Film

Rozmowa z Jaco van Dormaelem, reżyserem filmu Mr. Nobody

Trzy dziewczynki, trzy kolory i trzy możliwości wyboru
kino świat
Belgijski reżyser Jaco van Dormael mówi o nowym filmie „Mr. Nobody”, który właśnie wszedł na nasze ekrany
[b]Rz: Pana bohater Nemo jako dziecko stoi na peronie. Musi podjąć decyzję ponad siły kilkulatka: pojechać z matką czy zostać z ojcem. To na zawsze zdeterminuje jego życie. Potem wielokrotnie będzie musiał dokonywać równie znaczących wyborów. „Mr. Nobody” uświadamia, iloma drogami może się toczyć nasze życie.[/b]
[i]Jaco van Dormael:[/i] Na początku lat 80. zrealizowałem krótki film „E pericoloso sporgersi”, który zaczynał się na dworcu. Mały chłopiec biegł za pociągiem, którym odjeżdżał ojciec. Matka stała na peronie. Ta scena przez lata mnie niepokoiła. Inspirowała wyobraźnię. To z niej wykiełkował potem „Mr. Nobody”. [b]Widział pan „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego?[/b]
Oczywiście. Nasze filmy powstawały w tym samym czasie. Najwyraźniej trapiły nas te same dylematy. I do dzisiaj nie dają mi spokoju. Siedzimy tu razem i rozmawiamy, a przecież jak niewiele trzeba było, żeby pani albo moje życie ułożyło się inaczej. Jedna nasza decyzja determinuje następną; wystarczyłoby, żeby jakiś drobiazg ułożył się inaczej, i wcale byśmy się nie spotkali na festiwalu w Wenecji. [b]W „Mr. Nobody” pyta pan o znaczenie wyborów. O to, co jest w życiu ważne, jaka jest rola przypadku i na czym polega fatalizm losów człowieka. Znalazł pan odpowiedzi?[/b] Oczywiście, że nie. Ale sztuka jest od zadawania pytań, a nie szukania odpowiedzi. Łatwe wyciąganie wniosków i proste deklaracje są domeną polityków. Artyści wiedzą, że świat jest skomplikowany. W „Mr. Nobody” pokazuję jego złożoność. [b]Dlatego świadomie zaburza pan narrację?[/b] Tak. Postanowiłem w tym filmie przekraczać wszelkie bariery i przełamać obowiązujące w kinie schematy. [b]Scenariusz „Mr. Nobody” powstawał podobno siedem lat. Dlaczego tak długo?[/b] Bo ten film jest jak pamiętnik. Może nawet dziennik. Notowałem różne myśli i zdarzenia, nie bardzo wiedząc, dokąd mnie to zaprowadzi. Miałem kartki ze szkicami scen, puentami i dialogami porozkładane na trzech stołach i układałem je w różne konfiguracje. Każdy ruch rozwalał całą układankę. Czułem się jak dziecko bawiące się puzzlami. Choć manipulowałem nie papierowymi kawałkami, lecz ludzkimi wyborami. [b]Wierzy pan w wolność takich wyborów?[/b] Nie całkiem. W naszym życiu zawsze jest wiele chaosu i przypadku. I pewien fatalizm. Czasem nie mamy wiele do powiedzenia. A nawet gdybyśmy mieli, to i tak niczego by to nie zmieniło. Bo wyrośliśmy w określonych domach, zostaliśmy ukształtowani przez rozmaite osoby i zdarzenia. Różne rzeczy wydają nam się tak naturalne, że nie dostrzegamy alternatywy. Nie uświadamiamy sobie nawet, że można inaczej. [b]Na przykład?[/b] Mamy obok siebie dwie fantastyczne kobiety, a zakochujemy się w dziewczynie, która mignęła nam na ulicy. Biegniemy za nią, nie wiedząc kim jest. A przecież każda z tamtych znajomych gwarantowałaby nam inne, bardziej obliczalne życie. Kino jest idealnym miejscem, by się z takimi dylematami zmierzyć. [b]Jakie zdarzenia i wybory najbardziej zdeterminowały pana życie?[/b] Przede wszystkim miłość i małżeństwo. Potem pojawienie się dziecka. Nie decydowa- łem o jego poczęciu, ale kiedy się urodziło, wszystko stało się inne. Dziś myślę, że bez dzieci bym nie istniał. Gdybym jednak ożenił się z inną kobietą, może nie miałbym dzieci albo miałbym inne. Ja też byłbym kimś innym. Piekielnie ważne były również wszystkie uwarunkowania i wydarzenia, które doprowadziły mnie do wyboru zawodu. Dla mnie to zagadka życia i o niej opowiadam w „Mr. Nobody”. [b]Pana film jest najdroższą produkcją w historii belgijskiej kinematografii. Czy to pana nie peszyło?[/b] Ani przez chwilę nie myślałem, że kręcę kosztowny film. Chciałem, by był piękny i stał się dla kogoś ważny. [b]Po „Ósmym dniu” odszedł pan od kina na 15 lat. Jak poczuł się pan na planie?[/b] Wspaniale. Z taką obsadą nie mogło być inaczej. Jared Leto, Sarah Polley, Diana Kruger, Linh Dan Pham są marzeniem każdego realizatora. Poza tym po latach pracy w samotności przypomniałem sobie, jak wielką przyjemnością jest wspólne tworzenie. [ramka][srodtytul]Od Kieślowskiego do Kubricka[/srodtytul] To nie jest kino wielkie, ale niepokojące i niesztampowe. Belg Jaco van Dormael, twórca świetnego „Ósmego dnia”, opowiada o wyborach, które nierzadko całkowicie zmieniają bieg życia. Mały Nemo, gdy jego rodzice się rozchodzili, mógł wybrać, czy zostanie z matką czy z ojcem. Potem musiał zadecydować, z którą z trzech dziewczyn spędzić życie. Skąd miał wtedy wiedzieć, dokąd go ten wybór zaprowadzi? Widz wie: w związku z Anną przeżyje wzajemną miłość, z Jeanne – będzie kochany, ale sam zachowa dystans, z Elise – będzie kochał, ale nie dostanie wielkiego uczucia. Dormael, pokazując różne wersje losów Nemo, wspiera się innymi językami filmowymi. Na ekranie trzy dziewczynki. Anna jest w czerwonej sukience, Elise w niebieskiej, Jeanne w żółtej. Te trzy kolory będą potem towarzyszyły losom Nemo w zależności od tego, z którą z kobiet się zwiąże. W każdym wątku inaczej też pracuje kamera. Czasem zachowuje klasyczne spojrzenie, czasem podkreśla dystans, pozwalając sobie nawet na nieostrości, czasem skupia się na jakimś szczególe, sugerując, że wszystko, co ważne, i tak dzieje się poza kadrem. Van Dormael opowiada również o czasie. Nemo jako starzec budzi się ze śpiączki u progu XXII wieku. W świecie, któremu postęp medycyny zapewnił nieśmiertelność. Ale on jest ostatnim człowiekiem, który musi umrzeć. Dlatego rozlicza się z przeszłością. Gra z własną pamięcią i wyobraźnią. „Mr. Nobody” łączy elementy filmu science fiction z obyczajową opowieścią o miłości i filozoficzną przypowiastką. To prawda, można się w tym pogubić. Ale można też przeżyć interesującą podróż w czasie. Van Dormael pomaga nabrać dystansu do otoczenia i do siebie samego. Jakby chciał powiedzieć: „Nie warto żałować. Przeżywajmy intensywnie to, co jest nam pisane albo co sami sobie wybraliśmy. Bo każde życie jest warte przeżycia”. Niezła pointa na początek nowej dekady. [i]—Barbara Hollender[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL