Katastrofa smoleńska

Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę

Rosyjscy strażacy gaszą płonące szczątki samolotu
PAP/EPA/NTV TV
Gdy pędziliśmy na miejsce katastrofy, dowiedzieliśmy się, że z maszyny nie ma co zbierać
O tym, że z polskim samolotem „stało się coś złego”, dowiedziałem się kilka minut po katastrofie, która nastąpiła o 8.56 (10.56 czasu miejscowego). Byłem wtedy przed Polskim Cmentarzem Wojennym w Katyniu, gdzie wraz z kilkuset innymi osobami – przedstawicielami Rodzin Katyńskich, Polakami z Rosji, polskimi żołnierzami, harcerzami, politykami i dziennikarzami – czekaliśmy na przybycie prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Informacja o kłopotach na oddalonym o kilkanaście kilometrów wojskowym lotnisku w Smoleńsku pochodziła od stojącego opodal zdezorientowanego dyplomaty. Otrzymał ją przez telefon, ale połączenie było bardzo złe. Nie wiedział „nic na pewno”. Wraz ze stojącymi w pobliżu dziennikarzami natychmiast podjęliśmy decyzję: jedziemy. Wsiedliśmy do samochodu. Korespondentka „Rz” w Moskwie Justyna Prus, reporter telewizyjny Wiktor Bater, jego kamerzysta, rosyjski fotograf, dziennikarka Reutersa i ja.
[srodtytul]Lotnisko we mgle[/srodtytul] Po dziesięciu, góra piętnastu minutach szaleńczej jazdy byliśmy na miejscu. Jeszcze po drodze dostaliśmy telefoniczną informację: „z samolotu nie ma co zbierać”. Wydawało się to absurdalne, niemożliwe. Prezydenci takich krajów jak Polska po prostu nie giną w katastrofach. I to w dodatku tutaj, w Katyniu. Być może doszło do jakiejś drobnej awarii? Może się tylko poobijali, a ktoś wyolbrzymił całą sytuację? Gdy jednak dotarliśmy na lotnisko, wszelkie nadzieje się rozwiały. Speszeni strażnicy przepuścili nas przez bramę – wystarczyło, że machnęliśmy im prasowymi identyfikatorami – i zatrzymaliśmy się przed pasem startowym. W miejscu, gdzie kilkunastu Rosjan i Polaków czekało na prezydenta. Lotnisko było pogrążone w gęstej mlecznej mgle. Od razu uderzył mnie panujący tu spokój. Gdyby ktoś został ranny, gdyby była jakakolwiek nadzieja, wszyscy ci ludzie by biegali, krzyczeli. Stojące obok samochody strażackie pędziłyby w stronę miejsca katastrofy. [srodtytul] Tak się nie wozi żywych[/srodtytul] Ludzie na płycie lotniska stali bez ruchu, rozmawiali ściszonymi głosami, skupieni w niewielkich grupkach. Część z telefonami przy uchu. – Była katastrofa, nikt nie przeżył – rzucił nam blady jak płótno Polak, prawdopodobnie pracownik ambasady. Obok stały trzy autokary. Miały zabrać pasażerów Tu-154M. W środku kilka spłoszonych kobiet. – Nie wierzę w to, co się stało – rzuciła jedna z nich. Po chwili z pasa startowego zaczęła zjeżdżać kawalkada karetek. Pięć, może sześć. Jechały powoli, bez włączonych sygnałów. Tak nie wozi się żywych ludzi. Po chwili podeszło do nas kilku agentów Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Kazali opuścić teren wojskowego lotniska. Zdecydowaliśmy, że jedziemy na miejsce, w którym spadł samolot. Powiedziano nam, że stało się to kilkaset metrów przed ogrodzeniem lotniska, po drugiej stronie wojskowej bazy. [srodtytul] Biel i czerwień[/srodtytul] Na ulicy biegnącej wzdłuż lotniska zaczął się już poranny korek, podłączyliśmy się więc do jadących pod prąd, na sygnale, samochodów ratowniczych. Jeden z nich staranował szarego, cywilnego dżipa. Pękła chłodnica. Ratownicy wyskoczyli ze środka i zatrzymali kilka cywilnych samochodów. Zaczęli przerzucać do nich sprzęt. My pojechaliśmy dalej. Gdy przybyliśmy na miejsce katastrofy, z pola na tyłach niewielkiego komisu samochodowego widać było strażaków z gumowymi wężami. Pożar niewielki, w kilku miejscach tliły się jeszcze kępy trawy. Można było dostrzec niewielki brzozowy lasek, a w nim rozerwane kawałki maszyny. Jeden biało-czerwony. To część kadłuba prezydenckiego tupolewa, na którym był wymalowany długi czerwony pas. Wiem, bo latałem nim wielokrotnie. Zawsze z innymi dziennikarzami żartowaliśmy przed startem, że to już „ostatni lot” wysłużonej maszyny. Jakież to się teraz wydaje głupie. Po chwili obok mnie pojawiają się milicjanci i funkcjonariusze OMON, rosyjskich oddziałów specjalnych milicji. Charakterystyczne okrągłe czapy, niebiesko-czarne panterki. Niektórzy mają długą broń. Wypraszają mnie z pola przed wrakiem. Tymczasem z katyńskiego cmentarza dojechały samochody na polskich rejestracjach. Wysypało się z nich kilkudziesięciu fotoreporterów i kamerzystów. Próbują się przedrzeć do rozbitego samolotu. [srodtytul]Elita elit[/srodtytul] Dochodzi do gwałtownej szarpaniny z OMON, kilka osób ląduje na ziemi. – Puśćcie nas. To nasz prezydent! – krzyczą reporterzy. Rosjanie powstrzymują jednak Polaków. Teraz, gdy opadły emocje, myślę, że słusznie. Dobrze się stało, że między szczątki samolotu i nadal leżące wówczas w lasku szczątki ludzkie nie wbiegło kilkadziesiąt osób z kamerami i aparatami fotograficznymi. Emocje zaczęły opadać dopiero po kilku minutach. Patrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem. – Miałem być na pokładzie tego samolotu – rzucił ktoś. – Jezus Maria – mówili inni. W ręku przechodzącego obok dziennikarza zobaczyłem białą książeczkę z tłoczonym orłem, jaką protokół dyplomatyczny MSZ szykuje zawsze przy okazji zagranicznych podróży. Obok programu wizyty umieszcza się w niej pełny skład delegacji. Gdy zacząłem ją przeglądać, zrozumiałem skalę tragedii. Lech Kaczyński, Ryszard Kaczorowski, Anna Walentynowicz, Janusz Kochanowski, Janusz Kurtyka, Andrzej Przewoźnik, Janusz Krupski, kanclerz Orderu Virtuti Militari gen. Stanisław Komornicki. Ludzie, których znałem osobiście. Jako dziennikarz „Rz” wielokrotnie robiłem z nimi wywiady, spotykałem na rozmaitych uroczystościach. Ludzie godni wielkiego szacunku. Polscy patrioci. Elita elit. To był moment, w którym zdałem sobie sprawę, że doszło do wydarzenia historycznego, o którym będzie się pisać w podręcznikach. Do narodowej tragedii. Wkrótce na miejscu pojawili się naoczni świadkowie katastrofy. Kilku Rosjan, którzy twierdzili, że „wszystko widzieli jak na dłoni” i którzy składali całkowicie sprzeczne relacje. Oraz jeden Polak – Sławomir Wiśniewski, montażysta TVP, który w momencie katastrofy znajdował się w położonym obok lotniska hotelu Nowyj. [srodtytul]Przyleciał za wcześnie[/srodtytul] – Usłyszałem huk silników i wyjrzałem na zewnątrz, żeby zobaczyć, jak samolot podchodzi do lądowania. To był rządowy tupolew w biało- czerwonych barwach. Na ogonie szachownica, czerwony pas na białym tle. Zdziwiło mnie jednak, że maszyna jest pochylona o 40 stopni. Nagle jednym skrzydłem zaryła w ziemię. Huk, eksplozja i pożar. Rozbiła się – relacjonował Wiśniewski. Ktoś z boku dodał, że tupolew ściął skrzydłem wierzchołki drzew. W gęstej mgle piloci stracili orientację i po prostu zeszli za nisko. – Gdy tylko zorientowałem się, co się stało, złapałem kamerę i pobiegłem na miejsce. Wszędzie walały się szczątki samolotu. Silnik, kawałki kadłuba. Niektóre części płonęły. Wszędzie dym – mówił Wiśniewski. Gdy rozmawialiśmy, a było to już z godzinę po katastrofie, niespodziewanie wyszło słońce. Mgła całkowicie się rozproszyła. Warunki do lądowania stały się idealne. Pomyślałem wówczas, że prezydent przyleciał za wcześnie. [i]Piotr Zychowicz ze Smoleńska[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL