fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Końska kuracja

Bitwa nad Little Big Horn – ostatnie chwile gen. Custera, litografia amerykańska z 1889 r.
bridgeman art library
Są bohaterowie, którzy przeszli do panteonu orężnej sławy dzięki klęskom, często ze skutkiem dla nich śmiertelnym. Przykładami choćby król Sparty Leonidas i oficer armii USA George A. Custer
Od razu widać różnicę. Co do Leonidasowego heroizmu nie mamy żadnych wątpliwości, ot, bohater pełnej krwi, który oddał życie za dobrą sprawę. Nie mamy też wątpliwości, że sprawa Custera nie była dobra, albowiem Siuksowie i Szoszoni, którzy w proch rozbili jego regiment kawalerii, byli ofiarami amerykańskiej ekspansji.
Może nie całkiem niewinnymi, ale jednak. Claude Levi-Strauss, wielki etnolog francuski, wspomina, że poraził go opis indiańskich tortur. Uświadomiwszy sobie wszakże wyczyny ludów nieporównanie bardziej cywilizowanych, profesor szybko się otrząsnął…
Ale Custer zginął śmiercią żołnierską – na iluż to kartach amerykańskich powieści i kadrach hollywoodzkich filmów ostrzeliwuje się do końca z dwóch rewolwerów. Przełom nastąpił chyba w słynnym antywesternie „Mały wielki człowiek”, w którym generał został odmalowany jako groteskowy bufon.
Mam również wrażenie, że nie znamy szczegółów jego śmierci. Najlepszym, bo naocznym, świadkiem tego wydarzenia mógłby być tylko kawaleryjski koń o paradoksalnym w tej sytuacji imieniu Komancz.
A było to tak:
Na pagórek, gdzie dokonał się los Custera i resztek jest regimentu, zajeżdżają oddziały gen. Terry’ego. A tam makabra: pocięte ciała żołnierzy walają się pośród końskich trupów, zza których ostrzeliwali się ostatni kawalerzyści. Przybyli osłupieli w zgrozie stępionej ciszy. Aż tu raptem słychać jakiś dźwięk – charczenie czy rzężenie.
Ki diabeł? Jeden z medyków wojskowych poszedł za tym dźwiękiem: prędko okazało się, że to ciężko ranny koń wojskowy, ów Komancz. Medyk, człek dobrego serca, chciał ulżyć cierpieniu zwierzęcia, ale ze środków uśmierzających miał pod ręką tylko flaszkę doskonałego koniaku Hennessy’ego. Napoił więc nim konia obficie (cóż za ofiarność) i zacny francuski likwor cud uczynił!
Rumak prędko ozdrowiał i zrobił prawdziwą karierę w armii. Jako kombatant znad Little Big Horn występował później w licznych defiladach i innych wojskowych ceremoniach. Niestety, tak rozsmakował się w koniaku, że popadł (nie pierwszy to Komancz) w autentyczny alkoholizm. A jak wiadomo, alkoholizm radykalnie osłabia wiarygodność wszelkich świadectw. Notabene odmawiał pono trunków pośledniejszych. Nawet gdyby Komancz posiadał językowe talenty na miarę słynnego Eda – konia, który mówił – to i tak nic nie udałoby się z niego wydusić. Czy konie mnie słyszą?!
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA