fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Studenci podnoszą alarm

Protest studentów przed Uniwersytetem Warszawskim
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Kilkuset żaków protestowało przeciw rządowym planom wprowadzenia opłat za drugi kierunek studiów
Krzysztof Adamczyk, student skandynawistyki na Uniwersytecie Gdańskim chciałby rozpocząć naukę na drugim kierunku. W przyszłym roku może go to słono kosztować, bo założenia do reformy szkolnictwa wyższego zakładają wprowadzenie opłat za dodatkowe fakultety już w przyszłym roku akademickim (z jednoczesną gwarancją bezpłatnych miejsc dla 10 procent najlepszych studentów). - Z wielu rzeczy będę musiał zrezygnować - martwi się Adamczyk.
W trosce o portfele - własne i rodziców - studenci z dziesięciu miast akademickich protestowali przeciw polityce minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbary Kudryckiej. W sumie na uczelnianych placach i przy uniwersyteckich gmachach m.in. w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Białymstoku pikietowało w sumie kilkaset osób.
W Białymstoku studenci przynieśli ze sobą gwizdki, trąbki, a nawet garnki, którymi o godz. 11.55 hałasowali podnosząc "Alarm dla edukacji". W Lublinie do grupy studentów dołączył dr Tomasz Kitliński z UMCS. - Uniwersytety przemieniają się na wyższe zawodówki. Zamiast uczyć wszechstronnie, dogłębnie, a przede wszystkim bezpłatnie, każą płacić drugi kierunek i dodatkowe przedmioty - mówił Kitliński. Jego zdaniem za kilka lat na studia w Polsce stać będzie tylko najbogatszych.
Protest organizowało Demokratyczne Zrzeszenie Studentów nowa, działająca od połowy października, organizacja studencka. Jej przedstawiciele liczą, że wokół inicjatywy skupi się też rzesza studentów, którym już dziś brakuje pieniędzy na naukę. Takich jak Michał Misiek, student Uniwersytetu Łódzkiego. Dochód na osobę w jego rodzinie to ok. 500 zł, dlatego zarówno on jak i jego brat - również student - otrzymują po 100 zł stypendium socjalnego. – Z których 60 zł wydajemy na bilety miesięczne, aby dojechać ze Zgierza – opowiada Michał, który ma ograniczone możliwości na zatrudnienie. – Studiuje dzienne, więc mogę dorobić wyłącznie w weekendy - dodaje.
Ministerstwo krytycznie podchodzi do studenckich protestów. - Sprowadzanie problemów szkolnictwa wyższego do poziomu gwizdków na ulicy nie służy rzetelnej debacie na ten temat - mówi Bartosz Loba, rzecznik prasowy resortu. Dodaje, że trwające półtora roku konsultacje społeczne w sprawie planowanej reformy były otwarte na propozycje studentów.
Jednak według Wojciecha Kobylińskiego, sekretarza krajowego DZS obecnie działające organizacje studenckie nie są skuteczne w walce o prawa i przywileje swojego środowiska. - Nie robią nic, by w Polsce studiowało się lepiej, a czasem nawet pokornie przyklepują krzywdzące dla nas inicjatywy ustawodawcze. Ich działalność sprowadza się do organizowania imprez i konkurowania kto załatwi tańsze piwo - mówi "Rz" Kobyliński.
- To absurdalne oskarżenia - twierdzi Piotr Wiaderny, przewodniczący Niezależnego Zrzeszenia Studentów - jednej z największych organizacji studenckich w kraju. - Nasza działalność opiera się na przedstawianiu konstruktywnych propozycji i merytorycznej dyskusji. Nie zamierzamy organizować pikiet i wychodzić na ulice, bo awanturnictwo nie jest metodą poprawę jakości studiowania w Polsce - dodaje.
Bartłomiej Banaszak, przewodniczący Parlamentu Studentów RP przestrzega przed nazywaniem większości pomysłów minister Kudryckiej "antystudenckimi". - Wiele z proponowanych zmian - np. zawieranie umów z uczelnią, dzięki czemu warunki nauki nie zmienią się w trakcje studiów - działa na korzyść studentów, wzmacnia ich relacje z uczelnią - tłumaczy Banaszak. Według niego pojawienie się DZS-u może przynieść korzystne efekty. - Choćby dlatego, że mobilizuje inne już istniejące organizacje do aktywniejszej pracy na rzecz studentów - uważa Banaszak. Ale przestrzega: - Ideologia nie może być ważniejsza od realnego działania.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA