fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Studenci walczą o swoje

AP, Hans Punz Hans Punz
Anna Słojewska
Dzięki decyzjom z Bolonii mogą studiować za granicą. Ale ciągle protestują. Zwłaszcza na Zachodzie
Przez ostatnie dwa dni w Wiedniu było bardzo gorąco. Na ulice wyszło 15 tysięcy studentów. Dwa tysiące przyjechało z innych państw. – Nie wiem, czy są z Polski, ale przyjechali z Niemiec, Włoch, Hiszpanii – relacjonował „Rz” rzecznik studentów, przekrzykując tłum. W tym czasie tłum gwizdał i skandował antybolońskie hasła. – Proces boloński jest niesprawiedliwy i niedemokratyczny. Mówimy mu „nie”! – usłyszeliśmy.
W tym czasie w stolicach Austrii i Węgier debatowali ministrowie edukacji 46 państw – od Irlandii po Azerbejdżan. Tam postanowili uczcić 10. rocznicę wdrożenia w życie tzw. procesu bolońskiego, który zrewolucjonizował szkolnictwo wyższe i wyprowadził studentów na ulice.
Proces nazwano tak od miejsca spotkania ministrów szkolnictwa wyższego w 1999 r. Jest dobrowolną inicjatywą 46 krajów europejskich. Nie jest systemem unijnym, choć Komisja Europejska aktywnie w nim uczestniczy. Jego cel to stworzenie Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego do 2020 r.
[srodtytul]Bałagan i zamieszanie[/srodtytul]
– Proces boloński ma ułatwić porównywanie europejskich uczelni. Przez to system jest bardziej zrozumiały, a studentom łatwiej przenosić się między wydziałami, uczelniami, krajami – tłumaczy Sophia Eriksson Waterschoot z dyrekcji generalnej ds. edukacji w Komisji Europejskiej. Europejskie uniwersytety mają się stać atrakcyjne dla studentów z innych kontynentów.
Główna zmiana to podział studiów na trzyletnie licencjackie i dwuletnie magisterskie. Jeśli student chce uzyskać tytuł magistra, może go zdobyć na innej uczelni niż licencjat. I może studiować, gdzie chce – w Londynie, Paryżu, Barcelonie.
– I to jest jedyna korzyść tego systemu. Oprócz tego wprowadził bałagan i zamieszanie. By się do niego dostosować, musieliśmy zrezygnować z naszych dotychczasowych osiągnięć dydaktycznych. Musieliśmy zmieniać przedmioty i seminaria. To eksperyment na żywym ciele – mówi „Rz” prof. Grażyna Skąpska, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W Polsce zmiany wprowadziły na razie uniwersytety (choć z wyłączeniem m.in. prawa, psychologii, medycyny). Do rewolucji szykują się politechniki. – Zrobimy wszystko, by studenci nie odczuli tych zmian w sposób negatywny – mówi „Rz” Bartosz Dembiński, rzecznik AGH w Krakowie.
Zmian nie chcą jednak studenci wielu zachodnich uczelni. W marcu 2009 r. studenci w hiszpańskiej Sewilli i Barcelonie przez ponad dwa tygodnie okupowali budynek rektoratu i większość wydziałów, po czym zostali usunięci siłą. Podczas interwencji policji wiele osób zostało rannych.
– Tłukli na oślep. Nawet przechodniów. Pamiętam, że pobili matkę, która szła z kilkuletnią dziewczynką – wspomina Albert Beltran, fotograf, którego zdjęcie z zakrwawioną twarzą obiegło całą hiszpańską prasę.
[srodtytul]Poszukiwanie sponsora[/srodtytul]
Młodzi Hiszpanie ostrzegali przed utratą niezależności uniwersytetów. Krytykowali zmianę sposobu ich finansowania.
– Nie jesteśmy szaleńcami. Zdajemy sobie sprawę, że proces boloński ma swoje dobre strony. Otwiera nam wszystkim drzwi, wyrównuje szanse i daje możliwości, których prawdopodobnie nie mielibyśmy wcześniej. Jednak za jaką cenę? Jeśli uniwersytet sam musi walczyć o pieniądze, musi szukać sponsorów, to znaczy, że traci niezależność – mówi „Rz” Inigo Carbonell, student czwartego roku filozofii na uniwersytecie w Barcelonie. Boi się, że biznesmeni powiedzą: „Damy pieniądze, ale usuńcie nierentowne wydziały”.
Studenci protestowali też we Włoszech, Grecji, Niemczech. – Nie podoba nam się, że uniwersytety stają się towarem. Poprzez wprowadzenie porównywalności promuje się konkurencję – mówi „Rz” Nicolas Görtz, sekretarz generalny FEF (belgijskiej federacji studentów francuskojęzycznych).
Eksperci studzą nastroje. – Protesty odbywają się pod hasłem procesu bolońskiego, ale często przyczyna jest inna. Chodzi np. o finansowanie szkolnictwa wyższego, o czym decyduje państwo bez wytycznych zawartych w procesie bolońskim – uważa David Crosier, ekspert w Eurydice, europejskiej sieci informacji o edukacji.
Podzieleni są też studenci. – W procesie bolońskim nie znajduję niczego, przeciwko czemu studenci mogliby protestować. On nie ma wymiaru socjalnego. Ale na poziomie poszczególnych krajów mamy do czynienia z wprowadzaniem go a la carte. Niektóre rządy celowo mieszają proces ze swoją agendą polityczną, jak prywatyzacja uczelni czy wprowadzenie opłat za naukę – mówi nam Ligia Deca, szefowa Europejskiej Unii Studentów.
[ramka]
[b]prof. Ewa Chmielecka - przewodnicząca polskiego zespołu ekspertów bolońskich[/b]
Dobrze się stało, że proces boloński został wprowadzony w życie. Potwierdzam to bardzo zdecydowanie. Uważam, że to jedna z najlepszych strategii, jakie Europie udało się stworzyć i wdrożyć. Po pierwszych dziesięciu latach można powiedzieć, że odnieśliśmy sukces. Zgodnie z intencją procesu podnieśliśmy konkurencyjność europejskich uczelni wobec szkolnictwa wyższego w USA. Chodziło wszak o to, by Europa mogła lepiej konkurować z resztą świata. I tak się dzieje. Uważam, że największą korzyścią procesu bolońskiego jest otwarcie systemów krajowych – wzrost mobilności, współpracy pomiędzy uczelniami, lepsze dostosowanie wykształcenia do rynku pracy. Jest dobrze postrzegane, jeśli młody człowiek jest przedsiębiorczy, mobilny i dał sobie radę nie tylko na macierzystej uczelni. Na studia magisterskie w SGH przychodzą studiować zarządzanie absolwenci socjologii, politologii, elektroniki, matematyki. Inżynierowie chcą mieć także magisterium z zarządzania. To bardzo użyteczne. Dlaczego studenci protestują? Przypuszczam, że raczej przeciwko złemu wdrożeniu procesu bolońskiego. Jeśli studia źle się zaprojektuje, mogą być dokuczliwe. A jeśli dobrze – mają wiele zalet. Zrozumienie korzyści procesu kształtuje się powoli.
—not. k.z.[/ramka]
[ramka]
[b]Daniel Maier - działacz kampanii „Bolonia płonie”, student germanistyki z Wiednia[/b]
Proces boloński miał zwiększyć nasze możliwości studiowania na innych uniwersytetach, a jest jeszcze gorzej. Procedury są długie i skomplikowane. Bardzo trudno nam jest zmienić uczelnię na terytorium Austrii, co dopiero mówić o studiowaniu za granicą. Nie podoba nam się wprowadzenie trzyletnich studiów licencjackich, które porównujemy do uniwersytetu McDonalda, czyli chodzi o to, by uczyć szybko, tanio i niekoniecznie dobrze. Po licencjacie studenci nie mają wykształcenia, nie są wykwalifikowanymi specjalistami. Można powiedzieć, że w praktyce oznacza to obywateli drugiej kategorii. Osoby z licencjatem nie liczą się na rynku pracy. Nikt nie chce ich zatrudniać. Owszem, możemy zdawać na studia magisterskie, ale na wielu kierunkach brakuje miejsc. Mamy ograniczone możliwości i nie wszyscy się na nie dostają. Poza tym nie podoba nam się narzucony program studiów. Uniwersytet powinien uczyć swobody myślenia, wolnych wyborów. To zostało nam zabrane. Chcemy, by traktowano nas poważnie i by nasze studia były poważne. By nie było żadnych ograniczeń. Dziś w Austrii obowiązuje limit przyjęć na studia. Ja sam studiuję jeszcze w starym systemie, więc można uznać, że nie mam osobistego interesu, by protestować. Robię to, myśląc o innych.
—not. k.z.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA