fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Lady Gaga koncert w Gdańsku

Fotorzepa, Piotr Wittman
Gdańsk. Koncert przypominał nabożeństwo ku czci lateksowej bogini z tanich filmów porno. Dla nowej władczyni popu muzyka jest tylko tłem
Chciałabym napisać, że Lady Gaga okazała się warta każdej minuty siedmiogodzinnej podróży zatłoczonym pociągiem z Warszawy do gdańskiej hali Ergo. I że mnie – dziecku MTV, wychowanemu na widowiskach Jacksona i Madonny – pokazała nowy wymiar rozrywki. Ale przez dwie godziny oglądałam wulgarną porno groteskę, pełną powtórzeń i zapożyczeń.
Świat przedwcześnie obwołał ją nową królową popu – na żywo Gaga nie dorasta Madonnie do pięt, jest tylko pilną uczennicą i bezwstydną naśladowczynią. Zbiorowe choreografie tancerzy gejów, zderzenie religijnej i erotycznej symboliki, wprowadzenie na scenę samochodu w „Just Dance” i wagonika metra w „The Fame” były bolesnym deja vu z ostatniego tournee jej mentorki. Jedynym, w czym Gaga posuwa się dalej, jest dosłowność.
[srodtytul]Efektowna nuda[/srodtytul]
Zaczęła od czarno-białej projekcji wideo, na której jej sylwetka obracała się w zwolnionym tempie. Hipnotyzowała zmiksowanym manifestem: „Jestem wolna!”. A przez następne dwie godziny udowadniała, że pozostaje obojętna na wyczucie dobrego smaku, wrażliwość i kanony estetyczne.
Otwierającą „Dance in the Dark” wykonała jako cień. Stała za śnieżnobiałą zasłoną, w smudze purpurowego światła, widoczna była tylko jej sylwetka – nie w tańcu, tylko pozach rodem z horroru. W „Glitter and Grease” pokazała się w opiętym centkowanym body, ale nie zdjęła błyszczących jak brokat okularów. Tajemnica, niedostępność – dzięki nim buduje się napięcie widowisk, ale trzeba mieć jeszcze mocne, porywające piosenki. Tego u Gagi brakuje. Podczas koncertu uderza kontrast między siłą jej wizerunku i nijakością muzyki. Estetycznie Gaga powala – umie zawładnąć zmysłami, ale piosenki są pozbawione charakteru – trudno je zanucić, dać się im ponieść. To rytmiczna nuda.
[srodtytul]Szczerość sado-maso[/srodtytul]
Zmieniała stroje wielokrotnie: zakryta czerwoną płachtą szarpała struny harfy, w lateksowym płaszczu, którego pozazdrościłby jej Lord Vader, dyszała do mikrofonu, doprowadzając publiczność do histerii. W sukni ślubnej (którą Madonna odkryła jako sceniczne emploi 25 lat temu) śpiewała, że lada moment umrze ze szczęścia. Wystrojona jak wyuzdana zakonnica wygłaszała kazanie. Przemawiała niczym patronka wszystkich, którzy czują się odmieńcami. Szczególną opieką otoczyła gejów, transwestytów i transseksualistów, ale i innych obecnych potraktowała ckliwym zwrotem: „Moje małe potworki!”.
W wysadzanej ćwiekami bieliźnie i skórzanych botkach zalewała się łzami. Wyglądała jak gwiazda z sadomasochistycznego jarmarku, a zapewniała o autentyczności i szczerych intencjach towarzyszących jej twórczości. Amunicją Gagi jest hiperkreacja, produkcja nieprawdziwych obrazów, porażanie sztucznością. Rzeczywiste, koncertowe spotkanie z nią służy umocnieniu fałszywego image.
Gaga utrzymała wysoką temperaturę widowiska, bo każdej z piosenek zapewniła przejaskrawioną oprawę. Znalazła się w koncercie jedna chwila dobrej muzyki – premierowa, rockandrollowa ballada „You and I”. Ale Gaga uspokoiła: na kolejnej płycie ten utwór będzie wyjątkiem. Resztę nowego albumu zareklamowała jako fantastyczne „walenie młotem”. Nie mogę się doczekać.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA