fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Szampan w Genewie, kawioru jeszcze nie ma

Bloomberg
Większość stanowisk zatłoczona do niemożliwości. Przed każdą premierą tłumy takie, że nikt nic nie może zobaczyć, chociaż usłyszeć jak najbardziej, bo decybeli nie brakuje. Ale wydaje się, że sygnał z Międzynarodowego Salonu Samochodowego w Genewie jest jeden: to naprawdę koniec kryzysu.
Takiego wysypu modeli tutaj jeszcze nie było. 170 premier, z których niektóre naprawdę z prawdziwego zdarzenia. W tłumie spracowanych dziennikarzy targających kilogramy materiałów prasowych (dni dla mediów kończą się 2 lutego) widać gości zupełnie nie pasujących do otoczenia: bardzo dojrzałe panie w pięknych futrach kosztujących przynajmniej tyle, ile auta, przed którymi się zatrzymują. Zdarza się, że przy najdroższych autach sportowych Ferrari FF (z napędem na cztery koła), Lamborghini, Spyker, czy Fisker przemknie arabski szejk ze świtą. I tylko pokazuje palcem, co go interesuje. Zapewne w przyszłym roku będzie ich mniej. Przy tym Spyker wyraźnie pokazał, że na produkcji i promocji kupionego niedawno Saaba nie zamierza oszczędzać. Przyjął wprawdzie gości bardzo chłodno, bo lodowymi górami, które jednak wymieniał w miarę, jak topniały. Podstawę lunchowego menu stanowiły śnieżne kraby. I naturalnie szampan z sokiem z czarnej porzeczki, albo sam. Kawioru na razie nie ma,ale z pewnością przyjdzie czas i na jego powrót.
Pozostałe firmy, które produkują auta dla mniej lub bardziej bogatych śmiertelników chwalą się przede wszystkim coraz ładniejszymi autami hybrydowymi. To, że jakiś producent ma auto z napędem elektrycznym przestaje budzić zdziwienie, nie mówiąc o zachwycie. Nissan udostępnił do testów swojego elektrycznego Leafa, o którym wszyscy mówią „cichutki".Ale niewiele więcej.
Jako pionier w produkcji aut z napędem na prąd reklamuje się również chińskie od niedawna Volvo, które ma w tym roku większe stoisko, niż kiedykolwiek wcześniej. Chińczycy kupili je w sierpniu 2010 za 1,8 mld dolarów, ale teraz żaden z nich nie pokazuje się na stanowisku,żeby udowodnić,że nic się nie zmieniło, chociaż główna fabryka tej marki powstaje już w Chinach. Wszędzie natomiast reklamowana jest współpraca Volvo z energetycznym koncernem szwedzkim Vattenfallem. Wyraźnie widać powolną fuzję Lancii i Chryslera. Silniki amerykańskich aut są wyraźnie oszczędniejsze, a kuchnia coraz bardziej włoska. Chociaż mięso jest nadal podawane z grubą amerykańską panierką.
Opel chwali się swoją Amperą, która na razie jest jednak produkowana tylko pod Detroit, za to ma gwarancję na baterię ważną przez 8 lat. Za Amperę trzeba dzisiaj zapłacić ponad 42 tysiące euro. Dużo, jak na auto, nie do końca sprawdzone. Tyle, że skoro ma ono również silnik benzynowy, to można zaryzykować i wybrać w najdalszą nawet podróż. —Nie wyobrażałem sobie, że może być samochód, który przez 2 miesiące spali tylko 2,6 litra benzyny — nie mógł się nadziwić prezes General Motors Dan Akerson. — A jeździliśmy nim wszędzie, na zakupy, po wnuki, do pralni— wyliczał. A ile pożarł prądu? —Prądu? Nie wiem, ale żona nie mówiła, że zapłaciła większy rachunek — tłumaczył w rozmowie z „Rz".
Jednak mimo deklaracji władz kolejnych krajów infrastruktura dla aut z napędem elektrycznym przyrasta bardzo powoli. Zdaniem analityków  przygotowanie rynku na pełną akceptację takich pojazdów potrwa naprawdę długo . Przy tym wiadomo, że i energia elektryczna będzie drożała, nie tylko benzyna i diesel.
— To nie jest trudne do produkcji — mówił na konferencji prasowej w Genewie Muller-Otvos, prezes RR, który prezentował elektrycznego Phantoma. Auto srebrzysto niebieskie, z typowym dla Rolls Royce wykwintnym wykończeniem, nawet dywanik pod nogami kierowcy, który przecież nie zawsze jest jego właścicielem był gruby i niezwykle puszysty, a „flying lady", Emily zdobiąca maskę jest podświetlona na niebiesko,żeby nikt nie miał wątpliwości,że to auto jest napradę elektryczne. —Teraz zamierzamy przelecieć się po świecie i popytać naszych tradycyjnych klientów co myślą o takim pomyśle — mówił Muller- Otvos.
Auta elektryczne pokazał w Genewie także chiński BYD (Build Your Dreams), który jako akcjonariusza ma Warrena Buffeta. Chińczycy zapewniają, że ich baterie wystarczają na przejechanie przynajmniej 300 kilometrów w ruchu miejskich, zaś na naładowanie akumulatora potrzebują jedynie 40 minut. Zainteresowanie jednak jest minimalne, bo auta są po prostu bez wyrazu, jakieś nieposkładane , jakby każdy element miały z innego modelu konkurencji.
Z zachwytem został natomiast powitany powrót MINI do korzeni, czyli pokazanie naprawdę auta mini, a nie rozbudowywanych co rok wersji kolejnych „manów". Rocketman jest na razie pojazdem koncepcyjnym, czyli może, ale nie musi w obecnej wersji wejść do produkcji. Tyle,że wejdzie na 100 procent, bo bardzo się spodobał. Szeroko otwierające się drzwi, z tyłu miejsce dla „przyzwoitki", niekoniecznie drobnych rozmiarów, mini ewidentnie  jedzie w tym kierunku, gdzie powinien. Rocketman ma 3,42 metra długości i typowe dla tej marki obszerne wnętrze. Przy tym siedzenia można dowolnie ustawiać i nawet wygospodarować miejsce dla czwartego pasażera. Spalanie też imponujące —. Zaledwie 3 litry na 100 km.
Generalnie producenci chcą pokazać, że będą mieli dwie oferty. Auta elektryczne, dla przekonanych do ekologii kierowców i auta oszczędne, które będą paliły coraz mniej. I jeszcze jedno. Z tego, co widać w Genewie na kryzys każdy narzeka, ale widać, że słupki sprzedaży wyraźnie idą w górę. A wszyscy są zdeterminowani, żeby ten trend utrzymać.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA