fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rewolucje w krajach arabskich

Libia: wykrzyczeć prawdę o Kaddafim

Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Jerzy Haszczyński
Przez kilkadziesiąt lat rodziny ofiar libijskiej dyktatury musiały milczeć. Teraz w Bengazi trwa rozliczanie przeszłości - reportaż Jerzego Haszczyńskiego z Libii
Centrum rewolucji libijskiej to teraz bulwar nad Morzem Śródziemnym w Bengazi. W budynku sądu spotykają się władze rewolucyjne, a pod nim przepływają tłumy rozradowanych wolnością ludzi. Przychodzą tu też rodziny ofiar dyktatury. Wreszcie mogą wykrzyczeć swoje tragiczne historie.
– Tu, tu jest mój brat – brodaty Ibrahim al Abidi, emerytowany inżynier, pokazuje na czarno-białe zdjęcie, jedno z prawie dwustu na długim transparencie rozwieszonym przed sądem. Jego brat, Salem, też inżynier, został zamordowany w 1996 roku. – Nie był żadnym wywrotowcem, może miał wątpliwości, że powinno być inaczej. I go zabili. Kaddafi chciał mieć wszystkich pod butem. Miał być jeden przywódca i pokorna masa – mówi Ibrahim, uderzając znacząco nogą w chodnik.
Wieczorami rodziny ofiar stają przy bulwarze i śpiewają hymn rewolucji „Nigdy się nie poddamy". Piosenkę brzmiącą tak smutno, że nie trzeba znać arabskiego, by ciarki chodziły po plecach i łzy napływały do oczu.
W tłumie wdów i sióstr zamordowanych w ostatnich 20 latach jest i wysoki starszy pan w tradycyjnym arabskim stroju i arafatce owiniętej wokół głowy. – Mój syn, zwykły robotnik, zniknął nagle w marcu 1993 roku. Trzy lata później przyszła policja i powiedziała, że nie żyje. Ciała nie ma do dzisiaj. Tak jak nie było żadnego wyroku – opowiada 75-letni mężczyzna, trzymający w rękach czarno-białe zdjęcie ukochanego syna Fathiego Fejturiego. Potem wyciąga stare urzędowe pismo i po raz setny przebiega je wzrokiem. Jest tam napisane, że Fathi nie żyje. Ale nic nie ma o tym, jak umarł i gdzie został pochowany.
 
Przed oknami sądu protestują nie tylko rodziny zabitych w latach 90., ale i ofiar ataku na rewolucjonistów. – Najgorzej było w nocy z 16 na 17 lutego. Wtedy nie mieliśmy gdzie kłaść rannych, na podłogę lała się krew, czuć było zapach spalonego ludzkiego mięsa – opowiada anestezjolog ze szpitala al Dżala. Tamtej nocy po brutalnym ataku oddziałów Kaddafiego, w tym najemników, do tego szpitala trafiło ponad tysiąc rannych. 208 osób zmarło. – W innych szpitalach mogło być prawie drugie tyle zabitych – podkreśla anestezjolog.
Teraz w szpitalu al Dżala leży jeszcze sześciu ciężko rannych. Pełna jest też miejscowa kostnica. Są w niej osmolone ciała żołnierzy, którzy odmówili wykonania rozkazu strzelania do cywilów, zostali zamordowani przez swoich dowódców i po śmierci podpaleni. Leżą tu również dwa ciała czarnoskórych najemników, nie wiadomo, z jakiego kraju. Nikt się po nich nie zgłosił.
Cywilów mordowali w Bengazi między innymi snajperzy. W Trypolisie Kaddafi użył nawet lotnictwa. – Takiej zbrodni na własnym narodzie nie dopuścił się żaden dyktator. Wielu zabijało, ale po cichu. A trupy ukrywali w bezimiennych grobach. Kaddafi jest wyjątkowych zbrodniarzem – podkreśla Mustafa Geriani, rzecznik władz rewolucyjnych w Bengazi, na co dzień szef prywatnej firmy. Nikt mu nie wybaczy. Jego dni są policzone – słyszę co chwilę w Bengazi. Ale nikt nie wie, kiedy dyktator będzie skończony. I jak to się stanie.
Mała uliczka dzieli gmach sądu od szaroburego budynku o wypalonych oknach. Siedziby służby bezpieczeństwa, którą rewolucjoniści ze szczególną nienawiścią zaatakowali na samym początku trwającego od 16 lutego buntu. Na dziedzińcu żołnierze pakują to, co się nie spaliło. Radzieckie granaty rozpryskowe, zardzewiałe karabiny maszynowe, kasety z amunicją. Są też stare magnetofony, na które nagrywano przesłuchania, i radiostacje wyglądające, jakby pochodziły z czasów drugiej wojny światowej. W głębi dziedzińca widać osmalone okna z gęstymi kratami. Tam był areszt, w którym trzymano więźniów politycznych. – A takim mógł się stać każdy. Kaddafi zakazał tworzenia partii. I uważał, że jak trzech niezadowolonych ludzi wychodzi na ulicę, to zapewne chcą utworzyć partię – mówi Abdelsalam Alibi, prawnik, który w więzieniach spędził 12 lat.
Teraz siedziby bezpieki pilnuje wojsko i nie wpuszcza tam miejscowych. Ale gdy wdarli się tam rewolucjoniści, na murach pozostawili napisy zrobione błękitnym sprejem. Jeden ogłasza „Rewolucję wolnych ludzi". Drugi nawołuje: „Niech wreszcie upadnie Kaddafi, ten Żyd". Wraz z narastającą nienawiścią do dyktatora coraz częściej przekazywana jest pogłoska o tym, że jego matka była Żydówką, która przeszła na islam.
– To nie plotka, tak opowiadała jego ciotka w telawiwskiej telewizji – zapewnia Mustafa Elsagezli, jeden z liderów rewolucji w Bengazi, którego spotykam w budynku sądu. – Nie mamy osobiście nic do Żydów, ale ludzie czują się oszukani, że przez ponad cztery dekady rządził nimi człowiek o innym niż muzułmańskie pochodzeniu.
Elsagezli, wykształcony w USA inżynier informatyk, przedstawia się jako umiarkowany islamista. Wzorem dla niego jest rządząca w Turcji islamska Partia Sprawiedliwości i Rozwoju. Jest przekonany, że gdy wreszcie dojdzie do wolnych wyborów, to właśnie tego typu ugrupowanie ma szansę na zdobycie znacznej części głosów. Na wiele jego zdaniem mogą też liczyć lewicowi liberałowie, czyli socjaliści. Ale najpierw muszą powstać jakiekolwiek partie.
Liderzy rewolucji robią wszystko, by nie identyfikować jej z żadną osobą. Nie chcą, by pojawił się jeden przywódca nowej Libii. Nawet mundurowi, którzy przeszli na stronę rewolucji, ukrywają swoje stopnie, wszyscy chcą być równi. Oficerowie policji chodzą po bulwarze z pustymi naramiennikami i pomstują na jedynego przywódcę, przeklętego dyktatora Kaddafiego.
– To jest rewolucja ludzi i dla ludzi – mówi Mustafa Geriani.
Trwają przygotowania do utworzenia Rady Narodowej, w której zasiądą przedstawiciele miast. – To nie będzie rząd tymczasowy, taki powstanie, gdy Trypolis będzie nasz. Rada Narodowa rodzi się w Bengazi, a potem będzie się przenosiła coraz bardziej na zachód, aż do stolicy, gdy nie będzie już tam władał Kaddafi – tłumaczy Geriani.
Jak podkreśla, w Libii trzeba stworzyć wszystko od zera. W przeciwieństwie do sąsiednich krajów, Egiptu i Tunezji, gdzie rewolucje wcześniej obaliły długoletnich przywódców, tu nie ma ani partii, ani instytucji. Na razie powstają władze miast. W Bengazi jest 13 radnych – szefów departamentów tymczasowej rady miasta, zajmujących się bezpieczeństwem, transportem czy zaopatrzeniem. Wszyscy urzędują w budynku dawnego Sądu Wyższego dla całej wschodniej Libii, w którym w połowie lutego rozpoczął się bunt sędziów.
Cała trzynastka radnych to mężczyźni. Ale wśród liderów rewolucji są i kobiety. – Tu los kobiety jest lepszy niż w wielu innych krajach muzułmańskich.
Prowadzimy samochody, wykonujemy wolne zawody, jeździmy na konferencje, na uczelniach studentki uczą się razem ze studentami – podkreśla 50-letnia Iman Bugajgis, ortodontka i wykładowczyni na wydziale stomatologicznym miejscowego Uniwersytetu Garjunis, najstarszego w kraju. Nie nosi chusty. – To jest tu akceptowane. Nie jesteśmy społeczeństwem radykałów – mówi, dodając, że to dyktatura radykalizowała część Libijczyków. – Ale w wolnym kraju fundamentaliści będą niewielkim marginesem. Nie obawiam się, że ktoś mnie będzie zmuszał do noszenia chusty.
Jerzy Haszczyński z Bengazi
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA