fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Dantonów dwóch

"Sprawa Dantona" we wrocławskim Teatrze Polskim; reż. Jan Klata; 27.03.2008
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Jan Bończa-Szabłowski
Dzięki spektaklom Jana Klaty i Pawła Łysaka dramat Stanisławy Przybyszewskiej „Sprawa Dantona” po wielu latach znów stał się głośny. Na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych twórcy dwóch bardzo różnych inscenizacji zaprezentowali utwór jako dramat ludzi wciągniętych w tryby wielkiej historii.
Łysak od początku dyrekcji Teatru Polskiego w Bydgoszczy przy niemal każdej premierze stara się włączać publiczność w działania teatralne. Taką taktykę zastosował też w przypadku „Sprawy Dantona”. Widzowie już przy wejściu na przedstawienie agitowani są na rzecz tytułowego bohatera. Częstowani winem, kiełbaskami, chlebem. Mają Dantona, granego przez Mateusza Łasowskiego, niemal na wyciągnięcie ręki. Mogą obserwować jego bezpruderyjny tryb życia, miłosne podboje.
Robespierre Michała Czachora działa w innej przestrzeni. Białej, sterylnej, oddalonej kilkanaście metrów od widzów. W pierwszej scenie widzimy go na ekranie jak człowieka z innego świata. Z minuty na minutę staje się coraz bardziej groźnym i cynicznym fanatykiem, u którego widać wyraźnie pogardę dla tłumu. Mamy więc dwóch bohaterów, spośród których żaden nie wzbudza sympatii. Danton jest zapitym hulaką i narcyzem, a Robespierre — bezwzględnym sadystą. W dużym uproszczeniu można więc przyznać, że obaj są siebie warci.
Inaczej jest u Jana Klaty. Tu Danton w znakomitej interpretacji Wiesława Cichego szybko zjednuje sobie sympatię widzów. Jest trybunem ludowym z politycznym instynktem. Jest jak brat łata, gdy trzeba w każdej chwili chętny do wypitki i do wybitki. Łatwo wciąga do swej gry. W jednej ze scen jak koncertmistrz dyryguje publicznością. Na początku trudno odmówić sympatii Robespierre'owi Marcina Czarnika. Daleko mu bowiem do przebiegłego i bezwzględnego fanatyka. Sam mówi, że przypomina przekwitłego dmuchawca. Gdy widzimy go w wannie niczym Jeana Paula Marata przekonujemy się, że jest pozerem poszukującej osobowości. Taką siłę — jak twierdzi grono jego głupich doradców — ma dać mu pokonanie Dantona.
Paweł Łysak, w przeciwieństwie do Jana Klaty wymaga, by publiczność podzieliła się na zwolenników Dantona, czy Robespierre'a i zajęła odpowiednie miejsca na sali podczas procesu sądowego. Klata opowiadając całą historię bawi się konwencjami teatralnymi. Pełnoprawnymi uczestnikami spektaklu staje się muzyka, czasem użyta dość przekornie. „Etiuda Rewolucyjna” Chopina ma porywać lud na barykady, ale też mówić o temperaturze uczuć miłosnych Dantona do żony. O tym, że wrocławska inscenizacja unika patosu świadczy też proces tytułowego bohatera. Oskarżony nie przyjmuje w nim pozycji cierpiętnika. Jego odpowiedzią na spreparowane zarzuty sędziego jest słynny przebój zespołu Culture Club „Do You Really Want to Hurt Me” („Czy naprawdę chcesz mnie zranić”). By budzić powszechną grozę siepacze Robespierre'a wyposażeni są w elektryczne piły.
Aktorsko inscenizacja Łysaka skupia się głównie na obu antagonistach. Pozostali są właściwie tłem. U Klaty zaś jest sporo aktorskich perełek. Poza głównymi bohaterami także niema Eleonora (Marianna) Kingi Preis, czy bezwolny Desmoulins Bartosza Porczyka.
Groźny w swej wymowie spektakl Pawła Łysaka i bardziej błyskotliwy — Jana Klaty udowodniły, że sztuka Przybyszewskiej wciąż inspiruje. I mimo zasadniczych różnic trudno rozpatrywać ją w oderwaniu od naszej rzeczywistości.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA