fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Wystarczy mało żreć

Joanna Bojańczyk, dziennikarka i felietonistka "Rz"
Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
Newsweek zamieścił ciekawy ranking telewizyjnych kucharzy. Obejrzano, zanalizowano i zrankingowano osiem kulinarnych telewizyjnych show. Zawsze zastanawiało mnie, kto ogląda te programy i czy robi się to w celach praktycznych, czyli w celu ugotowania tego, co pokazali kucharze, czy też spektakle nad fajerką pełnią funkcję zastępczą: ponieważ nie mając czasu na gotowanie w domu, chociaż sobie pooglądamy jak i co można by zrobić na obiad.
[b][link=http://blog.rp.pl/bojanczyk/]Felieton Joanny Bojańczyk możesz teraz skomentować na jej blogu. Zobacz o czym jeszcze pisze na nim dziennikarka: blog.rp.pl/bojanczyk/[/link][/b]
Jonathan Gold, amerykański recenzent kulinarny, który otrzymał nagrodę Pulitzera, powiedział, że rosnąca liczba książek kucharskich oraz kulinarnych programów telewizyjnych odpowiada temu, czym dla erotyki jest pornografia. Jak ktoś nie może w realu, to się chociaż pocieszy namiastką. Myślę, że dobitnie, ale trafnie to ujął. Kiedy wchodzę do Empiku kupić prawdziwą książkę, pierwsze na co wpadam, jest dział książek kucharskich (bestsellery i poradniki jak odnieść sukces w tydzień idą zaraz po tym). Nie ma dzisiaj gwiazdy która nie napisałaby jeszcze własnej.
Z rankingu Newsweeka wynika również co innego. Polska kuchnia została przez czwórkę naukowców totalnie zmiażdżona. Masło, śmietana, smalec, wieprzowina, nawet wołowina zabijają, jeśli nie na miejscu, to po krótkim czasie stosowania. To oczywiście nic nowego, od paru lat naukowcy wbijają nam do głowy, że powinniśmy jeść wyłącznie gotowane ryby, sałatę, brokuły i oliwę z oliwek. Uwielbiam kuchnię włoską, jestem fanką paelli i smakuje mi sandacz na parze w sosie kaparowym. Ale jak większość rodaków - dorastających w czasach, kiedy o sałatce caprese nikt nie słyszał - wychowałam się na sznyclach cielęcych smażonych na maśle, buraczkach z zasmażką i zupach ze śmietaną. I przeżyłam. Pokolenia Polaków przez wieki nie miały dostępu do soli z Dover i oliwy z ekologicznych upraw w Toskanii. Pamiętam, że kiedy w połowie lat 80., w delikatesach na Marszałkowskiej pojawiły się brokuły, stojąca tam długa kolejka pytała, co to takiego jest.
Dzisiaj dowiadujemy się, że to wszystko, co jedliśmy przez wieki jest be. Słuchamy jedynie słusznych teorii naukowców, którzy zmieniają zdanie raz na dwa lata. Jajka raz są dobre, raz złe, wino w jednym roku leczy wszystko, w innym podstępnie zabija. Komu wierzyć? Według aktualnie obowiązującego dogmatu Polacy maja przewekslować się całkowicie na kuchnie śródziemnomorską, która zapewni życie wieczne. Ale której wszystkie składniki: oliwę, ryby i owoce morza trzeba przywozić z daleka. Dogmat ten pozostaje w sprzeczności z innym, równie popularnym: ze mianowicie należy odżywiać się tylko tym, co rośnie niedaleko, bo tylko to jest przyswajalne i świeże.
Jestem rozdarta miedzy caprese i kapustą. Nie wiem, czy w ogóle wolno mi wyrażać taką wątpliwość, przecież eksperci naukowi jednoznacznie potępili nasze przyzwyczajenia. Pocieszam się, że Anglikom też się dostało, a najbardziej oberwała Nigella Lawson, która używa - o zgrozo! - śmietany i masła.
Pocieszam się również tym, że większość tych jedynie słusznych teorii żywieniowych wychodzi z kraju, gdzie jada się fatalnie i gdzie jest największy odsetek grubasów na świecie. Więc może nie należy się ekspertyzami tak bardzo przejmować. I słuchać najmądrzejszej, najprostszej diety, która mówi po prostu: mało żryj.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA