Mimo całkowitego braku systemowego wsparcia państwa dla polskiego biznesu oraz wieloletnich zaniedbań w tym obszarze urzędnicy w ostatnim czasie ze szczególną intensywnością lansują w przestrzeni publicznej hasła o konieczności „repolonizacji gospodarki”. Mam okazję obserwować ten rozdźwięk z bliska przy okazji budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej w Choczewie, którą na zlecenie polskiego rządu mają wybudować Amerykanie. Na podstawie własnych obserwacji stawiam tezę, że wbrew politycznym deklaracjom polski biznes może utknąć na najniższych szczeblach łańcucha wartości tego projektu.
Choć Amerykanie uważnie wsłuchują się w polską debatę na temat „local content”, los polskiego biznesu pozostaje dla nich sprawą zdecydowanie drugorzędną. Trudno się temu dziwić, ponieważ budowę elektrowni jądrowej w Polsce traktują jak kolejne przedsięwzięcie biznesowe, w którym najważniejsza jest maksymalizacja zysków. Polskie cele są znacznie szersze i obejmują: uruchomienie elektrowni jak najszybciej, przy jak najniższych kosztach i z jak największym udziałem polskich firm. Realizacja tego ostatniego celu wymaga jednak od polskiej strony skutecznego przekonania Amerykanów, którzy nie mają silnej motywacji, by szeroko angażować polskie przedsiębiorstwa. Na całym świecie opierają się bowiem na własnych łańcuchach dostaw, zakorzenionych w Stanach Zjednoczonych i Azji, dlatego dla Polski może w tej układance po prostu zabraknąć miejsca. Sytuacji nie poprawia słaba pozycja negocjacyjna Warszawy wobec Amerykanów. Choć w deklaracjach Polska zawsze jest przedstawiana jako ważny sojusznik, to ze względu na relatywnie niską pozycję polityczną i gospodarczą naszego kraju w Europie i na świecie nigdy nie była traktowana jak partner pierwszej kategorii. Dodatkowo pośpiech towarzyszący negocjacjom umowy EPC, czyli dokumentu określającego zasady budowy elektrowni, rodzi uzasadnione obawy, że polscy negocjatorzy, koncentrując się na dotrzymaniu harmonogramu, poświęcą interes krajowego biznesu, który nigdy nie był dla nich priorytetem.
Choć Amerykanie uważnie wsłuchują się w polską debatę na temat „local content”, los polskiego biznesu pozostaje dla nich sprawą drugorzędną
Jeśli polska strona nie wykaże się determinacją, asertywni Amerykanie mogą pozostawić polskim firmom wyłącznie rolę podwykonawców najprostszych prac budowlanych oraz dostawców najmniej skomplikowanych elementów elektrowni. Jednocześnie będą przedstawiali to jako sukces i dowód bliskiej współpracy polsko-amerykańskiej. Dla części przedsiębiorstw takie zlecenia mogą oczywiście okazać się opłacalne, ale wiele polskich firm ma ambicje sięgające znacznie dalej. Chcą zdobyć unikatowe kompetencje, które pozwolą im wejść na wyższy etap rozwoju w kraju, a w dalszej perspektywie wykorzystać je do ekspansji zagranicznej.
Czytaj więcej
Udział polskich firm w łańcuchu dostaw przy transformacji energetycznej w niektórych sektorach dopiero raczkuje. Budowa portów na potrzeby morskiej...
Co istotne, wybór przez Amerykanów modelu realizacji inwestycji w Choczewie będzie miał fundamentalne znaczenie nie tylko dla tempa i kosztów całego przedsięwzięcia, lecz także dla polskiej gospodarki. Warto przypomnieć, że dotąd nie zrealizowali oni w Europie żadnego dużego projektu energetycznego. Model stosowany w Afryce i Azji, polegający na wynajmowaniu pracowników lokalnych firm do prostych prac budowlanych, w Polsce nie ma racji bytu. Równie niekorzystny byłby wariant, w którym Amerykanie postawiliby na firmy budowlane z Turcji lub Korei, które od lat stanowią część ich zaplecza wykonawczego. W takim scenariuszu polskie firmy nie zdobyłyby żadnych nowych kompetencji, a cała inwestycja stałaby się zaprzeczeniem deklaracji władz dotyczących „local content”. Najbardziej pożądanym rozwiązaniem, zarówno z perspektywy Polski, jak i samych Amerykanów, byłaby ścisła współpraca firm amerykańskich i polskich, oparta na realnym transferze wiedzy, partnerskich zasadach „win-win” i szerokim udziale krajowych przedsiębiorstw w realizacji zamówień. W dużej mierze to od polskiego rządu zależy, którą drogą ostatecznie pójdą Amerykanie.