fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

O co biega gazetom

Gdyby nie Hanna Lis, trudno byłoby się domyśleć po spojrzeniu na pierwsze strony gazet, że odnoszą się wszystkie do tego samego świata w tym samym dniu. Korzyści poznawczych z materiałów o wyrzuceniu prezenterki poza tym nie ma wcale, nawet wielkość powierzchni przeznaczonej na tę niby-wiadomość w poszczególnych dziennikach jest całkowicie przewidywalna.
Poza tym pełna dowolność. „Wyborcza“ straszy, że afgańscy talibowie mają nowe pukawki przeciw śmigłowcom, co prawda nie tak dobre jak legendarne stingery, które (jeśli wierzyć tekstowi) przegoniły Armię Czerwoną 30 lat temu, ale też mogą zagrozić. „Dziennik“ daje nadzieję na „Odwilż na Kremlu“, co okazuje się zapowiedzią cyklu reportaży „Listy z Rosji“. W zeszłym roku ta sama gazeta wysłała Cezarego Michalskiego do Ameryki, żeby udawał de Tocqueville’a, teraz Paweł Reszka sprzedawany jest jak nowy markiz de Custine, tak jakby jego własny warsztat i wyrobione oko nie wystarczały, by zachęcić do czytania tego, co przyśle z Rosji (a sądząc po pierwszym odcinku, warto).
Czy o ten sam świat chodzi, można również zwątpić przeskakując na piąte strony „Dziennika“ i „Wyborczej“, gdzie czytamy odpowiednio: „UJ nakłada sobie kaganiec“, „Historycy przeciw Zyzakowi“. Z dłuższego dziennikowego tekstu dowiadujemy się, że rada wydziału historii postanowiła tematykę przyszłych prac magisterskich dostosować do możliwości intelektualnych studentów, co zostało ocenione jako dyskretny sygnał dla młodszych adeptów, żeby łapy trzymali przy sobie. Ta sama rada wydziału „skrytykowała książkę Zyzaka“, twierdzi „Wyborcza“ i cytuje na tę okoliczność prof. Stanisława Waltosia z UJ.
Waltoś to znamienity prawnik, a nie historyk, a w dodatku od 7 jest lat na emeryturze, więc w tym posiedzeniu brać udziału nie mógł – ale któż by się tym przejmował, ważne że profesor UJ. Bardziej uwiera to, że przy najlepszych chęciach trudno jest znaleźć w uchwale krytykę, raczej zręczne umycie rąk: „Niezbywalnym prawem każdego autora jest swoboda wypowiedzi, za którą ponosi on wyłączną odpowiedzialność zgodnie z obowiązującym prawem i przyjętymi normami zachowań społecznych. Rada Wydziału nie jest powołana do formułowania odrębnych ocen w tym zakresie”. A w ogóle w tym wypadku dziennikarze (zwłaszcza tacy, jak autorzy notki) nie są potrzebni, wystarczy samodzielnie [link=http://www.aktualnosci.uj.edu.pl/index.php/rzecznik/pokaz/id/89" "target=_blank]przeczytać u źródła krótki, oględny dokument[/link].
Że dziennikarskiego warsztatu można jednak dobrze użyć w tej samej sprawie przekonamy się dzięki „Polsce“, która drukuje świadectwo Jerzego Surdykowskiego. Bywał wspominany już mnóstwo razy w kontekście awantury o „historię oralną Ziemi Dobrzyńskiej“, jako ten, który pierwszy w 1980 roku przejechał się w rodzinne strony Wałęsy i ciągał ludzi za języki. Wreszcie ktoś wpadł na to, żeby dać mu publicznie skonfrontować własne doświadczenia z tym, co u Zyzaka można wyczytać. Niecierpliwym zdradzę, że żadnego sikania i bękartów Surdykowski nie wytropił i dezawuuje całość „czarnej legendy“ zebranej w tej książce, cierpliwym radzę przeczytanie „Uciążliwego męża stanu“ bo to normalna dyskusja o błędach i słabościach książki a nie kolejna „bitwa o prawdę“.
Mam problem, być może typowo sobotni z dziennikowym „Magazynem“. Otwierają go dwa teksty-diagnozy stanu życia politycznego popełnione przez Michała Karnowskiego i Piotra Zarembę. Obowiązek każe doczytać i odnieść się do szeroko zakrojonego szkicu Karnowskiego o „wojnie o duszę Platformy“, w której to wojnie chodzi o „zakres wolności w życiu publicznym“ i o to, mówiąc po ludzku, na ile Tusk ześlizgnie się w stronę „Polski Michnika“.
Ale i tak wzrok ucieka bez przerwy na kolumnę obok, gdzie Zaremba zajmuje się 20 latami picia polskich polityków. Pod pozorem kolekcji pijackich anegdotek z pałaców władzy, znajdziemy coś znacznie ważniejszego. Zdanie „'Kolejka' w parlamentarnych kontaktach załatwia coraz mniej“ brzmi groźniej od uczonych analiz upadku kultury debaty i polityki jako pracy na rzecz wspólnego dobra. „Odporność na alkohol jawi mi się czasem jako jedna z ważniejszych predyspozycji ludzi zajmujących się polityką“ – to oczywiste, a kto w takim razie ma mocniejszy łeb? To znacznie ważniejsze od kwestii, kto jakie wina woli... premier ponoć nie uznaje białych, co wydaje się rozsądne, dopóki grozi mu degustacja napojów, jakimi jeden z jego posłów wyrobił sobie wdzięczną pamięć na rynku sikaczy.
O żadnym piciu mowy za to nie ma jeśli ktoś woli świat według „Wyborczej“. Jej redaktorzy są bezlitośni w trosce o społeczeństwo: albo odchudzanie, albo biegi. Jak ktoś lubi maszerować zwartym szykiem do szczęścia i zdrowia, to niech się rejestruje i głodzi. Łączna waga awangardy dietetycznej, która zapisała się do akcji to na razie 673 tony a dzielni ochotnicy z Agory pozbyli się 72 kilo. Zanim ktoś się zapyta, co takie bzdety robią na pełnej rozkładówce poważnej gazety, niech rzuci okiem na dół strony. Produkty dietetyczne, pastylki przeczyszczające, link do wielkiej sieci siłowni... ot, akurat takie się reklamy wydrukowały. Przypadek? W każdym razie budżet na pewno wzbogacił się o parędziesiąt kilo-złotych.
Bieganie jest za to bezinteresowne, w imię wyższych racji – wyzwolenia kobiet. Widać prowadzona niedawno akcja nawracania facetów „Męska muzyka“ nie przyniosła efektów, kobiety więc muszą od nich wiać. Wydawać by się mogło, że do przebieżki wystarczą dwie nogi i para jako-takich butów – ale nie, żeby bieg był słuszny, trzeba metodycznie ustalić „O co biega kobietom“, co „Wyborczej“ udało się na jednej stronie. „Gdy trzeci raz zaliczyłam 20 km, endorfiny zalały mi mózg“… Jako zwolennik pobudzania endorfin raczej we dwoje nie zrozumiem po co ganiać – ale przecież jasno jest napisane: „Większość z nas ma zakodowane, że trzeba żyć dla innych, a bieganie to coś dla siebie“.
Było już o Hannie Lis, niech i na koniec znów zaszumi nam wielkim światem. W krwistym wywiadzie Mazurka w „Dzienniku“ Andrzej Żuławski zajmuje się swoją kupą (ergo filmami), krytykami, Teresą Rosati („handlara“) i tak dalej, w przewidywalnej konwencji. Pod koniec robi się jednak ciekawie. Reżyser wspomina o swojej licznej „familii“ czyli rodzinie ojca solidnie rozlokowanej w kulturalnej warszawce powojennych lat. „A dlaczego ja w wieku 19 lat zostałem asystentem Wajdy? Przecież nie z ulicy“. Celne i szczere. Zwłaszcza kiedy rozmowa schodzi na reżyserską karierę syna Xawerego...
[ramka][link=http://blog.rp.pl/pawelbravo/2009/04/25/o-co-biega-gazetom/]Skomentuj[/link][/ramka]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA