fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Vorarlberg w Austrii: Antony Gromley ustawił 100 rzeźb

Fotorzepa
Brytyjczyk Antony Gormley zainstalował wysoko w Alpach 100 rzeźb
Pierwszy raz w życiu wspięłam się na granie wyższe od Kasprowego Wierchu nie po to, żeby podziwiać pejzaż, lecz aby kontemplować dzieło Antony’ego Gormleya. Angielski gwiazdor sztuki wkomponował w alpejski plener Vorarlbergu w zachodniej Austrii (niedaleko Bregencji) dzieło zatytułowane „Horizon Field”.
[srodtytul]Nagus na skale[/srodtytul]
Dookoła surowy, wysokogórski pejzaż. Zimne, zachmurzone niebo, głazy, mchy, porosty, pięknie żółknące i czerwieniejące przed zimą. Poniżej – wciąż jaskrawa zieleń okolicznych łąk. W takich okolicznościach przyrody stoi 100 identycznych męskich postaci, ustawionych – bagatela! – na wysokości 2039 m n.p.m., na przestrzeni 150 km kwadratowych. To one wyznaczają umowną linię horyzontu pól.
Żaden piechur nie obejrzy wszystkich figur za jednym podejściem. Większe szanse będą mieli narciarze, jako że realizacja Gormleya tkwi pomiędzy trasami zjazdowymi.
Mnie udało się zobaczyć jedną rzeźbę z bliska i dwie z większej odległości. Ale nawet przy niepełnym oglądzie instalacja wywiera niesamowite wrażenie.
Wygląda to tak: na skale stoi nagi mężczyzna. Niewzruszony, jak ta skała. Ramiona opuszczone, nogi w rozkroku, głowa w pionie. Poza eksponująca symetrię ludzkiego ciała, a także, podkreślająca wewnętrzny spokój postaci, świadomość siły, poczucie bezpieczeństwa.
Osobnik wydaje się zjednoczony z naturą, choć nad nią góruje.
Co znaczy 100 figur rozstawionych na tej samej wysokości? Moim zdaniem to zespół uczestniczący we wspólnej akcji. Wrażenie jedności celów i ideowego braterstwa sugeruje wygląd posągów. Każdy mierzy 1,89 cm; waży 650 kg; wykonany jest z surowego żelaza (efektownie rdzewiejącego w naturze).
Gormley skomplikował przesłanie „Horizon Field” prostym zabiegiem: rozproszył obiekty. Te same rzeźby zbite w kupę, w stado, przywodziłyby na myśl terakotową armię chińską. Tymczasem figury są samotne, nie wchodzą ze sobą w związki. W efekcie postrzegamy je jako symbol człowieczej dumy.
[srodtytul]On i inni[/srodtytul]
Jednocześnie figury Gormleya nie upajają się swą potęgą. To zadumane Robinsony Cruzoe, zagubione w świecie, bez komunikacji między sobą. Czy aby właśnie tacy nie jesteśmy? Czy nie łączymy w sobie sprzeczności: zachwytu dla naszych (pozornie) nieskończonych możliwości i zmęczenia tempem życia?
Modelem alpejskiego cyklu był sam artysta. Nie pierwszy raz siebie „sklonował”. W takim samym nakładzie 100 egzemplarzy ustawił kopie swej postaci na plaży nieopodal Liverpool; w nieco mniejszych zgrupowaniach rozmieścił żelazne Gormleye na dachach przy Madison Avenue w Nowym Jorku, na południowym brzegu Tamizy w Londynie, na Alasce; w Norwegii za polarnym kręgiem; w gorącej Kalabrii. Clou tych plenerowych dokonań to „Anioł północy”, czuwający nad Gateshead w północnej Anglii – kopia artysty powiększona do 20-metrowej wysokości, ze skrzydłami o rozpiętości 54 metry.
Czyżby bałwochwalczy hołd złożony samemu sobie? Nie sądzę. Rzeźbiarz, laureat Turner Prize (dostał tę prestiżową nagrodę 16 lat temu) korzysta z własnego ciała jak modułu człowieka (podobnie postępuje Mirosław Bałka biorący za punkt wyjścia wymiary oraz temperaturę swego ciała).
Mnie zaintrygowało pokrewieństwo plenerowych prac Brytyjczyka i monumentalnych realizacji Magdaleny Abakanowicz. Jedne i drugie dotyczą psychicznej kondycji współczesnego człowieka, działają poprzez multiplikację i zmasowanie, korespondują z naturalnym otoczeniem.
Jak wiadomo, nasza rzeźbiarka również zrealizowała wiele dzieł w różnych punktach świata – odludnych bądź kipiących miejskim życiem. Antony Gormley cieszy się jednak mirem we własnym kraju, my zaś o Abakanowicz chętnie zapominamy…
Instalacja będzie eksponowana do sierpnia 2012 r.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA