fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Vive le Lance, nieczuły dobroczyńca

Lance Armstrong w 2005 r.
AFP
Wytrzymał bez roweru trzy lata, emerytura nie jest dla takich jak on. Lance Armstrong znów chce się ścigać, nie wiadomo tylko w jakiej roli: seryjnego zwycięzcy Tour de France, apostoła walki z rakiem, znudzonego milionera, przyszłego polityka? Wiele osób mu tego powrotu nie daruje
Od kiedy żółtą koszulkę z lycry zamienił na najlepsze garnitury, nie oglądał się za siebie. Wciągnęło go nowe życie. Kogo by nie wciągnęło: rauty z głowami państw, szaleństwa z gwiazdami Hollywood, wygłupy w najsłynniejszych telewizyjnych show Ameryki, odczyty w Kongresie. Romansował z aktorkami i piosenkarkami, z Sheryl Crow nawet się zaręczył, ale na krótko. Odkrywał świat bez treningów, zakwasów w mięśniach i diet. Świat, w którym miał tylko dwa zobowiązania: wobec swoich sponsorów i wobec tych, którym dał nadzieję w walce z rakiem.Jego znajomi mówią, że każda rozmowa z Lance’em wcześniej czy później zatrzyma się przy raku. Tak jest od 1996 roku. Miał wtedy 25 lat, jeden tytuł mistrza świata w kolarstwie i pierwsze porsche w garażu, kiedy dowiedział się, że nowotwór jądra zaatakował już mózg, a w płucach są guzy wielkości piłek golfowych. Pokonał raka dwiema operacjami i czterema seriami chemoterapii. „Choroba to najlepsze, co mo...
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA