fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Uwikłanie: telenowela a nie kryminał

Maja Ostaszewska i Marek Bukowski, czyli Szacka i Smolar
ITI CINEMA
"Uwikłanie" przypomina telewizyjny tasiemiec, a nie kryminał. Film od piątku w kinach
To powinno być wydarzenie. Scenariusz powstał bowiem na motywach bestsellera Zygmunta Miłoszewskiego, który brawurowo łączył konwencję klasycznej powieści kryminalnej z thrillerem politycznym. Zobacz fotosy z filmu
W "Uwikłaniu" – oprócz zagadki: kto zabił? – równie ważny okazywał się problem wpływu peerelowskiej przeszłości na współczesność. Miłoszewski pokazał, jak perfidnie działał komunistyczny system i co po nim zostało w naszej mentalności.
Dysponując takim materiałem, reżyser Jacek Bromski mógł stworzyć opowieść na miarę "Rewersu" czy "Domu złego". Zwłaszcza że ma na koncie nie tylko pierwszorzędne kino sensacyjne ("Zabij mnie glino"), ale także fabuły będące próbą rozrachunku z komunizmem ("Kuchnia polska" "1968. Szczęśliwego Nowego Roku").
Niestety, widzów czeka przykra niespodzianka, choć "Uwikłanie" zaczyna się intrygująco. Renomowany psychoterapeuta (Olgierd Łukaszewicz) prowadzi w Krakowie terapię metodą  tzw. ustawień rodzinnych. Jego podopieczni wcielają się w określone role – np. ojca lub matki – by odnaleźć źródło własnych nerwic i traum. Jeden z pacjentów (Krzysztof Globisz) nie wytrzymuje eksperymentu i zrywa sesję. Następnego dnia zostaje zamordowany. Sprawę prowadzą doświadczony komisarz Smolar (Marek Bukowski) oraz początkująca prokurator Szacka (Maja Ostaszewska), która kiedyś miała z gliniarzem romans. I to ona odkryje, że ofiara była powiązana z dawnymi specsłużbami, a jej śmierć jest konsekwencją tajemniczej zbrodni z czasów Peerelu.
Rozwikłanie mrocznej intrygi przebiega w filmie według schematu narracyjnego z telenowel, których esencją jest ględzenie. Bromski filmuje przede wszystkim gadające głowy – we wnętrzach i w plenerze. Od czasu do czasu potok niepotrzebnych słów przerywa urokliwa panorama Krakowa lub rozświetlony słońcem małopolski pejzaż. W ten sposób można kręcić pełnometrażową wersję "M jak miłość", a nie rasowy thriller.
Konwencja telewizyjnego tasiemca trywializuje fabułę. W powieści grozę budziły wszechwładza i bezkarność byłych ubeków, którzy po zmianie ustroju spokojnie weszli w rolę szanowanych biznesmenów. W filmie też zapewniają, że mogą wszystko. Tyle że przypominają śmiesznych starszych panów narzekających przy kawce lub koniaczku na upadek obyczajów wśród młodzieży. Tak karykaturalnie nakreślone czarne charaktery zdają się żywcem wyjęte z "Misia". Zamiast ostrej polemiki z wizją Peerelu obecną w komediach Barei oglądamy niezamierzoną parodię.
"Uwikłaniu" nie pomagają także zmiany w stosunku do oryginału. Przeniesienie akcji z Warszawy do Krakowa mogło przydać filmowi wiarygodności, osadzając śledztwo w mieście, gdzie w tajemniczych okolicznościach zginął Stanisław Pyjas. Jednak Bromskiemu zależy głównie na pokazaniu Krakowa jako atrakcji z turystycznego folderu. W takich "okolicznościach przyrody" o suspensie można zapomnieć.
Nie wypalił również pomysł z rozszczepieniem głównego bohatera na dwie postaci. U Miłoszewskiego prokurator Szacki nie dawał łatwo się lubić, ale miał osobowość. Natomiast Szacka i Smolar z filmu Bromskiego szeleszczą papierem. Ona kieruje się głównie intuicją. On jest cynicznym macho.
Szkoda taśmy filmowej na taką sztampę.
Nie można nie być uwikłanym. To prawda nienowa, ale podczas seansu filmu Jacka Bromskiego odkrywamy ją na nowo nie tylko z zafrasowaniem, ale i niekłamaną przyjemnością - pisze Anna Kilian. Przeczytaj jej recenzję.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA