fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mniejszości

Nie likwidujmy szkół przy polskich ambasadach

Maciej Płażyński
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
W Atenach protestują Polacy, rodzice uczniów polskiego liceum. Nie chcą się zgodzić na likwidację ich szkoły. Można by powiedzieć, że nic szczególnego.
Co roku mamy w Polsce kilka takich sytuacji. Jednak tej warto przyjrzeć się bliżej, bo dotyczy szkoły polskiej za granicą i jest dobrym pretekstem do szerszej dyskusji o obowiązkach państwa w stosunku do własnych obywateli przebywających czasowo za granicą. A to już problem kilku milionów z nas.
Szkoła w Atenach powstała w 1997 r. z przekształcenia placówki założonej przez jezuitów i polskich emigrantów w szkołę prowadzoną przez polskie Ministerstwo Edukacji Narodowej. Obecnie uczy się w niej ponad półtora tysiąca uczniów z programem takim jak w Polsce. Co ważne, stanowi ona centrum polskiego życia i jest w pełni placówką edukacyjną i wychowawczą. Będąc w ostatnim czasie w Atenach, pytałem rodziców, dlaczego wysyłają dzieci do polskiej szkoły, a nie do greckiej. Odpowiedzi były jednoznaczne: bo jest lepsza od greckiej, bo uczy po polsku, a oni chcą, aby ich dzieci wróciły do Polski. Dobrą opinię o szkole mają też greckie władze. Wydawałoby się, że szkoła powinna się cieszyć wielkim poparciem polskich władz edukacyjnych. Przecież ciągle do naszych emigrantów apelujemy: „wracajcie do Polski”. Tymczasem sytuacja jest odmienna. Głównym zarzutem polskich władz jest, że szkoła za mało skutecznie pomaga w asymilacji Polaków w społeczeństwie greckim. Rozumiem aspekt ekonomiczny, jest to szkoła droższa niż szkoły w Polsce, ale rodzice zgadzają się na udział w opłacaniu kosztów. Za mało jest lekcji języka greckiego, to można zatrudnić dodatkowo nauczyciela. Ale nie rozumiem, dlaczego MEN naciska, aby uczyć się po grecku, a nie po polsku.
MEN przygotowuje reformę oświaty zagranicznej polegającą, najkrócej mówiąc, na likwidowaniu tzw. szkół przy ambasadach (w tej formule działa szkoła w Atenach) i założeniu w ich miejsce szkół społecznych wspieranych przez państwo. Można dyskutować, czy warto, a jeśli już, to jak pomóc w przekształceniach. Zaczęto jednak od groźby likwidacji. Nie dziwi mnie więc, że „burzą” się rodzice w Atenach, Paryżu, Brukseli, Chicago, Berlinie i wielu innych miastach. Przyznaję, że jestem po ich stronie. Dlatego, że po pierwsze – są to szkoły dla emigracji bardzo potrzebne, protesty też o tym świadczą. Po drugie – trudno o skuteczniejszą formę pomocy władz polskich dla emigracji niż wspieranie szkoły na obczyźnie. Mają prawo jej oczekiwać chociażby za miliardy euro, które przekazują do kraju.
W różnych kampaniach wyborczych padają deklaracje o wsparciu dla liczącej od 1 mln do 2 mln Polaków nowej emigracji. Rząd przedstawił specjalny, niestety papierowy, program „Powroty”. Przy okazji szkolnych protestów warto więc zadać sobie pytanie, jakie są podstawowe zobowiązania władz polskich wobec Polaków za granicą. Na pewno nie będziemy szukać im pracy, to ich ryzyko. Nie będziemy przekazywać świadczeń socjalnych – mogą korzystać ze świadczeń państw, w których mieszkają, jako obywatele Unii. Powinniśmy im zapewnić dobrą opiekę konsularną i ona w ostatnich latach zdecydowanie się poprawiła. Powinniśmy też zapewnić polską edukację dla ich dzieci i z tym mamy wielki problem.
Liczba uczniów szybko rośnie (od 2004 roku podwoiła się), a przecież dajemy szansę na naukę niewielkiej części chętnych. Ten pęd do polskiej szkoły powinien być powodem do radości, najlepiej przecież świadczy o patriotyzmie i chęciach utrzymywania kontaktu z ojczyzną czy też powrotu do niej. Nikt nie wysyła dzieci do polskiej szkoły, jeśli mu bardzo na Polsce nie zależy.
Z przyczyn ekonomicznych – dla bieżących budżetowych oszczędności, i z przyczyn ideowych – naciskiem na zdolność asymilacji , pomysły MEN idą w odwrotną stronę. Nie trzeba być nauczycielem, by wiedzieć, że uczenie korespondencyjne czy przez Internet nie zastąpi polskiej szkoły – szkoły, która na obczyźnie jeszcze bardziej niż na polskiej wsi jest centrum polskiego życia, placówką edukacyjną, wychowawczą i patriotyczną.
Wielki upływ polskiej krwi w latach 80. i po roku 2004 jest narastającą barierą naszego rozwoju, dużo trudniejszą od braku wspólnej waluty. Dziś Polska to kraj o najniższym przyroście naturalnym w Europie. Za kilkanaście lat będziemy krajem starych ludzi, takim jak Niemcy, ale bez ich bogactwa. Rocznie rodzi się w krajach Unii Europejskiej kilkadziesiąt tysięcy naszych obywateli, dużo więcej jest w wieku szkolnym. Nieinteresowanie się nimi to marnotrawstwo niezwykłego kapitału. Polska pozbywając się setek tysięcy obywateli, którzy pracują za granicą, nie może uważać, że pozbyła się odpowiedzialności za realizację obowiązku szkolnego ich dzieci w polskiej szkole. Polska oświata za granicą to długotrwała inwestycja. W tym roku potrzeba 6 milionów złotych, by nie ograniczać istniejącej sieci szkół. To niewiele i musi się znaleźć. Ale szkoły wymagają dużo większego systemowego wsparcia. Mimo budżetowego kryzysu czas w tej sprawie na publiczną debatę i polityczne decyzje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA