedy jednak odniesie sukces – można mówić o wielkiej satysfakcji. Znalezienie własnej, bardziej wyrobionej publiczności pozwala też unikać blichtru. A wtedy można iść własną drogą.
Będzie gwiazdą festiwalu opolskiego. Zaprezentuje m.in. piosenkę „Kobieta z moich snów" będącą zapowiedzią nowego, pierwszego od siedmiu lat studyjnego albumu, który ukaże się we wrześniu. Popularność zdobyła z Brathankami. Została ich wokalistką w 1999 r. i nagrała dwie płyty „Ano!" i „Patataj". Odeszła z zespołu w 2003 r. W 2007 r. brała udział w VI edycji „Tańca z gwiazdami". W 2009 r. jej piosenka „Bez słów" znalazła się na płycie Piotra Rubika „RubikOne". W „Bitwie na głosy" była liderem zespołu z Cieszyna. Urodziła się na Zaolziu. Jest córką Władysława Młynka, polskiego działacza społecznego w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego, m.in. prezesa Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego. Ukończyła liceum medyczne w Cieszynie i etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Występowała w Zespole Pieśni i Tańca Olza. Prowadziła „Gorolskie święto", imprezę folkową organizowaną w Jabłonkowie. Jej mężem jest aktor Łukasz Nowicki, z którym ma syna Piotra.
Opole 2011: Co Ty na to? Z Radiem Lato!
20.10 | Tvp 1 | sobota
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA