fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Edukacja seksualna w szkole - uświadamianie o seksie

FREE PRESS
“Edukator”, który przyzwala na seks nastolatków, zawsze będzie atrakcyjniejszy od katechety, który zabrania i straszy grzechem – stwierdza pedagog
Niedawno „Gazeta Wyborcza" wskazała kolejny ważny problem naszej szkoły. Chociaż „wskazała" to niezbyt trafne określenie. Można by powiedzieć „odgrzała", ale to, co zrobiła „GW", najlepiej oddaje określenie „podpaliła lont". Bo temat seksu w kontekście młodzieży to prawdziwy dyskusyjny trotyl. Szybko bowiem od meritum, czyli od zagadnienia edukacji seksualnej dziatwy, dyskusja przemienia się w ostry spór ideologiczny, uruchamiając po obu stronach ekstrema.
Po lewej bezkonkurencyjna jest Joanna Senyszyn sprawiająca wrażenie osoby z lubością wyczekującej powszechnego zepsucia młodzieży (co doskonale ilustruje fotografia posłanki z pejczem do praktyk sado-maso podczas jednej z gejowskich parad) i bez zahamowań głoszącej prawo bodaj wszystkich do wszystkiego w sferze erotyki.
Eurodeputowana wykazuje przy tym zdumiewający brak odpowiedzialności za słowo. Wystarczy sobie wyobrazić, że jej pomysły faktycznie zostają wprowadzone w życie i od razu ciarki po plecach przechodzą. W jednym z programów telewizyjnych doszło do spięcia Joanny Senyszyn i Wojciecha Cejrowskiego. Ten ostatni, nie zważając na populistyczne zaczepki posłanki, wypalił już w pierwszym zdaniu: „Z głupkami nie należy rozmawiać, przed głupkami trzeba się bronić".
W nauczaniu o człowieczej seksualności łatwo zrobić kardynalne błędy i miast cokolwiek ulepszyć – zepsuć bezpowrotnie. Jednym z tych błędów jest sprowadzenie seksu do wymiaru techniki współżycia. Tutaj jest wiele sposobów. Jednym z nich jest wpuszczenie „licencjonowanych uświadamiaczy". Często są to lekarze wysługujący się za pieniądze firmom farmaceutycznym. Dyplom lekarza (a często specjalisty ginekologa) czyni go osobą właściwą i godną zaufania.
No i zaczyna się pogadanka ilustrowana rzucanymi na ekran z multimedialnego projektora schematami, zdjęciami, symulacjami, gdzie nie ma mowy o uczuciach, wierności, wstrzemięźliwości, bo tematem absolutnie wiodącym jest antykoncepcja oraz w zależności od sponsorującej prelegenta firmy farmaceutycznej reklamowany jest lek przeciwdziałający rakowi szyjki macicy czy innym schorzeniom.
Na koniec uczniowie otrzymują ulotki informujące, gdzie i jakim lekiem należy się zabezpieczyć przed daną chorobą.
Co charakterystyczne, motywem wiodącym we wszystkich mutacjach tychże pogadanek czy nawet lekcji jest antykoncepcja. A zatem chodzi o niepożądany skutek współżycia i komplikację życia, a nie o kwestie etyki i wartości seksu. Wymowa jest taka: „można uprawiać seks, nawet przypadkowy, ale trzeba wiedzieć, jak uniknąć wpadki". Tak jak ze złodziejem: „możesz kraść, tylko nie daj się złapać".
W drugiej kolejności zagrożeń są choroby z HIV na czele. Mam nagranych (niestety najczęściej tylko dźwiękowo) kilka takich spotkań. Naprawdę włos się jeży na głowie, że ludzie wykształceni (w tym lekarze, pedagodzy) mówią o seksualności takim językiem i wręcz obscenicznie. Jeden z prowadzących zakończył wykład taką oto błyskotliwą frazą: „I chociaż seks to sprawa dolnych części ciała, to nie można zapominać o głowie".
Analizując różnorako przeprowadzane zajęcia odnoszące się do ludzkiej seksualności, ma się wrażenie, że prowadzący nie biorą za skutki żadnej odpowiedzialności, że bodaj nikt takiej odpowiedzialności nie chce przyjąć. Najlepiej ukazuje to wypowiedź pedagoga wykładającego o seksie: „Ja im przedstawiam pewien punkt widzenia, a oni zrobią z tym, co będą chcieli". To dzieci mają więc być odpowiedzialne? To nowatorska i dość beztroska teza. Przypomina się tu stwierdzenie Cejrowskiego. Pasuje jak ulał, prawda?
„Gazeta Wyborcza" epatuje czytelnika wynikami badań, cytatami z wypowiedzi młodych i „wiarygodnymi" interpretacjami. Z tychże badań, których źródła nie znamy, dowiadujemy się, że 10 procent populacji 15-latków ma za sobą inicjację seksualną, a co trzeci 16-  czy 17-latek współżył.
Wcześniej jednak możemy przeczytać, że w Internecie jest multum pytań w stylu: „Całowałam się z języczkiem, czy jestem w ciąży?". Oczywiście pytania te świadczą o niedouczeniu młodzieży w tym zakresie, co trzeba natychmiast naprawić i gimnazjalistów douczyć. Wyniki badań (lub „badań") są podawane nierzadko tak, aby ich wymowa była wręcz szokująca.
Natomiast sposób i treść dyskusji nad tymi zagadnieniami pozwalają zauważyć, że już chyba tylko zacofani, staromodni „katole" przebąkują jeszcze o przedślubnej wstrzemięźliwości seksualnej. I to, co dla jednych jest kompromitującą niewiedzą, tylko oni są skłonni interpretować jako niewinność, cnotę pożądaną, chociaż dla jakiejś grupy ludzi być może archaiczną i niewiele wartą.
Idąc dalej tym tropem, można zadać pytanie: skąd wziąć pewność, że młodzież słabo odróżniająca wyrafinowany pocałunek od stosunku płciowego prawidłowo zrozumiała treść pytania o inicjację seksualną? Nawet jeśli trudne pojęcie „inicjacja" badający zastąpili innym.
Metodologia badań społecznych mocno podkreśla jedną z zasad obowiązujących badacza. Otóż badanie nie może trwale zmieniać badanego. Pamiętam badania prowadzone przez prominentnego i znanego z autoreklamy pedagoga, który nie wiedzieć czemu opowiada, że jest seksuologiem. Tam zadano między innymi takie pytanie: „Czy uprawiałeś/aś stosunek analny, oralny z dziewczyną, z chłopakiem? ". Nie wiem czy dokładnie tak, ale sens tego i innych pytań w kwestionariuszu był właśnie taki. Badanie prowadzono w szkołach, w których pozwolenia na procedurę udzielali dyrektorzy. Przeprowadzali je ludzie z zespołu naukowego, a możliwość zapoznania się z ich treścią przed badaniem czy po nim była zerowa.
Ciekawe, że nikt tu nie zaprotestował, że nikt nie zauważył demoralizacji tkwiącej w samym brzmieniu pytań. Jeśli bowiem takie badanie trafiło na ucznia „z przeszłością", to pół biedy. Natomiast, jeśli wierzyć wynikom z „Wyborczej", przytłaczająca większość 15-latków to osoby przed inicjacją. Jeżeli więc badania trafiły na ucznia czystego, niewinnego, to mogły dokonać istnego spustoszenia w jego świadomości. Zamieniły się w gwałt.
Wśród stawianych uczniom pytań były i takie, które brzmiały, przepraszam, komicznie. Jak bowiem inaczej potraktować pytanie skierowane do dziewcząt, czy uprawiały z koleżanką seks analny? Autorzy badań przedstawiali je jako głęboko przemyślane i wielokrotnie konsultowane. Najwyraźniej ekspertami byli malarze surrealiści.
Bardzo podobnie może wyglądać wprowadzenie lekcji o życiu seksualnym człowieka. Tutaj jednak wyłania się inny problem, a mianowicie, kto ma tego przedmiotu uczyć.
„Wyborcza" podkreśla, że rodzice tego nie robią, bo nie potrafią o tym z własnymi dziećmi rozmawiać. To zrozumiałe i wiarygodne. Ale skąd przekonanie, że ci sami rodzice (traktowani jako przedstawiciele grupy dorosłych) po przekroczeniu progu szkoły będą potrafili uświadomić 30 nastolatków, gdy jeszcze wczoraj nie umieli tego zrobić z własnym dzieckiem? Przeżyją cudowną przemianę, douczą się czy jak?
Dla mnie nadzieją jest wiara w nauczycielskie sumienie. Wiem, że nic nie zmusi pedagogów do działań demoralizujących. Oni po prostu wiedzą swoje. I całe szczęście.
Nic więc dziwnego, że wielu dyrektorów w obliczu trudności kadrowych korzysta z usług objazdowych „edukatorów", którzy bez odpowiednich uprawnień, ale za to z certyfikatami i – co ważniejsze – bezpłatnie przeprowadzają takie zajęcia bądź ich cykl w zdumiewającej swej części nasycone libertynizmem prezentującym seks jako miłą przygodę, której można się oddać, ale tylko przy użyciu prezerwatyw i po zaszczepieniu środkiem X oferowanym przez firmę sponsorującą owego „nauczyciela".
Mam zarejestrowany tekst żartobliwie wygłoszony przez takiego „edukatora": „No, co tam dziewczyny, takie ładne, a się rumienią... Nie rumienić się! Wszystko jest dla ludzi. Przygody są dla ludzi, alkohol jest dla ludzi... ale pełnoletnich, seks też jest dla ludzi. Wakacje przed wami. Wyjedziecie gdzieś i co? Wpadnie wam w oko chłopak, wy się spodobacie, dojdzie do czegoś i wpadka. Dlatego zawsze mówię: dziewczyny, miejcie przy sobie prezerwatywę, bo chłopak jak napa... sory... podniecony, to głowę traci i potem kłopot".
Czy wiedzą państwo, kto był adresatem tego apelu? To były dzieci z drugiej klasy gimnazjum. Czy rzeczywiście ma to iść w tym kierunku? A jak uchronić dzieci niewinne? Czy ci, którzy będą uczyć, jak uniknąć ciąży albo jak znaleźć punkt g, będą chcieli i umieli wyjaśnić, że niewinność chłopaka i dziewictwo dziewczyny to nie frajerstwo, nie moher ani zacofanie?
Jest jeszcze jeden aspekt, rzekłbym ideologiczny, a więc siłą rzeczy polityczny. Mianowicie zachęcanie do przedmałżeńskiego seksu (bo czymże jest pouczanie, jak uniknąć ciąży, jak stosować różne środki antykoncepcyjne, jeśli nie zachętą) to niemal jawne anulowanie treści VI przykazania. I jak to ma się do wiarygodności szkoły, jeśli na jednej lekcji katecheta omawia przykazanie „Nie cudzołóż", a na następnej „edukator" z entuzjazmem zachęca: „Seks jest dla ludzi, tylko trzeba go robić z głową". Tu naprawdę iskrzy.
„Edukator", który pozwala na seks nastolatkom lub wiekiem i tytułem naukowym zachęca do niego, zawsze będzie atrakcyjniejszy od katechety, który zabrania i straszy grzechem. W Polsce wychowanie do życia w rodzinie, bez żenady nazywane wychowaniem seksualnym, stało się instrumentem ateizacji szkoły i jej uczniów. Usilnie czyni się zeń światopoglądową alternatywę dla tradycyjnie pojmowanej przyzwoitości, której korzenie tkwią w chrześcijaństwie.
Osobnym zagadnieniem są podręczniki do przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie. Od z górą dziesięciu lat jestem rzeczoznawcą MEN ds. tychże podręczników. Procedura wygląda tak, że otrzymuję z ministerstwa próbny wydruk podręcznika i sporządzam recenzję. Tak samo robi drugi recenzent, którego nie znam, podobnie jak on mnie. Jeśli podręcznik otrzyma dwie recenzje pozytywne, może być drukowany i sygnowany formułą: „Podręcznik dopuszczony do użytku szkolnego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej". Bez tej formuły książka nie ma racji bytu.
Wprowadzenie przedmiotu o wychowaniu w rodzinie zaowocowało prawdziwym wysypem podręcznikowych propozycji. Nie nadążałem ich czytać i pisać recenzji, a także oglądać załączonych jako integralnej część podręcznika filmów. Potem to ucichło.
Zdarzyło się bodaj 11 lat temu, że dostałem do zaopiniowania wydruk podręcznika autorstwa dwóch, zdawałoby się, renomowanych autorów. Moje zdumienie rosło z każdą czytaną stroną. Po macoszemu i trochę na odwal potraktowano w nim kwestie rodziny. Ot, na zasadzie: „Przecież i tak wszyscy wiedzą". Podobnie było z miłością, przyjaźnią etc.
Natomiast nadzwyczaj szczegółowo i obszernie (jeśli pamiętam, to w 50 proc.) potraktowano omówienie różnych dewiacji. To tam właśnie znaleźć można perełki typu: „Jeśli jakiś kolega lubi przebierać się w dziewczęce fatałaszki, nie bądźcie krytyczni, nie dokuczajcie mu. Jeśli poprosi, aby do niego mówić imieniem żeńskim, to usłuchajcie tej prośby, sprawicie mu tym przyjemność".
No tak, możemy mówić o przyjemności kolegi, ale co z psychiką tego drugiego? Czy młoda wrażliwość zmuszona, aby Jurka nazywać Jolką, pozostanie bez szwanku? Czy rzeczywiście nie ma nic prostszego, aby chłopaka traktować jak dziewczynkę i pozostać bezkrytycznym, gdy pokaże nam się w bluzce z bufiastymi rękawami i rozkloszowanej spódnicy?
W tej też książce znajdujemy radę, aby córka nie miała matce za złe, gdy ta ją zaprowadzi do ginekologa i poprosi o zamontowanie spiralki antykoncepcyjnej.
Podręcznik był adresowany do gimnazjum, a więc przedziału wiekowego 13 – 16 lat. Napisałem wielostronicową i krytyczną recenzję z negatywną konkluzją, jednocześnie podkreślając, że samo adresowanie książki do gimnazjalistów już dyskwalifikuje tę pozycję. Jak się dowiedziałem całkiem niedawno, druga recenzja też była negatywna i wręcz miażdżąca.
Podręcznik jednak w niezmienionym kształcie funkcjonuje w obiegu opatrzony ową magiczną formułą MEN. Na okładce ma podtytuł: „Podręcznik przeznaczony dla gimnazjum". Jednakże dodrukowano obwolutę identyczną jak okładka z jedną zmianą, że „Podręcznik przeznaczony dla liceum". No comments.
Ten mój długi i szczegółowy wywód jest bez wyjątków krytyczny wobec nawracającego co jakiś czas pomysłu na wychowanie seksualne młodzieży. Jego krytyczny wymiar wynika z prowadzonej od lat obserwacji losów tego przedmiotu i rzeczywistej jego realizacji. Nie zmienia to faktu, że trzeba z tym fantem coś zrobić, bo w przeciwnym wypadku wciśnie się w to miejsce Joanna Senyszyn z pejczem i orszakiem gejów. Notabene to ostatnie środowisko jest w stosunku do szkoły niezwykle aktywne.
Pod płaszczykiem „stop homofobii" i pozorem zwalczania nietolerancji wobec homoseksualistów wciska się do szkół gejowski aktyw, oferując pogadanki czy rozmaite akcje. Lektorzy wyćwiczeni w perswazyjnej przemowie są tym niebezpieczniejsi, że trafiają na niezagospodarowany innym działaniem grunt. Młodzież jest wrażliwa na opowieści o prześladowanych „za miłość", o homofobach stanowiących rodzimy Ku-Klux-Klan.
W każde puste wychowawczo miejsce wejdzie jakaś idea, nierzadko zła; to może być sekta, gang, satanizm czy właśnie homoseksualizm. Tak jak próbowano nam wmówić, że jesteśmy narodem w 100 procentach antysemickim, tak na naszych oczach wymyślono (po prostu stworzono od zera!) przekonanie o powszechnym występowaniu homofobii. To kłamstwo stanowiące jednocześnie rację bytu rozmaitych stowarzyszeń i akcji, których celem bywa często młodzież szkolna.
Dlatego to puste miejsce należy mądrze zagospodarować. Szkoła stwarza unikalną szansę, by przemawiać do wielu osób jednocześnie. W każdych innych warunkach za zorganizowanie takiej sposobności trzeba słono zapłacić. Wystarczy wspomnieć, ile kosztuje minuta reklamy telewizyjnej. Jak wskazuje Zygmunt Bauman, najdroższym na świecie towarem jest ludzka uwaga. Nic więc dziwnego, że w szkole chętnie pojawiliby się różnej maści naprawiacze świata żerujący na młodzieńczej skłonności do współczucia i empatii. Wystarczy wówczas wprowadzić wątek uczuciowy, ukazać „nieludzkie cierpienia" gejów męczenników, aby młodego słuchacza kupić.
Kwestia ludzkiej cielesności, a w tym seksualności rozumianej jako integralna część życia od chwili jego powstania aż do biologicznej śmierci, nie ominie szkoły. To nie tylko problem „jak", ale również kwestia „co" mówić. Można tu wyróżnić dwa główne nurty ideologiczne.
Pierwszy – techniczny, traktujący seks jako źródło należnej człowiekowi satysfakcji. To seks bez tabu, który wprawdzie niesie ze sobą różne niebezpieczeństwa, ale można im przecież zapobiegać za pomocą wynalazków medycznych. To nurt podpinający się pod hasła humanizmu („Jestem człowiekiem i nic co ludzkie nie jest mi obce"), dodajmy – świeckiego humanizmu. Doskonale oddaje to fraza w jednym z podręczników dla licealistów, gdzie na blisko trzech stronach omawia się techniki współżycia, optymalne warunki defloracji czy higieniczne uwarunkowania odbywania stosunków.
Ta część kończy się jednakowoż akapitem: „Nie należy zapominać, że partnerów musi łączyć niezbędna więź uczuciowa". I to tyle na temat uczuć mających być podstawą zbliżenia. W przywołanym kilkakrotnie wcześniej podręczniku znajdujemy passus najlepiej chyba prezentujący omawiany nurt: „Wysiłek pedagogów, seksuologów i lekarzy związany z uświadamianiem młodzieży i propagowaniem antykoncepcji – i tak dający średnie efekty – jest dodatkowo neutralizowany stanowiskiem Kościoła katolickiego wobec antykoncepcji, uznającym za dopuszczalne stosowanie tylko naturalnych metod regulacji poczęć". Przypominam, adresatami tego podręcznika byli gimnazjaliści (!).
Drugi nurt nazwałbym tradycyjnym. Tutaj na pierwsze miejsce wysunięte zostały podstawy życia seksualnego. Można wskazać dwie zasadnicze: sformalizowanie związku i niezbywalne uczucie miłości. Najkrócej rzecz ujmując
– chodzi o seks z miłości po ślubie. Nic dziwnego, że w konfrontacji z pierwszym nurtem oferującym seksualną przygodę ten drugi jest skrajnie nieatrakcyjny i trudny do przyjęcia. Pozostaje bowiem w niezgodzie z hasłami popkonsumpcji wyrażającej się przekonaniem, że „życie jest zbyt krótkie, aby rezygnować z... (podróży, przyjemności jedzenia, seksu)".
Ale to wcale nie oznacza, że wolno nam rezygnować z realizacji marzeń o przyzwoitym społeczeństwie. Jeśli będziemy walczyć, to być może coś wywalczymy. Jeśli nie będziemy walczyć, to z całą pewnością niczego nie wywalczymy.
Autor jest profesorem pedagogiki, dziekanem Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu, założycielem i dyrektorem Szkoły Laboratorium
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA