fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Winczorek: wojna polsko-polska jak wojna domowa?

Profesor Piotr Winczorek
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Dawniej miałem pewność, że w Polsce zimna wojna domowa nie zamieni się w gorącą, taką, do jakiej doszło w Hiszpanii w latach 30. Dziś przekonanie takie tracę – pisze publicysta
Wielu publicystów i niektórzy politycy wyrażali do niedawna nadzieję, że spory między Platformą Obywatelską a Prawem i Sprawiedliwością, przybierające gwałtowne, a nawet odrażające formy, ucichną z czasem i przekształcą się w potrzebną krajowi dyskusję godną cywilizowanych i nawzajem szanujących się partnerów. Dziś widać, że nadzieje te były płonne. Co więcej, im bliżej do wyborów sejmowych i senackich, tym spory te się nasilają, przekraczając wszelkie dopuszczalne w ustroju demokracji parlamentarnej granice. Co zatem może Polskę czekać po wyborach, co może nam grozić ze strony polityków obu stronnictw i ich akolitów?

Oszustwa i fałszerstwa

Pojawiły się już spekulacje, że obecna zimna wojna domowa przekształci się w wojnę gorącą na wzór tej np., która rozdarła w latach 30. ubiegłego wieku Hiszpanię. Nie bardzo wierzę w taką ewentualność, ale w odróżnieniu od dawnej pewności, iż w naszym państwie jest to niemożliwe, przekonanie takie stopniowo tracę.
Wedle dzisiejszych prognoz i przewidywań wybory parlamentarne może wygrać (tj. uzyskać najwięcej mandatów poselskich) zarówno PO, jak i PiS. Gdyby wygrała je Platforma, jest całkiem prawdopodobne, że ze strony PiS padną zarzuty, iż nastąpiło to na skutek "pomyłki" obywateli lub oszustw wyborczych. Oba te oskarżenia już się pojawiły: pierwszy przy okazji wyborów prezydenckich, drugi – wyborów samorządowych.
PiS, mimo że poparło przyjęcie kodeksu wyborczego w parlamencie, zaskarżyło do Trybunału Konstytucyjnego niektóre jego postanowienia, w tym możliwość zarządzenia dwudniowego głosowania, przewidując, iż może ono stworzyć okazję do sfałszowania wyborów. Przez kogo? Tego nie powiedziano wprost, ale można się domyślić, że albo przez same komisje wyborcze, albo przez zasiadających w niej przeciwników PiS.
Z dużym prawdopodobieństwem założyć zatem trzeba, że gdyby wybory wygrała PO, ich wynik będzie przez PiS zaskarżony do Sądu Najwyższego, gdyby zaś orzeczenie SN oddaliło tę skargę, sąd zostałby przez zwolenników strony przegrywającej uznany za niewiarygodny, a może i za politycznie skorumpowany. Takie przypadki już się zdarzały.

Łamanie  reguł demokracji

Po wyborach rząd Donalda Tuska musi się podać do dymisji, a prezydent – powierzyć misję tworzenia nowego wybranemu przez siebie politykowi. Bronisław Komorowski w jednym z wywiadów stwierdził, że wybór taki jest jego prawem i zależy od jego woli. Z punktu widzenia uregulowań konstytucyjnych prezydent ma rację. Desygnowanie i powołanie prezesa Rady Ministrów jest jego prerogatywą, czyli decyzją podejmowaną samodzielnie (art. 144 ust. 3 pkt 11).
Prezydent może powierzyć misję tworzenia rządu każdemu obywatelowi. Nie musi to być ani przywódca partii w wyborach zwycięskiej, ani nawet któryś z jej polityków. W dziejach III Rzeczypospolitej premierami bywały osoby (np. Kazimierz Marcinkiewicz czy Hanna Suchocka) spoza ścisłego kierownictwa tych partii, zwłaszcza gdy chodziło o rządy koalicyjne. Inna rzecz, czy osobie takiej udałoby się rząd stworzyć i uzyskać dlań w Sejmie wotum zaufania, a potrzebna jest do tego bezwzględna większość głosów poselskich (art. 154 ust. 2). Ale możliwe jest też powołanie pozaparlamentarnego rządu fachowców.
Wyobraźmy sobie, że wybory wygrywa PiS, ale prezydent powierza misję tworzenia rządu politykowi nienależącemu do tej partii w nadziei, że gabinet zostanie oparty na koalicji stronnictw, które zdobyły w wyborach drugie i dalsze miejsca, lecz łącznie uzyskały bezwzględną większość mandatów poselskich. Nie bardzo wierzę, aby PiS przeszło nad takim obrotem spraw do porządku. Zarzut złamania reguł demokracji wydaje się bardzo prawdopodobny. Być może szłoby za nim żądanie postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu.

Totalitarne zapędy

Nie uspokoiłoby chyba nastrojów także desygnowanie na premiera czołowego działacza PiS, gdyby się okazało, że nie jest on w stanie utworzyć gabinetu, ponieważ nie znajduje do niego politycznych partnerów. Brak zainteresowania wejściem do rządu, którego głównym organizatorem jest PiS, może być uznany za spisek przeciw tej partii, za cios w demokratyczne prawa narodu. Wiara w spiski i zmowy zawiązywane na niekorzyść PiS jest wśród jego zwolenników częsta.
Jedynie takie zwycięstwo wyborcze PiS, w którym partia ta samodzielnie uzyskałaby bezwzględną większość mandatów, nie wywołałoby podobnego rodzaju zastrzeżeń. Dlatego należy się spodziewać po obu stronach politycznej barykady boju o totalne zwycięstwo wyborcze. Amortyzatorami mogą być w nim SLD, PSL i być może PJN, do których zarówno PO, jak i PiS będą zapewne w czasie kampanii smalić cholewki.
Ale też po stronie Platformy Obywatelskiej pojawić się mogą groźne pomruki. Przegrana w wyborach parlamentarnych, a zwłaszcza przejęcie sterów rządu przez PiS, spowoduje prawdopodobnie lawinę ostrzeżeń przed antydemokratycznymi czy wręcz totalitarnymi zapędami tej partii. Ostatnie wydarzenia, w tym raport PiS o stanie państwa, mogą uprawdopodobniać taki obrót spraw.
Oskarżenia o zamach na demokrację lub o takie zamiary, niezależnie od tego, czy rzeczywiście w pełni uzasadnione, na pewno nie ostudziłyby nastrojów. PO może się stać w roli oskarżyciela drugim PiS. Nie sądzę jednak, aby ludzie związani z Platformą chcieli kontestować sam wynik wyborów czy podawać w wątpliwość legitymację nowych władz do rządzenia. Prawdopodobnie skupią się na jego możliwych, a nieszczęśliwych w ich przekonaniu, efektach.
Polityczny spór uległby zaś gwałtownemu zaostrzeniu, gdyby PiS podjęło – zgodnie z zapowiedziami – działania mające na celu "rozliczenie" czołowych przywódców Platformy za to, co jako błędy, czy wręcz przestępstwa przeciw państwu, jest im przypisywane w związku z takimi wydarzeniami, jak katastrofa smoleńska czy reforma OFE.
W sumie już niczego dobrego się nie spodziewam; żadne opamiętanie nie nastąpi. Będziemy mieli do czynienia z walką na śmierć i życie, na wyniszczenie. Jeśli jednak się okaże, że się w swym pesymizmie pomyliłem, będzie to znakomita okazja, by stać się ponownie optymistą i innych do optymizmu namawiać.
Autor jest profesorem Uniwersytetu  Warszawskiego, znawcą tematyki  konstytucyjnej, stałym  współpracownikiem "Rzeczpospolitej"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA