fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Artykuł 212 kodeksu karnego to narzędzie represji za opinie

Fot. Cora Reed
copyright PhotoXpress.com
Artykuł 212 kodeksu karnego, pozwalający skazywać za słowa, czyni przestępców z dziennikarzy, naukowców i polityków
Gdyby procesy jeszcze się toczyły, należałoby o oskarżonych pisać, redukując tożsamość do imienia i pierwszej litery nazwiska. Izabelę Lewandowską-Malec, profesor prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego i Krakowskiej Akademii, określać jako Izabelę L. Zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych biznesmena Jana Domanusa przedstawiać jako Jana D. Profesora Henryka Manteuffla, kierownika Katedry Ekonomiki Rolnictwa i Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych na SGGW, nazywać Henrykiem M. Tekst mogłyby zilustrować ich zdjęcia z opaską zasłaniającą oczy.

Przyjrzyjmy się skazanym. W świetle polskiego prawa są przestępcami. Sądy orzekły, że naruszyli artykuł 212 kodeksu karnego – w ten sposób, że pomówili inną osobę o „takie zachowanie lub właściwości, które mogą ją poniżyć w oczach opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania". Za taki czyn popełniony za pośrednictwem mediów grozi nawet do roku więzienia. To tak samo, jakby znęcali się nad zwierzęciem, kierowali autem po pijanemu lub pędzili bimber.

Zanim jednak potępimy Henryka Manteuffla, Izabelę Lewandowską-Malec i Jana Domanusa jako groźnych przestępców, przyjrzyjmy się ich historiom.

Według mojego laickiego rozeznania ,Henryk Manteuffel na SGGW jest kierownikiem Katedry Ekonomiki Rolnictwa i Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych. Poproszony przez dziekana o opinię na temat jednego z pracowników, wnioskował o podjęcie kroków zmierzających do jego zwolnienia. Opinię uzasadniał tym, że pracownik nie przychodzi na zebrania, nie uczestniczy w dyskusjach naukowych, z oburzeniem odrzucił – uznając ją za bezczelną – propozycję recenzowania artykułów do redagowanych przez katedrę zeszytów naukowych. Odmówił zaplanowania na kolejny rok badań własnych. Na końcu opinii Manteuffel wyraził przypuszczenie: „Według mojego laickiego rozeznania zachowanie X nosi znamiona choroby psychicznej. Są to zachowania takie jak krzyczenie i ordynarne sformułowania w stosunku do osób nieczyniących zadość życzeniom, uchylanie się z oburzeniem od wszelkiej pracy". Prof. Manteuffel nie poprzestał na przekazaniu opinii dziekanowi. Wrzucił kserokopię pisma do przegródki korespondencyjnej pracownika. – Chciałem być lojalny. Nie robić niczego za plecami zainteresowanego – mówi dzisiaj.

Popełnił błąd. Kilka miesięcy później wpłynął przeciw niemu prywatny akt oskarżenia o poniżenie i znieważenie przed opinią publiczną przez pomówienie o chorobę psychiczną, co mogło pracownika SGGW narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego.
Izabela Lewandowska-Malec jest profesorem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Specjalizuje się między innymi w prawie samorządowym. Na początku lat 90. pracę na uczelni godziła z pełnieniem funkcji wójta w jednej z podkrakowskich gmin. Potem wybory przegrała, ale jako radna postanowiła uważnie przyglądać się poczynaniom swojego następcy – już w randze burmistrza. Doniesienia o nieprawidłowościach trafiały do prokuratury, ta jednak nie widziała podstaw do wszczęcia postępowania. Również sprawa o wyłudzenie dotacji od Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa, w której status podejrzanych miało początkowo 18 samorządowców, została w końcu umorzona. A stało się to po tym, jak miejska rada w zaproponowanej przez burmistrza uchwale zaatakowała prowadzącego sprawę prokuratora i policjanta. Wkrótce potem zmienił się prokurator prowadzący śledztwo, jego następca zaś zdecydował o umorzeniu – opowiada prof. Lewandowska-Malec.
Gdy więc latem 2004 r. przeczytała na kolumnach reklamowych „Rzeczpospolitej" list burmistrza skierowany do prezydenta RP – w sprawie niekonstytucyjnej działalności Regionalnych Izb Obrachunkowych – skojarzyła go z kontrolą krakowskiej RIO, która dopatrzyła się w działaniach urzędu wielu nieprawidłowości. Wzburzona wysłała odpowiedź do PAP. – Chciałam uświadomić, że ten człowiek atakuje organy państwa i one mu ustępują – tłumaczy dziś. Napisała m.in.: „Skłaniam się do poglądu, że burmistrz czyni na organ prokuratorski pozaprawne naciski".  To, w opinii burmistrza, wyczerpało znamiona czynu z artykułu 212 k.k. Wystąpił przeciw Lewandowskiej-Malec z oskarżeniem prywatnym.
Przypadek trzeci: Jan Domanus, 52-letni biznesmen z Libertyville pod Chicago, postanowił zainwestować w Polsce. Został mniejszościowym udziałowcem spółki. Po ośmiu latach doszedł do przekonania, że jest oszukiwany. Zgłosił sprawę prokuraturze, a ta postawiła prezesowi firmy i jej udziałowcowi Adamowi Ś. zarzut wyprowadzenia pieniędzy. Zdaniem organów ścigania Ś. kierował zorganizowaną grupą przestępczą, a Jan Domanus stracił na tym kilka milionów złotych.
Domanus w sierpniu 2008 r. skontaktował się z redakcją krakowskiego „Dziennika Polskiego". Dziennikarz, z którym rozmawiał, uprzedził go, że nagrywa wszystkie rozmowy i że wykorzysta je w publikacjach. Potem jednak panowie kontaktowali się ze sobą kilkanaście razy, atmosfera rozmów się rozluźniła. Żartowali, komentowali sprawy niezwiązane z tematem KBP, treść rozmów nie była wykorzystywana w artykułach.
W połowie marca 2009 r. dziennikarz zadzwonił do biznesmena, by podzielić się z nim informacją, że Adam Ś. opuszcza właśnie areszt. Dwaj biegli psychiatrzy uznali bowiem, że cierpi na obniżony nastrój. Ma stany depresyjne, co może zagrażać jego zdrowiu. Domanus skomentował tę sytuację, po czym rozmówcy się rozłączyli. Dziennikarz nie informował, że chce wykorzystać wypowiedź w gazecie. Po kilku miesiącach Domanus otrzymał prywatny akt oskarżenia.
Adam Ś. poczuł się zniesławiony sformułowaniami, które w artykule „Wymiar niesprawiedliwości?" jako cytaty z Damanusa zawarł dziennikarz. Napisał tam: „Jest niepoczytalny i może sobie zrobić krzywdę, więc zamiast w szpitalu psychiatrycznym wylądował w pieleszach domowych, aby dalej mataczyć, zastraszać, korumpować... Czy można kogoś posłać do domu, kogo uważa się za szefa zorganizowanej grupy przestępczej (...) Ś. i jego ludzie okradają mnie, mecenasa K. oraz Skarb Państwa, a państwo polskie na to pozwala".

To po co są opinie

Sprawy trafiły do sądów. W przypadku Manteuffla żądanie dotyczyło najwyższego przewidzianego w art. 212 wymiaru kary – roku pozbawienia wolności i 5 tys. zł nawiązki. W lutym br. sąd uznał profesora za winnego i skazał na 4 tys. zł grzywny, 4 tys. nawiązki na rzecz schroniska dla zwierząt w Celestynowie i 300 zł zwrotu kosztów procesu.
Prof. Manteuffel mówi: – Nie odwoływałem się od tego wyroku. Wolę zapłacić i nie mieć już z tą sprawą więcej do czynienia. Natomiast oburza mnie, że w opinii służbowej nie mogę napisać czegoś, o czym jestem przekonany. Po co zatem są opinie? Użyłem słów parlamentarnych. Broniłem interesu społecznego.
Od prof. Lewandowskiej-Malec sąd zażądał dowodu prawdy. Nie przychylił się do argumentacji, że w liście do PAP wyraziła jedynie własny pogląd. Została skazana na 7,5 tys. zł grzywny plus koszty sądowe. Dodatkową karą było dla niej to, że burmistrz rozesłał wyrok do każdego z 8 tys. mieszkańców – argumentując, że musi informować o tym, co się dzieje w gminie. – Mój wyrok miał uzmysłowić ludziom, że burmistrz jest niezniszczalny – mówi Lewandowska-Malec.
Szefowa Stowarzyszenia Przyjaciół Miasta, które swoją siedzibę ma w ratuszu, zwróciła się do rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego o wyciągnięcie konsekwencji wobec Izabeli Lewandowskiej-Malec – pracownika uczelni karanego sądownie. Prof. Zbigniew Hołda, ówczesny rzecznik dyscyplinarny uczelni i członek Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, odmówił.
Po wyroku pierwszej instancji u profesor Lewandowskiej-Malec pojawił się współpracownik burmistrza. W rozmowie przyznał, że wie, iż sprawa o wyłudzenie dotacji była po znajomości umorzona. Opowiedział, w jaki sposób do tego doszło. Profesor rozmowę nagrała, a odwołując się od wyroku skazującego pierwszej instancji, złożyła wniosek dowodowy, by przesłuchać świadka. Jednak – ku jej zaskoczeniu – sąd wniosek odrzucił. Argumentował, że służy jedynie przedłużeniu postępowania. Utrzymał w mocy wyrok pierwszej instancji. W międzyczasie znieważona słowami Lewandowskiej-Malec poczuła się prokuratura. W lipcu 2007 r. postawiła jej ten sam zarzut – naruszenie art. 212 k.k. i skierowała przeciw niej sprawę do sądu – tym razem z oskarżenia publicznego. – Drugi wyrok może mnie doprowadzić do utraty pracy, bo to byłoby kolejne skazanie, „recydywa" – mówi.
Na cztery dni przed zaplanowanym na uczelni kolokwium habilitacyjnym została wezwana, na wniosek sądu, na badania psychiatryczne. – Zamiast przygotowywać się do habilitacji, żyłam tym, że muszę pojechać do szpitala psychiatrycznego. Obawiałam się, że jeśli się tam nie pojawię, sąd może zarządzić doprowadzenie mnie i zamiast na kolokwium trafię przed oblicze psychiatry – opowiada. Przez badania przeszła, pracę obroniła. Jednak nerwy towarzyszące całej sprawie spowodowały, że zaczęła tracić głos. Słychać to wyraźne już po kilku minutach rozmowy. Z powodu stanu zdrowia sąd zawiesił drugą sprawę.
Dziś Lewandowska-Malec czeka na wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. – Całe życie budowałam swój autorytet, a teraz jestem wrogiem publicznym, przestępcą.
W marcu 2010 r. Jan Domanus został skazany przez krakowski sąd rejonowy na karę 5 tys. zł grzywny. Choć sąd przyjął wyjaśnienia dziennikarza, że słowa Domanusa nie były wiernym cytatem, a jedynie odzwierciedlać miały sens jego wypowiedzi – a nagrania rozmowy nie zachowały się – biznesmen został uznany za winnego naruszenia artykułu 212 § 2 kodeksu karnego, a więc zniesławienia za pośrednictwem mediów. Sąd nie przyjął argumentu, że oskarżony nie wiedział o publikacji – nie mógł zatem inspirować jej powstania lub mieć wpływu na treść. Sąd drugiej instancji wyrok utrzymał. Obrońca Jana Domanusa mec. Karol Rutkowski wniósł skargę konstytucyjną o uznanie, że art. 212 k.k. jest niezgodny z konstytucją. Sprawa czeka na rozpatrzenie. Jednak poprzedni wniosek w tej sprawie w Trybunale Konstytucyjnym przepadł.

Pokusa w czasach transformacji

Historię przepisu prześledził w raporcie dla Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka prawnik Dawid Sześciło. W opracowaniu zwraca uwagę na paradoks: przyjęty w 1997 r. zliberalizowany do bólu kodeks karny akurat jeśli chodzi o zniesławienie przepisy zaostrzał. Ograniczał prawo do krytyki i wzmacniał obronę czci. Zwolennicy tych przepisów argumentowali, że w okresie transformacji pokusa, by zniesławić, jest większa.
Zaostrzony przepis szybko okazał się użyteczny. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że o ile w 1997 r. z art. 212 k.k. skazano prawomocnym wyrokiem 61 osób, o tyle w roku 2009 już 164.
Co zaskakujące, jeszcze w 2007 r. politycy dwóch największych partii – Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości – byli zgodni, że artykuł 212 z kodeksu karnego powinien zniknąć. Kiedy TVN pozwała dziennikarkę „Gazety Polskiej" i jej redaktora naczelnego, a sąd nakazał przymusowe doprowadzenie ich na rozprawę, w Warszawie odbyła się demonstracja za zniesieniem 212 k.k. Jarosław Kaczyński mówił wówczas: – Uważamy, że ta demonstracja była ważnym punktem w walce o zachowanie w Polsce wolności słowa, o umocnienie wolności słowa – tej realnej. Wtórowała mu minister Julia Pitera z PO: „Nasz klub będzie temu sprzyjał". Gdy jednak doszło do prac sejmowych, PiS w zamian za wykreślenie 212 k.k. zażądał zaostrzenia prawa prasowego. Ze zmian kodeksu nic nie wyszło. Posłowie zapobiegliwie uchwalili jednak taką ordynację wyborczą, że nie ma przeszkód, by do parlamentu kandydować mogli również ludzie skazani z 212 k.k.
Kiedy w 2009 r. nowelizację kodeksu karnego przygotowywało Ministerstwo Sprawiedliwości, zaproponowało usunięcie z art. 212 kary pozbawienia wolności. Nad propozycją w sierpniu 2009 r. pochylili się posłowie z sejmowej komisji nadzwyczajnej ds. kodyfikacji. Poseł prof. Marian Filar podsunął pod nos kolegom z komisji dwie ekspertyzy za pozostawieniem kary więzienia za pomówienie. Argumentował: „Jednak gdzieś w tle ta kara musi istnieć. Przecież tutaj chodzi o dziennikarzy. Wszyscy pamiętamy namioty telewizyjne pod Sejmem. To wygląda spektakularnie, ale nie możemy za bardzo im ulegać. Jeżeli ktoś chce mieć czwartą władzę, to musi mieć także czwartą odpowiedzialność".

Długa ława oskarżonych

Nowelizację kodeksu karnego utrzymującą 212 k.k. przyjęło 400 posłów, dwóch wstrzymało się od głosu, jeden był przeciw. Tymczasem lista ofiar artykułu 212 k.k. niebezpiecznie się wydłuża. Polityków przed sąd karny „za słowo" ciągają inni politycy. Po oskarżeniu przez Romana Giertycha Jarosław Kaczyński zrzekł się niedawno immunitetu.
Poseł Arkadiusz Mularczyk z PiS oskarżył z art. 212 k.k. nawet twórcę kodeksu karnego prof. Andrzeja Zolla. Proces nie ruszył jednak z miejsca, bowiem sąd uznał, że byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego chroni immunitet. Janusz Palikot, który publicznie deklarował, że jest za zniesieniem przepisu, sam wniósł sprawę karną przeciw dziennikarzom, którzy go opisywali. I wycofał się dopiero po interwencji Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
To właśnie dziennikarze najczęściej są skazywani z art. 212 k.k. Teoretycznie nic im nie grozi, jeśli przedstawiają zarzut prawdziwy i robią to w interesie społecznym. Jednak jeśli zarzut dotyczy życia prywatnego, „dowód prawdy" – czyli sprawdzenie faktów – jest dopuszczalny tylko wtedy, gdy zarzut ma zapobiec niebezpieczeństwu dla życia lub zdrowia człowieka albo demoralizacji małoletniego. – Prowadzi to do sytuacji, że sfera życia prywatnego została w zasadzie wyłączona z publicznej krytyki – komentuje Dawid Sześciło. I dodaje, że zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego nie ma znaczenia, że dziennikarz dochował szczególnej staranności i rzetelności w zbieraniu i wykorzystaniu informacji.
Tak skonstruowany przepis pozwolił sądom na wymierzenie kary dziennikarce, która opisała sprawę byłej sędzi z Białegostoku. Artykuł – który zawierał stwierdzenie: „pięć lat temu, po długim postępowaniu przed sądem dyscyplinarnym, przestała być sędzią, a sądziła 24 lata. Została ukarana za niejasne związki ze światem przestępczym, m.in. chodziło o rolę, którą odegrała w sprawach, w które zamieszany był jej mąż" – oparty był na aktach sprawy dyscyplinarnej, jaka toczyła się przeciwko bohaterce. Mimo to sąd uznał, że dziennikarka nie dochowała należytej staranności, jej wypowiedź zaś była przesadzona. A ponadto nie dotyczyła osoby publicznej, ponieważ w czasie pisania artykułów sędzia nie pełniła już funkcji państwowej. To jednak wyjątek. – Sądy starają się uciekać od wyroków skazujących w tych sprawach – mówi adwokat Barbara Kondracka, która broni dziennikarzy „Rzeczpospolitej".
Dominika Bychawska z Fundacji Helsińskiej zwraca jednak uwagę na inny problem – brak zawodowej solidarności dziennikarzy: – W razie wniesienia aktu oskarżenia przeciwko dziennikarzowi lub skazania wstawia się za nim jedynie jego redakcja, a pozostałe, konkurujące, jeszcze donoszą o tym fakcie opinii publicznej w kontekście hańby, a nie solidarności – mówi.

Bo media były za silne

Helsińska Fundacja Praw Człowieka od lat walczy o zniesienie 212 k.k., uznając, że do obrony czci całkowicie starcza kodeks cywilny. Bychawska opowiada: – Składamy do sądów opinie „przyjaciela sądu", wskazując, że karanie dziennikarzy w tych sprawach jest sprzeczne z gwarancjami wynikającymi z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (swoboda wypowiedzi) oraz z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby sąd się zastanowił nad naszą argumentacją, odniósł się do niej w wyroku, nie mówiąc o uwzględnieniu jej.
Sprawy skazanych z art. 212 k.k. lądują więc często w Trybunale, który uchyla wyroki polskich sądów, psując naszemu wymiarowi sprawiedliwości statystykę.
Jednak prof. Marian Filar nadal broni przepisu: – Co by pani wolała, czy żeby pani ktoś ukradł torebkę, czy też powiedział, że się źle pani prowadzi? Cześć i godność to nie jest błahostka. Nie wystarcza o kimś tylko coś powiedzieć. Trzeba powiedzieć kłamliwie i ze złym zamiarem. Tak to powinno funkcjonować, choć wiem, że funkcjonuje różnie. Wtóruje mu poseł Jerzy Kozdroń, przewodniczący sejmowej komisji kodyfikacyjnej, który tłumaczy: – Kierowało nami przekonanie, że polskie media mają taką siłę, iż pomówienie w nich może szkodzić ładowi społecznemu i doprowadzić do śmierci cywilnej ofiary.
Prof. Lewandowska-Malec: – Od mojego listu do PAP minęło siedem lat. Od siedmiu lat żyję w stanie absolutnego koszmaru. Ten przepis służy do niecnych celów tym, którzy chcą przeciwnika zniszczyć.
Dziennikarka: – Po orzeczeniu się nie pozbierałam. Bałam się pisać odważne teksty, a ja tylko takie pisałam. Byłam znana w środowisku sędziowskim, więc to orzeczenie było jeszcze bardziej upokarzające. Moja mama do tej pory o tym nic nie wie. Przed znajomymi się nie przechwalam. To temat drażliwy i nie poruszamy go. Czy mam poczucie skrzywdzenia? Olbrzymie!
Choć artykuł 212 k.k. przewiduje ściganie z oskarżenia prywatnego, gdy sprawa trafia już do sądu, wymiar sprawiedliwości traktuje oskarżonego z całą surowością. Dla większości ludzi zamieszczenie nazwiska na sądowej wokandzie z określeniem „oskarżony" już jest wstrząsem. Oskarżony musi obowiązkowo stawiać się na wszystkie rozprawy, choć obecność oskarżyciela nie jest wymagana.
Jeśli na rozprawy się nie stawia, sąd może zarządzić jego doprowadzenie. Kilka lat temu głośna była sprawa dziennikarza lubuskiej „Gazety Wyborczej", którego policja skuła w kajdanki i doprowadziła do aresztu. Okazało się, że kiedy zmienił miejsce zamieszkania, sprawa trafiła do innego sądu, który uznał, że oskarżony się ukrywa i wystawił za nim międzynarodowy list gończy.
Sąd może zlecić na temat oskarżonego wywiad środowiskowy – czyli przepytać sąsiadów, a nawet wysłać go na badania psychiatryczne. W większości sprawy z 212 k.k. kończą się – jak w procesie cywilnym – sankcjami finansowymi. Z jedną dotkliwą różnicą: wyrok w procesie karnym oznacza automatycznie znalezienie się w Krajowym Rejestrze Karnym. To zaś powoduje, że osoba jest karana dodatkowo i dotkliwie w różnych aspektach życia, których kodeks karny już nie wymienia.
Część profesji – nie tylko prawnicy, ale nawet ochroniarze – ma ustawowy wymóg niekaralności za przestępstwa umyślne. Karani nie mogą adoptować dzieci. Mają też problemy z zaciągnięciem kredytu czy choćby uzyskaniem wizy do Stanów Zjednoczonych, gdzie o skazaniu za słowo nikomu się nie śniło. Jednak zamiast usunąć zły przepis, parlamentarzyści myślą o tym, jak wolność słowa ograniczyć skuteczniej. Posłowie SLD wnieśli już do Sejmu kolejną ustawę – tym razem o mowie nienawiści. Zapewne liczą na życzliwość posłów innych klubów. Ale czy obywateli?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA