fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Morze, nasze morze...

Defilada marynarzy z okazji Dni Morza, czerwiec 1939 r.
Archiwum „Mówią Wieki
">red.
Ponad nadmorską, 50-metrową wysoczyzną unoszą się kłęby czarnego dymu. Płoną koszary, magazyny i warsztaty. Pośród ruin, w prowizorycznych okopach bronią się rozbite oddziały. Resztki żołnierzy tworzą naprędce linię obrony. W zabudowania wdarła się już piechota napastnika. Ostatnie reduty obrońców milkną. Nazwa Kępa Oksywska wywodzi się podobno z języka wikingów. Wieczorem, 19 września 1939 roku, na wzniesieniu panują zdobywcy w mundurach feldgrau. Ostatni poza Półwyspem Helskim polski punkt oporu na Wybrzeżu padł...
Przebieg granicy na Pomorzu Gdańskim dobitnie pokazywał trudności, przed jakimi stanęła Polska w obliczu wojny obronnej 1939 roku. Wąski pas polskiego terytorium od wschodu ograniczała Zatoka Gdańska, a od zachodu niemiecka część Pomorza. Bardziej na południe korytarz pomorski sąsiadował z niemieckimi Prusami Wschodnimi, a w środek wcinało się terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Brakowało też naturalnych przeszkód terenowych, obrońcy mogli więc liczyć jedynie na lesiste pagórki i zabudowania.
Nieco lepiej wyglądała sytuacja od strony morza. Półwysep Hel wychodzi w nie głęboko, dając artylerii możliwość ostrzału sporej części Zatoki Gdańskiej i Puckiej oraz statków wchodzących tu z otwartych wód. Sama Zatoka Gdańska jest dosyć płytka, co ogranicza swobodę działania okrętów podwodnych. Niemcy nie posiadali
wystarczających środków desantowych do zdobycia Helu od strony morza. Z kolei opanowanie wąskiego półwyspu od strony lądu wobec silnej obrony było bardzo trudne. Jak się okazało, był to największy atut Polaków w tej batalii.
[srodtytul]Agresorzy[/srodtytul]
Niemcy nie mogli się zabrać do zdobywania polskiego wybrzeża bez odizolowania regionu od reszty Polski. Do ataku na bazy morskie w Gdyni-Oksywiu i na Helu niepotrzebne były wojska pancerne – po przecięciu korytarza pomorskiego miały z Prus Wschodnich pędzić jak najszybciej w głąb Polski, pozostawiając resztę piechocie. Niemiecka marynarka miała wspierać ogniem artyleryjskim siły lądowe, wytrałować rejon Zatoki Gdańskiej i Puckiej oraz niszczyć flotę polską.
Zadanie likwidacji sił polskich na Wybrzeżu wykonywały jednostki Grupy Armii „Północ” dowodzonej przez gen. Fedora von Bocka. Od strony Gdańska atakowała grupa gen.-mjr. Friedricha Eberhardta. Jej trzonem były dwa gdańskie pułki piechoty, dla niepoznaki zwane Landespolizei. Składały się z policjantów gdańskich, bojówkarzy SA lub „turystów” z Rzeszy, niby to przypadkowo spędzających wakacje w Gdańsku. Nie wszyscy żołnierze tej formacji odbyli przeszkolenie wojskowe. Drugim fundamentem grupy Eberhardta była jednostka w sile pułku zwana SS-Heimwehr Danzig. Dużo lepiej wyposażona od Landespolizei, zmotoryzowana i silnie zideologizowana. Jej kadra nie dorównywała jednak wyszkoleniem regularnym oddziałom Wehrmachtu. Oprócz tego Niemcy skoncentrowali w Gdańsku liczne oddziały wsparcia, siły paramilitarne i obrony Wybrzeża. Na pancerniku szkolnym „Schleswig-Holstein” zaokrętowano też elitarną, morsko-desantową 3. Kompanię Szturmową Kriegsmarine, która miała atakować polską składnicę tranzytową na Westerplatte.
Uderzenie z zachodu prowadziło 1. Dowództwo Odcinka Straży Granicznej (Grenzschutz-Abschnitts-Kommando 1) dowodzone przez gen.-płk. Leonharda Kaupischa. Jego rdzeniem była 207. Dywizja Piechoty oraz 32. i 42. Pułk Straży Granicznej. Były to jednostki drugiego rzutu, składające się częściowo z weteranów pierwszej wojny światowej i oficerów rezerwy, gorzej wyszkolone i wyposażone. Dużo lepiej przygotowane były dwa bataliony
z 12. Dywizji Piechoty, które nie zdążyły dotrzeć do Prus Wschodnich. Grupę Kaupischa uzupełniały rozpoznawczy 5. Zapasowy Dywizjon Kawalerii oraz dywizjony artylerii i wsparcia.
Siły morskie gen.-adm. Conrada Albrechta działały niezależnie od wojsk lądowych. Po odejściu trzech polskich niszczycieli do Anglii Niemcy zredukowali swoje siły w tej części Bałtyku. Pozostały jednak dysponujące potężną artylerią pancerniki szkolne „Schlesien” i „Schleswig-Holstein”, a także siedem okrętów podwodnych, dziewięć niszczycieli i kilkadziesiąt mniejszych jednostek.
[srodtytul]Obrońcy[/srodtytul]
Było do przewidzenia, że siły polskie na Wybrzeżu będą działać odcięte od reszty kraju. Miały jak najdłużej bronić portów w Gdyni-Oksywiu i na Helu. Dla floty przygotowano trzy plany. „Pekin” przewidywał odesłanie najnowocześniejszych niszczycieli „Błyskawica”, „Burza” i „Grom” do Wielkiej Brytanii. Nie mogły wiele pomóc wojskom lądowym, za to łatwo mogły być zniszczone na niewielkim akwenie Zatoki Gdańskiej. Jak pokazał czas, była to mądra decyzja, a ocalone okręty dzielnie walczyły z Kriegsmarine na otwartych morzach. Plan „Rurka” zakładał postawienie pola minowego w Zatoce Gdańskiej przez stawiacz min „Gryf” i trałowce. W ramach planu „Worek” okręty podwodne miały niszczyć ewentualne desanty niemieckie na Hel oraz dozorować wyznaczone sektory, zwalczając niemiecką żeglugę na szlaku morskim do Prus Wschodnich.
Całością obrony Wybrzeża dowodził kontradmirał Józef Unrug, odpowiedzialny bezpośrednio przed naczelnym wodzem, marszałkiem Śmigłym-Rydzem. Oprócz floty podlegały mu Morska Obrona Wybrzeża kmdr. Stefana Frankowskiego i Lądowa Obrona Wybrzeża, za którą odpowiadał płk Stanisław Dąbek. Zadaniem MOW była obrona przeciwlotnicza, kierowanie działaniami artylerii morskiej i okrętów minowych. Podlegał jej także Rejon Umocniony Hel kmdr. Steyera (2,5 tys. żołnierzy) – jego podstawa to kilka doborowych kompanii Korpusu Ochrony Pogranicza oraz znakomicie zamaskowana bateria helska im. Heliodora Laskowskiego z czterema działami kalibru 152,4 mm.
15 tys. żołnierzy LOW miało przeciwdziałać niemieckiemu natarciu od strony Gdańska i niemieckiego Pomorza.
1. i 2. Morski Pułk Strzelców były dobrze wyposażone i wyszkolone – powszechnie uważano je za elitarne. Gorzej przedstawiała się sytuacja w złożonych ze starszych roczników kaszubskich Batalionach Obrony Narodowej. Brakowało karabinów maszynowych, często można w nich było spotkać połatane mundury i karabiny z pierwszej wojny światowej. W rejonie Gdyni wystawiono cztery takie bataliony. Na Oksywiu płk Dąbek trzymał w odwodzie kilka batalionów rezerwowych złożonych z marynarzy. Artyleria LOW znacznie ustępowała niemieckiej liczebnością i siłą ognia. Już w czasie walk polskie możliwości nieznacznie poprawił improwizowany pociąg pancerny „Smok Kaszubski”.
Spośród okrętów Marynarki Wojennej w Polsce pozostał niszczyciel „Wicher”, pięć okrętów podwodnych: „Ryś”, „Wilk”, „Żbik”, „Orzeł”, „Sęp”), stawiacz min „Gryf”, sześć trałowców, dwie kanonierki i torpedowiec.
Pierwsze starcia na lądzie1 września o świcie Niemcy zaatakowali. Początek starć lądowych na Wybrzeżu był w miarę pomyślny dla Polaków. Prace z zachodu jednostki Kaupischa i nacierająca ze wschodu grupa Eberhardta starały się jak najszybciej nawiązać łączność. Spotkania tego bardziej wyczekiwali. Chrzest bojowy gdańszczan Eberhardta odbył się nad granicą Polski z Wolnym Miastem Gdańskiem, w dolinie rzeczki Kacza. Tu usadowił się 2. Morski Pułk Strzelców. Jego główną linię obrony stanowiły wzniesienia na północ od Kaczej, a wzgórza południowe pełniły funkcję wysuniętych punktów obserwacyjnych.
Pułki Landespolizei próbowały zająć je z zaskoczenia. O świcie 1 września niespodziewanie pojawia się tu kompania w polskich mundurach. Kpr. Prohorski, dowódca jednej z placówek, kazał otworzyć do niej ogień. Podstęp się Niemcom nie udał, jednak na skutek silnego ognia artyleryjskiego morscy strzelcy muszą się wycofać z południowych wzgórz. Potem jednak podpuszczają rozzuchwalonych napastników do głównej linii obrony, otwierają niszczący ogień zaporowy.
Już pod koniec pierwszego dnia starć siły polskie wprowadzają w życie dewizę płk. Dąbka: „Co nam za dnia wezmą, nocą obierzemy”. Wypad nocą z 1 na 2 września spycha Landespolizei z powrotem na granicę.
2 września należy do Niemców. Działa okrętowe i artyleria z Sopotu masakrują pozycje 2. MPS na północ od Kaczej, Landespolizei zaś wdziera się w zabudowania Orłowa i Kacka. I znów trzeba te pozycje odzyskiwać w nocy, gdy topnieje ogniowa przewaga napastnika. Wypad z 3 na 4 września ma większy niż poprzednio rozmach. Plan zakłada wykonanie wielkiej pętli i zaskakujący atak na siły Landespolizei od południowego zachodu. W nocy leje, więc prowadząca ów okrężny marsz przez kartofliska kompania ppor. Alfonsa Olkiewicza niepostrzeżenie podchodzi pod pozycje nieprzyjaciela. Dopiero w Osowej (dziś to dzielnica Gdańska) niemiecki posterunek wszczyna alarm. Szybko zostaje zniszczony, a reszta żołnierzy ucieka, pozostawiając sprzęt, tabory i rannych. Chaos w niemieckich pozycjach potęguje rajd pociągu pancernego „Smok Kaszubski”. Bezładna strzelanina i przewaga ogniowa Niemców w Osowej nie pozwala jednak morskim strzelcom posunąć się dalej. Co więcej, kompanie, które miały wspierać ten atak od północy, zawodzą. Wyruszają o innych niż ustalone porach, plutony wpadają na siebie w ciemnościach, często kończy się tragiczną strzelaniną. Ten silny, choć nieskoordynowany atak daje Eberhardtowi dużo do myślenia. Od tej pory będzie się zachowywał biernie, licząc na pomoc nadciągającej z zachodu 207. DP.
[srodtytul]Pod Kartuzami i Wejherowem[/srodtytul]
Płk Dąbek kazał przygotować linię obrony od ujścia Piaśnicy i Jeziora Żarnowieckiego na północy poprzez lasy wejherowskie i wsie Sopieszyno, Przetoczyno i Kamień. Tu linia zakręca na wschód i lasami dochodzi do rzeczki Kacza. Dowódca LOW nieprzypadkowo wybrał obronę na obrzeżu lasów – to jedyna przeszkoda terenowa utrudniająca marsz napastnikowi. Przed wojną nie wybudowano tu schronów. Pozostają prowizoryczne ziemianki, doraźne zawalanie duktów leśnych i pola minowe.
Gdy 2. MPS i bataliony rezerwowe skutecznie bronią Gdyni, niemiecka 207. DP przygotowuje się do zasadniczego natarcia od południa i zachodu. Zadanie ma ułatwione, bowiem już 4 września Pomorze zostaje odcięte od reszty kraju. Dywizja posuwa się ostrożnie na północ, zajmuje Kartuzy, skąd wycofuje się IV Batalion Obrony Narodowej. Ten odwrót ma swoją logikę. Ruchy podkomendnych Kaupischa opóźniają pola minowe, zniszczenia i zwały leśne, które kierują go na wąskie i niebezpieczne przesmyki między jeziorami. Niemiecki oficer kpt. Rechlin notuje: „To jest walka z przebiegłym i niewidocznym wrogiem. Tam gdzie niedawno usunięto zaporę minową, po zapadnięciu zmroku pojawia się nowa. Za frontem działają bandy, wykonując niecną robotę i silnie zagrażając łączności i gońcom. Zaledwie położono linię telefoniczną, gdy została uszkodzona. Usuwający uszkodzenia żołnierze biją się nocami w lasach z nieprzyjacielskimi bandami”.
Retoryka dla Wehrmachtu typowa, pokazuje jednak, że pododdziały Straży Granicznej i Obrony Narodowej świetnie opanowały sztukę działań nieregularnych. Szkoda tylko, iż ci sami żołnierze, którzy tak sprawnie likwidują niemieckich łącznościowców i pod nosem piechoty kładą pola minowe, tracą głowę, gdy napotkają własne oddziały. 5 września wycofujący się na północ IV BON zostaje ostrzelany przez pilnujący lasu koło wsi Kamień I BON. Kartuski batalion rozbiega się po lasach, w panikę wpadają konie, gubi się tabor, uszkodzeniu ulegają wozy. Straty w ludziach niby małe, ale rozproszonych żołnierzy trzeba szukać przez cały następny dzień. Dowódca baonu przypłaci to zajście dymisją.
Do 7 września Kaupisch tworzy jednolity front naprzeciwko polskiej obronie. 1. MPS i IV BON starają się jak najsilniej zaszkodzić nadchodzącemu przeciwnikowi. Niektóre zasadzki są bardzo przemyślne. Pododdział saperów podpiłowuje i minuje drzewa wzdłuż szosy z Szemudu do Wejherowa. Po kilku godzinach pojawia się niemiecki zmotoryzowany 207. Dywizjon Rozpoznawczy. Skoordynowana detonacja momentalnie blokuje drogę – pojazdy wpadają na siebie. Wtedy ze skraju lasu odzywa się celny, masakrujący ogień lkm. Duża cześć pojazdów ulega zniszczeniu, a dywizjon na dłuższy czas zostanie wycofany z walki.
W nocy z 7 na 8 września płk Dąbek wyprowadza dwa wypady. Na południu Polacy atakują 374. Pułk z 207. DP, niszcząc duże ilości sprzętu niemieckiego – radia, lekkie armaty, tabory. Wspominający te wycieczki polscy oficerowie często zwracają uwagę na przeciwników uciekających ze stodół w samych kalesonach, porzucających broń. Być może to przesada spowodowana euforią, jednak Niemcy w swych relacjach wyrażają się o Polakach z uznaniem. Szkoda tylko, że po polskiej stronie szwankuje koordynacja działań. Ale trudno, by było inaczej, gdy łączność funkcjonuje tak, jak podczas poprzedniej wojny – rozkazy przewożą gońcy konno lub na rowerach. Powoduje to katastrofalne opóźnienia, kompanie zbierają się mozolnie, zadanie wykonuje więc często 1/3 przewidzianych sił. Niemcy szybko nauczyli się też bronić przed nocnymi wypadami, obficie korzystając z pocisków świetlnych i rac.
[srodtytul]Niemieckie przełamanie[/srodtytul]
8 września jest decydujący dla losów LOW. Skoncentrowany ogień niemieckich haubic kal. 150 i 105 mm niszczy pozycje 1. MPS na skraju lasu na północ od Sopieszyna. Na obezwładnionych obrońców Kaupisch rzuca jeden z najlepszych oddziałów – 2. batalion 48. Pułku Piechoty. Daje o sobie znać dobre wyszkolenie niemieckich piechurów – to, co Anglicy będą nazywali niemiecką jakością ognia. 207. DP wgryza się kilka kilometrów w głąb polskich linii. Na północ od Wejherowa V BON na skutek ucieczki dowódcy jednej z kompanii ustępuje 32. Pułkowi Grenzwache. Widząc, że źle się dzieje, Dąbek każe wycofać oddziały na drugą, umieszczoną już w głębi lasów, linię obrony. Niestety, szef sztabu LOW ppłk Sołodkowski rozkaz ten bezsensownie zmienia i poważnie uszczuplony 1. MPS zamiast odpocząć w lasach, niewidoczny i bezpieczny od sztukasów, przeniesiony zostaje od razu do Redy. 9 września rozzuchwaleni Niemcy wychodzą pod miastem na otwartą przestrzeń i dopiero tutaj dopada ich ogień polskich karabinów maszynowych. Jeden z niemieckich batalionów zostaje zmasakrowany, ale pada cała koncepcja obrony, a na skutek bombardowań i ostrzału trzeba opuścić płonącą Redę. Wykrwawiony 1. MPS dociera na północno-zachodni skraj Kępy Oksywskiej. 10 września Niemcy przecinają drogę Reda – Rumia. Stąd widzą już Kępę.
[srodtytul]Pole walki pełne trupów...[/srodtytul]
Nie wszystko jeszcze stracone, gdyż na skutek mizernych postępów Eberhardta na południu pomiędzy niemieckimi ugrupowaniami powstaje luka. 207. DP stoi już na przedpolach Kępy, ale na prawo od niej, w lasach wciąż czyhają polskie I i IV BON oraz 1. batalion rezerwowy. Dąbek wie, iż wychodząc na tyły 207. DP, można dopaść jej artylerię walącą ze wsi Zbychowo i z Redy. Bez niej przeciwnik miałby wielce utrudnione zadanie, a same sztukasy, choć mordercze dla przemieszczających się w dzień oddziałów, nie byłyby w stanie zniszczyć ukrytych w lasach obrońców.
Plan Dąbka spalił na panewce. Dowódca LOW nie może być wszędzie i po wydaniu dyspozycji udaje się na Kępę, by bronić jej północnego krańca. Poprzednio zdymisjonowany szef sztabu ppłk Sołodkowski, teraz dowodzący kontrnatarciem, zmienia plan ataku, kierując bataliony zamiast na Redę, wprost na silnie obsadzoną przez Niemców Rumię. Polskie oddziały z braku łączności nie mogą się zgrać i część wykrwawia się we frontalnym ataku – z V BON zostaje jeden pluton. Jedynie 1. baon rezerwowy wchodzi głęboko na tyły 207. DP dywizji i rozpędza zaskoczony 1. batalion 368. pułku. Niemiecki dowódca, 60-letni weteran pierwszej wojny, dmie w myśliwski róg, by zebrać żołnierzy. Ci posiłkowani przez ściągniętych z tyłów saperów okrążają i niszczą polski batalion. „Pole walki pełne trupów świadczyło o rozmachu atakujących Polaków. Junacki dowódca, polski kapitan (Chwalimir Pochwałowski – aut.) poległ w walce wręcz” – tak wspomina starcie kpt. Rechlin.
Nie wiedząc o tym, do ataku z czterogodzinnym opóźnieniem szykuje się I BON. Naciera pod górę z polany Szmelta leżącej w pobliżu drogi Reda – Rumia. Jeden z polskich oficerów relacjonował: „ogień przeciwnika był bardzo silny, ale na szczęście górował. Wystarczyło podnieść łopatkę, aby w nią dostać”. Drugiego polskiego uderzenia, tym razem na bagnety, 368. Pułk Piechoty nie wytrzymał. Niemcy uciekają, pozostawiając cekaemy, rowery i amunicję. Jakby tego było mało, I BON natyka się na stanowisko dowodzenia gen. von Tiedemanna, dowódcy 207. DP. W jego samochodzie Polacy zdobywają stertę dokumentów, a generał pieszo umyka w stronę Wejherowa. Droga na Redę stoi otworem. Po północy Polacy podchodzą pod stację kolejową w Redzie, już widzą ustawioną tam artylerię. W ostatniej chwili zajeżdżają im drogę samochody pancerne. Ogień niemieckich cekaemów i oślepiające reflektory ratują baterie, a I BON lasami wycofuje się do Gdyni-Chylonii.
[srodtytul]Śmierć pułkownika[/srodtytul]
To ostatni większy kontratak LOW.
13 września polskie oddziały wycofują się na Kępę Oksywską, zapada też decyzja o ewakuacji Gdyni. Dzień później miasto zajmuje Landespolizei Eberhardta. Od północy na Kępę próbuje się wedrzeć pułk SS-Heimwehr Danzig. Przemieszcza się po odsłoniętej, biegnącej przez bagna „psiej grobli”, ale celny ogień resztek 1. MPS wykrwawia esesmanów.
Kępa nie jest jednak dobrym miejscem do obrony. Przeważnie bezleśna, poprzecinana tu i ówdzie jarami, stanowi łatwy cel dla lotnictwa. Niemcy wykorzystują to bezlitośnie. Jedynie nocami Dąbek może rzucać resztki batalionów na wchodzących na wysoczyznę Niemców. 18 września bronią się już odosobnione punkty, a nieliczna artyleria polska z braku amunicji milczy. Dzień później Niemcy zdobywają koszary na Oksywiu. Płk Dąbek walczy do końca – z oficerów i zebranych naprędce żołnierzy tworzy oddział w Babim Dole, wokół tzw. Białego Domku. Ostrzał moździerzy jest jednak niemiłosierny.
Pułkownik nie chce iść do niewoli. Widząc zbliżających się Niemców, strzela sobie w głowę. „Nieprzyjacielski dowódca, który stawiał opór do ostatniego żołnierza, popełnił samobójstwo. Został pochowany przez około 20 polskich i czterech niemieckich oficerów zaraz na miejscu, w ziemi, na której tak mężnie walczył”. Tyle relacja kpt. Rechlina. Kępa Oksywska pada.
[srodtytul]Wróg w powietrzu i na morzu[/srodtytul]
Ofensywa Kriegsmarine i Luftwaffe w rejonie Zatoki Gdańskiej miała początkowo większy rozmach niż działania lądowe gen. Kaupischa. Wraz z rozpoczęciem ostrzału Westerplatte przez „Schleswig-Holstein” dziesiątki heinkli niszczą lotniska w Pucku i Rumi. Z powietrza atakowane są też Hel i Oksywie. Mocno okopane, zamaskowane pozycje kmdr. Steyera wyjdą z tego nalotu bez szwanku, ale w porcie oksywskim tonie kilka okrętów pomocniczych. Załoga torpedowca ORP „Mazur” szyje z broni przeciwlotniczej, gdy na pokład okrętu wdziera się już woda.
Do ostrzału portu w Oksywiu przyłącza się niemiecki pancernik. Trzon floty polskiej umyka więc w morze, by na Helu przeczekać do nocy i rozpocząć minowanie zatoki. Flota trafia jednak z deszczu pod rynnę. Po południu konwój złożony z „Gryfa”, „Wichra”, trałowców i kanonierek atakują sztukasy. Piloci wiedzą, że „Gryf” ze swoimi 290 minami stanowi dla Kriegsmarine duże zagrożenie. Wiedzą to również Polacy, więc trałowce i „Wicher” rozluźniają szyk, aby skupić bombardowanie na sobie. W efekcie żadna z bomb nie trafia w okręty, ale „Gryf” doznaje uszkodzeń od wybuchów. Siada elektryczne wspomaganie steru, miny zeskakują z prowadnic, a odłamki zabijają dowódcę okrętu kmdr. ppor. Kwiatkowskiego. Dowodzenie przejmuje kpt. Łomidze, który rozkazuje zrzucić do morza cały ładunek nieuzbrojonych min. To posunięcie tłumaczy potem zagrożeniem okrętu w razie kolejnych ataków lotnictwa. Starszy stopniem dowódca „Wichra” kmdr. de Walden każe jednak przerwać wyrzucanie min, a Łomidze po dotarciu konwoju na Hel zostaje odsunięty od dowodzenia.
Nadchodzi noc. Plan „Rurka” z racji wydarzeń na „Gryfie” nie może być zrealizowany. Dowództwo floty zapomina jednak poinformować o tym „Wichra”. Niewidoczny dla wrogów okręt dwukrotnie znajduje się na idealnej pozycji do ostrzału przepływających w świetle księżyca niemieckich niszczycieli. Nie reaguje jednak, bo plan zakłada atak jedynie w przypadku zagrożenia akcji, a de Walden jest przekonany, że osłania właśnie minowanie zatoki. Po powrocie spotka go druga niemiła niespodzianka. W obliczu absolutnego panowania Niemców w powietrzu kontradm. Unrug postanawia wyokrętować załogi „Wichra” i „Gryfa”, a okręty potraktować jako nieruchome baterie.
3 września nad ranem w odległości 17 km od cypla helskiego pojawiają się dwa niemieckie niszczyciele „Leberecht Mass” i „Wolfgang Zenker”. Niemcy pierwsi otwierają ogień. Mają przewagę, są w ruchu i trafiają kilka razy w „Gryfa”. Ogień baterii im. Laskowskiego i okrętów polskich jest jednak celniejszy: działa „Wichra” niszczą połowę artylerii „Wolfganga Zenkera”, a potem wraz z artylerią „Gryfa” nakrywają celną salwą „Leberechta Massa”. Jeden pocisk trafia w okolice mostka, gdzie ginie kilku marynarzy. Po pięciu minutach walki uszkodzone niemieckie okręty stawiają zasłonę dymną i czmychają w kierunku Piławy. Było to jedyne starcie okrętów nawodnych w tej kampanii. Rozgniewany gen. adm. Albrecht chce zniszczyć polską flotę na Helu intensywnymi atakami z powietrza. Jeszcze tego samego dnia zbombardowane „Gryf” i „Wicher” toną w porcie. Z wraków udaje się przenieść na ląd część dział.
Trzon polskiej floty nawodnej przestał istnieć, ale polskie trałowce, zwane ptaszkami od ptasich nazw, poczynają sobie śmiało. 7 września załoga ORP „Jaskółka” strąca sztukasa. 12 i nocą z 13 na 14 września trałowce podpływają w rejon broniącej się Kępy Oksywskiej i ostrzeliwują pułk Grenzwache atakujący ją od północy. Tej samej nocy stawiają kilkadziesiąt min. Ale 14 września i je dopadnie zemsta Luftwaffe, choć trzy ptaszki przetrwają do kapitulacji.
[srodtytul]Hel broni się do 2 października[/srodtytul]
Po rozbiciu floty i upadku Kępy Oksywskiej atutem obrońców Helu pozostaje artyleria. Skutecznie odpędza ona niemieckie trałowce próbujące oczyścić z min przejścia do Gdyni dla niemieckich pancerników. 25 września helscy artylerzyści święcą dużo większy sukces. Bateria im. Laskowskiego trafia w nadbudówkę „Schleswiga-Holsteina” ostrzeliwującego Hel z wysokości Kępy Oksywskiej. Odłamki ranią załogę, a pocisk przebija pokład i zabija kilku marynarzy leżących w izbie chorych oraz felczera. Pancernik wycofuje się z walki.
Do ataku na Hel – ostatni polski bastion nad Bałtykiem, szykują się niemieckie siły lądowe. Na razie czekają pod Władysławowem u nasady półwyspu, aż okręty, artyleria i lotnictwo wykrwawią siły obrońców i zmuszą ich do kapitulacji. Niemiecka piechota rusza do natarcia 29 września. Kompanie KOP, które utraciły sporo ludzi w utarczkach z patrolami, wycofują się na linię pomiędzy Chałupami a Kuźnicą. Tu niemiecki atak zatrzymuje potężna eksplozja zakopanych głowic torpedowych. Wybuch 10 ton trotylu nie zdołał przeciąć mierzei, ale wybił w ziemi kilkumetrowy jar, który znacznie utrudnił działanie przeciwnikowi.
Obrońcy też mają problemy – pod wpływem wieści o wkroczeniu Sowietów, ewakuacji naczelnego wodza i rządu do Rumunii spada morale załogi i ludności cywilnej. 25 września chłopi z Chałup wymachują białymi szmatami do niemieckich samolotów. Wysłanych w celu wyjaśnienia sytuacji marynarzy biją i rozbrajają. Dopiero patrol żandarmerii uspokaja wieś pod groźbą egzekucji wybranych mieszkańców. Kilka dni potem bunt dotyka 12. i 13. Kompanię Przeciwdesantową, obie złożone z miejscowych. Część żołnierzy opuszcza umocnienia, planując zdobycie kilku kutrów i skryte przedostanie się do Pucka. Kmdr Steyer wysyła przeciwko nim kopowców i marynarzy, którzy opanowują sytuację. Prowodyrzy zajść lądują w areszcie i zapewne zostaliby rozstrzelani, gdyby nie kapitulacja samotnego półwyspu 2 października. Przesądziło o niej wyczerpanie zapasów żywności oraz brak nadziei na odsiecz.
[srodtytul]Podwodna epopeja[/srodtytul]
Gdy trwały walki na lądzie, polskie okręty podwodne walczą o przetrwanie, z myśliwego stają się zwierzyną. Sektory trzech z nich pokrywają się bowiem z linią niemieckich blokad morskich zamykających Zatokę Gdańską. Na „Rysia” i „Wilka” padają wielkie ilości bomb głębinowych, atakują je samoloty, bacznie szukają gęsto rozstawione niszczyciele i trałowce. Mimo to polskim podwodniakom udaje się postawić kilka zapór minowych, na których w październiku wylecą dwa niemieckie trałowce. Wykonują też ataki torpedowe. „Sęp” atakuje 2 września niszczyciela „Friedrich Ihn”. Odpala torpedę, lecz jej ślad dostrzegają Niemcy. Niszczyciel wykonuje gwałtowny zwrot i po dwóch minutach na „Sępa” lecą bomby głębinowe. Szczęścia nie ma również „Wilk” – gdy przymierza się do ataku na inny niemiecki niszczyciel, eskortujące go trałowce wykrywają polski okręt, obrzucając go bombami głębinowymi.
Widząc te niepowodzenia, kontradm. Unrug zmienia plan działań dla okrętów podwodnych. Mają one operować na pełnym morzu, atakując linie komunikacyjne Niemców. Zadanie o tyle ułatwione, że Kriegsmarine uznało okręty polskie za zatopione. Polacy mają teraz większą swobodę działania, lecz umowy międzynarodowe zabraniają strzelać do nieuzbrojonych i nieeskortowanych statków wroga bez ostrzeżenia. Okręt podwodny ma podpłynąć wynurzony do nieprzyjaciela, poczekać, aż ten wyładuje załogę na szalupy, bezpiecznie odpłynie i dopiero wtedy można statek zatopić. W efekcie żegluga niemiecka nie ucierpi, jedynie „Wilk” spróbuje jeszcze ataku na krążownik „Admiral Hipper”, który po dostrzeżeniu peryskopu oddali się czym prędzej.
W połowie września podwodniakom zaczynają doskwierać awarie spowodowane atakami i brak paliwa. Zawinięcie do portu helskiego jest śmiertelnie niebezpieczne, Unrug zezwala więc na ucieczkę do portów neutralnych, a najlepiej brytyjskich. „Ryś”, „Żbik” i „Sęp” płyną do Szwecji, gdzie zostają internowane. „Wilk” przedrze się przez cieśniny duńskie do Anglii, ocierając się niemal o śmierć. Nocą dwa niemieckie niszczyciele przepływają w odległości 50 metrów od wynurzonego i płynącego z pełną prędkością polskiego okrętu.
Najbardziej dramatyczne będą losy „Orła”. Jego dowódca kmdr ppor. Kłoczkowski zapada na tyfus. Okręt zawija więc do Tallina w celu wysadzenia dowódcy na ląd i przeprowadzenia napraw. Estończycy, zrazu pomocni, po kilku godzinach internują „Orła”. Zabierają mapy, broń, rozpoczynają wynoszenie torped. Dzielna załoga pod wodzą kpt. Jana Grudzińskiego decyduje się na ucieczkę. W nocy z 17 na 18 września załoga obezwładnia estońskich strażników i podnosi cumy. Dzięki zasłonie dymnej okręt ścigany salwami artylerii portowej ucieka na pełne morze, po kilku dniach wypuszczając pojmanych Estończyków koło Gotlandii. Jeńcom dano whisky, jedzenie, dolary i składaną łódź.
„Orzeł” rozpoczyna swoją bałtycką odyseję. Pozbawiony map, urządzeń nawigacyjnych i większości torped przez kilka tygodni szuka okazji do ataku na niemieckie statki. Dopiero gdy kończy się zapas słodkiej wody, przemyka się na początku października przez Sund do Anglii. Był to wyczyn nie lada, gdyż okręt płynął według mapy Bałtyku wykreślonej z pamięci przez oficera nawigacyjnego por. Mariana Tadeusza Mokrskiego na podstawie spisu latarń morskich (w legendzie mapy jej twórca zapisał: „Głębokości podane w metrach i domysłach”).
[i]Jakub Ostromęcki - absolwent Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel historii i WOS w jednym z warszawskich liceów[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA