fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Grzegorz Jarzyna odniósł sukces w Staatsoper w Monachium

Zbuntowane przedmioty w „Dziecku i czarach” Maurice’a Ravela (fot. wilfried Hösl/staatsoper munich)
Archiwum
Polski reżyser zakpił z modnych pomysłów swoich kolegów i pokazał, na czym polega prawdziwa magia teatru
Jacek Marczyński z Monachium
Początek przedstawienia w monachijskiej Staatsoper w reżyserii Grzegorza Jarzyny wygląda jak dziesiątki innych spektakli według obowiązującej mody inscenizacyjnej.
Domek, w którym rozgrywa się bajkowa opowieść muzyczna Maurice'a Ravela „Dziecko i czary", został zastąpiony kontenerem tira. Gdy jedna ze ścian unosi się do góry, mamy ekran dla filmowanych zbliżeń wykonawców, bo technicy z kamerami oczywiście krążą po scenie.
Obejrzyjcie raz jeszcze – zdaje się mówić reżyser. I zgromadziwszy ten arsenał znanych środków, zaczyna się nimi bawić. Kiedy w operze Ravela bajkowy świat zdominuje ten realny, technika zacznie się psuć, a Jarzyna pokaże, jak bez niej w teatrze wykreować czary.
Wystarczy odpowiednie oświetlenie i oto sztuczny las ożywa, staje się groźny, ale i zabawny, bo reżyser zachowuje dystans do opowiastki. Świetnie natomiast buduje jej klimat. U Ravela tajemnicza atmosfera narasta, bo przeciw niesfornemu dziecku buntują się kolejne przedmioty, potem leśne zwierzęta. Regułom baśni poddają się zaś wszyscy, łącznie z technikami, którzy przywdziewają zwierzęce kostiumy.
Grzegorz Jarzyna przypomina, że teatr nie musi wyłącznie udawać prawdziwego życia ani śledzić grymasów na twarzy aktora. W jego inscenizacji jest klimat „Snu nocy letniej" Szekspira i apel do widzów, by – jak bohaterowie tamtej komedii – poddali się magii. A wtedy może się okaże, że staną się kimś innym, choćby na chwilę.
Jarzyna nie jest jednak idealistą. Wie, że te marzenia mogą zakończyć się tragicznie, o czym przypomina druga część przedstawienia. To także baśń, ale zdecydowanie bardziej okrutna.
„Karzeł" Alexandra Zemlinsky'ego rzadziej gości na scenach niż „Dziecko i czary", choć trudno wyjaśnić dlaczego. To dzieła z tej samej epoki; niezwykłe, choć różne. Ravel jest finezyjny i błyskotliwy, bawi się konwencjami – od opery do musicalu. „Karłowi" bliżej do symfoniki Mahlera i wczesnych dramatów Straussa, ale orkiestra u Zemlinsky'ego brzmi fascynująco. Dyrygent Kent Nagano potrafił pokazać blask obu utworów.
Czy zatem inscenizatorów odstręcza nastrój ekspresjonistycznej baśni o rozkapryszonej Infantce, która na urodziny dostała karła, by zabawiał ją śpiewem? Dziewczyna rozkochuje go w sobie, on, zobaczywszy swe oblicze w lustrze, pojmuje, kim jest naprawdę, i umiera z rozpaczy. Infantka idzie tańczyć na urodzinowym balu.
Jarzyna z autorką kostiumów Anną Nykowską-Duszyńską wykreowali świat piękny, ale w swym wyrafinowaniu estetycznym wręcz zepsuty, by pozostawić nas w przekonaniu, że bajki rzadko mają happy end.
Monachijska premiera była wydarzeniem: wielu chętnych przed wejściem, tłumy na widowni, w tym dyrektorzy innych teatrów i festiwali. A po przedstawieniu owacje: dla wykonawców (choć na tej scenie słyszałem znacznie lepsze głosy), dla dyrygenta Kenta Nagano i dla Grzegorza Jarzyny oraz ekipy jego polskich współpracowników.
Recenzje są bardzo dobre, a „Süddeutsche Zeitung" chwali reżysera oraz tenora Johna Daszaka także za to, że pokazali bohatera Zemlinsky'ego jako normalnego człowieka. Tylko w naszym zwariowanym świecie ktoś tak jak on marzący o bezinteresownej miłości uchodzi za dziwacznego karła.
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA