fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Żwawy Maceo i duch Jamesa

Maceo Parker obiecywał wczoraj w Sali Kongresowej „dwa procent jazzu w funku”, zabrakło mu jednak niezbędnej ekspresji
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Amerykański saksofonista Maceo Parker nie znalazł recepty na dobrą zabawę, choć sięgnął po najlepsze wzory
Występ w ramach Ery Jazzu zaskoczył samego artystę. – Chyba jesteśmy nieodpowiednim zespołem, bo nie gramy jazzu – powiedział na powitanie spoglądając na wielki napis z nazwą cyklu koncertów. – Gramy dwa procent jazzu, a 98 procent funku – podkreślił i puścił w ruch swoją maszynę pulsującego rytmu, który miał poderwać słuchaczy z czerwonych foteli Sali Kongresowej.
Ale jeśli nie udało się tego zrobić takim utworem jak „Make It Funk”, to małe były szanse na tańce między rzędami w dalszej części koncertu. Bo Sala Kongresowa zachęca bardziej do kontemplacji muzyki niż do tańca. Nic w tym złego, można się było za to wsłuchać, na czym polega różnica między muzyką Maceo Parkera a show, jaki robił mistrz James Brown. Maceo terminował u niego, więc wydaje się, że wystarczyłoby skopiować kilka patentów na dobrą zabawę. A jednak nikomu jeszcze nie udało się dorównać Jamesowi.
Przede wszystkim Parker nie miał odpowiedniego zespołu. Do grania funku potrzeba muzyków niezwykle ekspresyjnych. A puzoniście, trębaczowi i klawiaturzyście bliżej było do jazzowych, wirtuozerskich solówek. Zawiódł nieśmiały chórek, słabo była nagłośniona perkusja, która razem z gitarą basową powinna być motorem całego zespołu. Tylko basówka Rodneya Curtisa trzymała funkowy fason. Bez niej Maceo Parker przepadłby z kretesem.
Były też ciekawe momenty, szczególnie w rozwleczonym zanadto „To Be or Not to Be… Funky”. Monolog Hamleta wyrecytowany przez damę, która jest zapewne menedżerką artysty, wzbudził skromny aplauz. Świetny był natomiast duet saksofonu Maceo Parkera z perkusją Jamala Thomasa. I byłby to najlepszy utwór koncertu, gdyby nie przydługi monolog lidera. Właśnie, żeby zająć publiczność takimi historiami, trzeba mieć charyzmę Jamesa Browna. Jego duch zapewne unosił się nad sceną, ale żadnych rad swemu pupilowi udzielić już nie mógł.
Gdy wydawało się, że nic nie rozbudzi słuchaczy, Parker zaintonował na bis skoczny temat, publiczność wstała z miejsc i zaczęła się zabawa w funkowym stylu. I wtedy dopiero można było żałować, że tak nie było od początku.
Następny koncert Ery Jazzu – kanadyjskiej wokalistki Holly Cole – 18 maja będzie już na pewno tylko do słuchania.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA