Publicystyka

Wołek: Tusk po raporcie MAK

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Na jednej szali jest cyniczny smoleński szantaż i nieustanna presja, które wprowadziły już pewien zamęt, dezorientując część opinii publicznej. Na drugiej szali leży reputacja Polski jako państwa poważnego i obliczalnego – ocenia publicysta
Premierowi Tuskowi towarzyszy prawdopodobnie gorzkie poczucie absurdu. Po raz któryś już udowadniać musi wszem i wobec, że jednak nie jest wielbłądem. Z podobnie nierzeczywistą – a zarazem boleśnie realną – sytuacją zmagał się przecież całkiem niedawno, w związku z tak zwaną aferą hazardową. Polegała ona w gruncie rzeczy na – nieskutecznej zresztą – próbie zastawienia pułapki na szefa rządu. Istotę tej akcji sam autor Mariusz Kamiński z bezwstydną szczerością zdefiniował jako „test na przywództwo”.
Tamtą minę udało się Tuskowi rozbroić, choć zarówno on, jak i jego obóz ponieśli pewne koszty owej operacji. Teraz wszakże staje on w obliczu wyzwania nierównie trudniejszego. Ma do czynienia już nie z jedną miną, ale z całym rozległym polem minowym, rozciągającym się na ogromnych przestrzeniach: od północnego Smoleńska po Okęcie i od Warszawy po Moskwę, a nawet jeszcze dalej, bo sięgającym aż po Brukselę i Waszyngton. Tamta sprawa miała wymiar wewnętrzny. Ta zawiera jednocześnie aspekty wewnętrzne i międzynarodowe. Sterujący polską nawą państwową premier utknął, niczym ów mityczny żeglarz, w wąskim przesmyku między Scyllą a Charybdą, albo, ujmując to nieco bardziej swojsko: znalazł się miedzy młotem a kowadłem. Owym młotem miałby być Jarosław Kaczyński, kowadłem zaś – Władimir Putin? Taka personifikacja byłaby nazbyt trywialnie dosłowna, chociaż zapewne dotyka ona samego jądra problemu.
Chodzi bowiem o rozwikłanie łamigłówki karkołomnej: jak zachować poprawne stosunki z Rosją, a przynajmniej ich nie pogorszyć – mając na głowie jesienne wybory parlamentarne, a na domiar wszystkiego jeszcze polską prezydencję w UE? Współzależności te widać gołym okiem. Zauważa je chociażby rosyjska (dodajmy: opozycyjna) „Nowaja Gazieta”, ostrzegając bez ogródek, iż „jednostronny raport MAK doprowadzić może do wyborczej porażki życzliwej wobec Moskwy koalicji PO – PSL”. „Moskowskij Komsomolec” zaś konstatuje, że odwilż polsko-rosyjska, do której obie strony dochodziły żmudnym wysiłkiem, „stoi w obliczu bardzo realnego zagrożenia”. [srodtytul]Nowe paliwo[/srodtytul] Wszystko wskazuje na to, że właśnie rozpoczął się drugi etap „bitwy smoleńskiej”. Ten pierwszy, znaczony sporem o Wawel, pobudzany teoriami spiskowymi, zaogniany obłędnymi wersjami o zamachu, dobijaniu rannych i sztucznej mgle, miał swoich kilka kulminacji czy może raczej paroksyzmów podczas przepychanek na Krakowskim Przedmieściu, lecz zwolna przygasał i dopalał się wśród coraz słabiej jarzących się marszowych pochodni. Zaczynało brakować już nie argumentów, ale nowych podniet, dawki „paliwa”, pozwalającego rozniecać i podtrzymywać najwyższy stan rozedrganych emocji. Takiego, niecierpliwie wręcz wyczekiwanego, „paliwa” dostarczył właśnie raport MAK. Ujmując rzecz ściśle, on sam jako taki – niezależnie od wszelkich mankamentów bądź pominięć – właściwości tych nie posiada, co niemal jednogłośnie potwierdzają kompetentni, nieuprzedzeni eksperci. Niech się szacowny „Tygodnik Powszechny” nie obrazi za to porównanie, ale zapadła mi w pamięć celna fraza z czasów PRL: „Może i »TP« całej prawdy nie publikuje, ale przynajmniej pisze tylko prawdę”. Wiadomo, nawet cenzura nie mogła zachwiać rzetelnością redaktorów, co świetnie rozumieli czytelnicy. Trochę podobnie jest z raportem MAK. Zawiera liczne braki, nie jest kompletny, ale akurat to, co opisuje, raczej nie budzi zastrzeżeń. [wyimek]Wystarczy staranna lektura obu raportów – rosyjskiego i polskiego – oraz ich rzetelne zestawienie; odsłoni ono wszystkie ważkie okoliczności smoleńskiej katastrofy[/wyimek] Problem w interpretacji. A tu już dla tropicieli spisków, dla zapiekłych rusofobów, dla prawdziwych Polaków i jedynie szczerych patriotów – otwiera się przestrzeń nieogarniona. „Ten raport to hańba i upokorzenie dla Polski!”. Ze wzmożonym impetem powraca wersja zamachu. Sam Jarosław Kaczyński przypomina o „wybuchach” i snuje porównanie z inną katastrofą, gdzie – mimo zderzenia ze skałą – jednak „ocalało dziesięć osób”. Przejrzyste, choć jak zwykle zatrzymujące się na progu insynuacji sugestie prezesa PiS Antoni Macierewicz z Jackiem Kurskim przekuwają w słowa brzmiące jak wyrok: „Rosyjscy kontrolerzy z wieży sprowadzili nasz samolot na ścieżkę śmierci”. Dla Anny Fotygi Tusk to po prostu gorliwy sowiecki agent: „W Polsze nastała tiszina”. [srodtytul]Homo sovieticus[/srodtytul] Spróbujmy wniknąć w intencje oraz sposób myślenia Rosjan. Tamta mentalność pozostanie dla nas nieodgadniona. Niepodobna wymierzyć, na ile w rosyjskich umysłach tkwi nadal pierwiastek homo sovieticus; ten głęboko w mózgi wprasowany, wytrenowany przez dziesięciolecia schemat nawyków i reakcji. Podobnie jak w sferze wątłych hipotez pozostaje trwałość imperialnych czy też neoimperialnych tęsknot i aspiracji. Nie wiemy, czy swoisty dualizm władzy – prezydent Miedwiediew i premier Putin – to tylko zręczna figura skrywająca idealnie zorkiestrowaną grę na dwu fortepianach, czy też dwa odmienne, a w każdym razie nieidentyczne punkty widzenia, zarówno w odniesieniu do historii Rosji, jak i do rozumienia zasad demokracji oraz do samej filozofii sprawowania władzy. Wszelako już choćby na podstawie dotychczasowej wiedzy o tym, co działo się w Smoleńsku, wyobrazić sobie możemy niemało. Kardynalną zasadą rosyjskiej dyplomacji zawsze było nieprzyznawanie się do błędu i niepoczuwanie się do winy. Czujemy podrażnioną dumę mocarstwa, które miast lśniącej fasady musi raptem odsłonić swoje wstydliwe tyły, odkryć kompromitujące słabości, a może i mroczne tajemnice. Oto lotnisko Siewiernyj: istne pastwisko, kurnik w miejsce wieży kontrolnej, lampy przytwierdzone do żerdzi zardzewiałymi drutami… I pomyśleć tylko, że w tym samym miejscu, raptem trzy dni wcześniej, lądował premier Putin. Ale za to, że polscy piloci ze swoim prezydentem uparli się tam lądować wbrew logice i fatalnej pogodzie – Rosjanie do odpowiedzialności już poczuwać się nie chcą. Tym bardziej że wcześniej wielokrotnie, choć może nie dość stanowczo i konsekwentnie, próbowali polską załogę od tego zamysłu odwodzić. Wiadomo też, że gdy polski prezydent (a już zwłaszcza ten!) leci na uroczystości katyńskie, każda decyzja – od kontrolera lotu aż po obsługę lotniska – musi mieć charakter polityczny, i to wysokiej rangi. Jak wysokiej, ujawni niebawem polski raport. [srodtytul]Stonowany premier[/srodtytul] Uważam, iż polskie władze od początku postępowały w tej sprawie roztropnie, tym bardziej że pole manewru było wąskie. Jak pisze Ewa Milewicz, decyzji, iż „premier nie poszedł 10 kwietnia na wojnę prawną z Rosjanami”, zawdzięczamy wejście w posiadanie „unikalnego, absolutnie kluczowego materiału”, jakim jest dźwiękowy zapis rozmów w wieży kontrolnej. Również po prezentacji raportu MAK rząd wykazał niezbędną powściągliwość i opanowanie, co jaskrawo kontrastuje z pseudopatriotyczną, histeryczną tromtadracją opozycji (z PiS na czele) oraz sporej części mediów. Komentarz premiera do raportu był tyleż stonowany, ile stanowczy. Nie podważając treści merytorycznej, Tusk uznał go za wysoce niekompletny, zgodnie z faktycznym stanem. Nie przeceniam znaczenia dalszych dyplomatycznych zabiegów ani nawet ewentualnego arbitrażu. Wystarczy staranna lektura obu raportów – rosyjskiego i polskiego – oraz ich rzetelne zestawienie; odsłoni ono wszystkie ważkie okoliczności smoleńskiej katastrofy. Tym bardziej że w gruncie rzeczy już je znamy. Nie będzie nowych, wstrząsających rewelacji. Oczywiście, wyznawców teorii spiskowych nic i nikt nie przekona. Wprost przeciwnie: „obóz smoleński” zwietrzył swoją, być może już ostatnią, szansę na zmianę układu sił w Polsce i tragiczną kartą grał będzie bez żadnych skrupułów. Ponury paradoks sprawia, iż ów obóz – jego liderami są Jarosław Kaczyński i Tadeusz Rydzyk – epatując agresywną rusofobią, w istocie wzmacnia w samej Rosji te siły, którym na rękę jest osłabienie Polski i podważenie jej międzynarodowej wiarygodności. Polski nie da się już wprawdzie zhołdować ani zwasalizować, ale można jej pozycję obniżyć. Nie tylko w perspektywie unijnej prezydencji. [srodtytul]Probierz wiarygodności[/srodtytul] Tak, premier Tusk znalazł się pomiędzy młotem a kowadłem. Na jednej szali jest cyniczny smoleński szantaż, nieustanna presja, natarczywość, które wprowadziły już pewien zamęt, dezorientując część opinii publicznej. Na drugiej szali leży reputacja Polski jako państwa poważnego i obliczalnego. W oczach Europy i świata o tej powadze i odpowiedzialności świadczy stan relacji z Rosją. To probierz wiarygodności niejedyny, za to niezmiernie doniosły, nie tylko w skali strategii UE, ale i geopolityki waszyngtońskiej. Normalizacja stosunków z Rosją to zatem jeden z priorytetów polskiej racji stanu. Bitwa smoleńska wkroczyła w drugą fazę. Stawka tej batalii jest ogromna. Donald Tusk składa kolejny egzamin z politycznej dojrzałości. Nie może ulec szantażowi. Musi ochronić powagę i godność państwa. Przekonać opinię publiczną do swoich racji. Dobrze przewodniczyć UE. I jeszcze wygrać wybory. A wszystko to niemal jednocześnie. Nie wiem czy to jego egzamin najważniejszy. Za to z pewnością jeden z najtrudniejszych. [i]Autor jest publicystą, był m.in. redaktorem naczelnym „Życia Warszawy” i „Życia”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL