fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

Oddzielić złoto od błota

Rzeczpospolita
Z Janem Englertem rozmawia Jacek Cieślak
Rz: W 1957 r. zadebiutował pan rolą Zefira w „Kanale” o końcu powstańczej epopei AK. Teraz gra pan w „Czasie honoru” dowódcę grupy cichociemnych lądujących w Polsce w 1941 r. Wyskakujecie nad Chojnowem, gdzie czeka na was zasadzka, bo zostaliście zdradzeni. Pana oddział przeżyje?
Pierwszy odcinek przeżyje, a co będzie dalej – proszę oglądać. Z przyjemnością pracowałem w tym serialu, bo pokazuje ludzi honoru. Kierujących się kryteriami etycznymi i mających trwałą hierarchię wartości: najpierw obowiązek wobec kraju, potem rodziny, a sprawy prywatne na końcu. Rzecz się dzieje podczas wojny, a ekstremalna sytuacja zawsze odcedza złoto od błota, ludzi szlachetnych od paskudnych, bohaterów od szmalcowników. Ale o wartościach trzeba pamiętać zawsze. Cieszę się, że od czasu „Kanału”, nawet jeśli zdarzają mi się po drodze słabsze produkcje, wracam do ról akowców z dużą regularnością.
A czy ma pan w roli wątek miłosny?
Tylko miłości rodzicielskiej. Wycofałem się na z góry upatrzone pozycje mentora. Dylemat mojego bohatera polega na tym, że musi ciągle wybierać między powinnościami ojca i obowiązkami przełożonego dwóch synów-żołnierzy. Ale z przyjemnością i ze wzruszeniem patrzyłem na młodych kolegów i przypominałem sobie czasy „Kolumbów”, kiedy domagałem się, tak jak oni, karabinu i ekstremalnych wyczynów.
W serialu grają z panem aktorzy, których widzieliśmy w znakomitym filmie „Jutro idziemy do kina” Michała Kwiecińskiego. I tym razem oglądamy ludzi z krwi i kości, a nie pomnikowe postaci.
Kiedy w 1970 r. pokazywano po raz pierwszy „Kolumbów”, podnosiły się głosy sprzeciwu, że czołówką filmu jest scena gry w siatkówkę. Jak tak można? Przecież była wojna! A młodzi grali w piłkę normalne mecze, chociaż konspirowali. Jeździli na randki do lasu, choć każda jazda pociągiem groziła łapanką. Otóż życie ma to do siebie, że nawet w ekstremalnych sytuacjach kochamy się, pracujemy, bawimy, bo inaczej byśmy zwariowali. Im bardziej ekstremalna sytuacja, tym bardziej się chce normalnie żyć! Wiadomo, że w czasie powstania były niezwykłe gwałtowne romanse. Jedno drugiego nie wyklucza. Jest tylko kwestia ułożenia hierarchii wartości.
Czy grając w „Kolumbach”, konsultował się pan z akowcami?
Znamienna była ich reakcja po pierwszym, nieoficjalnym pokazie. W ciemności rozległ się głos: „Proszę nie zapalać światła”.
Płakali?
Minutę, dwie siedzieli w ciszy. To byli wtedy ludzie w sile wieku, mieli po 45 – 50 lat. Dziwili się protestom przeciwko grze w siatkówkę. Cieszyli się, że tak naturalnie pokazaliśmy ich młodość. Ci bohaterowie byli normalnymi młodymi ludźmi! Dlatego jestem przekonany, że w sytuacji podobnej próby nasza młodzież, którą teraz atakujemy za wiele rzeczy, umiałaby się zachować w podobny sposób. Zawsze zdarzają się zdrajcy i ludzie słabi, ale większość, kiedy trzeba, zachowuje się porządnie.
Jakie były pana spotkania ze Stanisławem „Orszą” Broniewskim, dowódcą Szarych Szeregów, podczas pracy nad „Akcją pod Arsenałem”?
Zachwyciło mnie, że chłopcy z Szarych Szeregów, którzy byli kształceni na przyszłą elitę rządzącą kraju, byli przestrzegani, że największą pokusą w wyzwolonej Polsce będzie chęć kombatanctwa. Wpajano im, że nigdy nie wolno jej ulec i odcinać kuponów od wojennych zasług. Co ciekawe, część z podwładnych „Orszy” miała mu za złe, że nie był takim pistoletem jak oni i powstrzymywał harcerzy od szalonych akcji. A przecież jako dowódca musiał zachować rozsądek, odpowiadał za życie młodych ludzi. Dla mnie był prawdziwym bohaterem. Po wojnie nie skorzystał z żadnych kombatanckich przywilejów. Miał do siebie dystans i poczucie humoru. Pół roku po premierze filmu zagadnął mnie: „Czy pan zdaje sobie sprawę, że ukradł mi pan twarz? Kiedy myślę o sobie z czasów wojny – widzę pana twarz!”.
Ile miał pan lat, kiedy grał Zefira?
13. Kuba Morgenstern miał najbliżej z domu do mojej szkoły na Zakroczymskiej. Wzięli mnie na zdjęcia próbne. „Kanał” zmienił moje życie. Wcześniej nikt w mojej rodzinie nie był związany z teatrem ani z filmem. Mając 13 lat, miałem naiwne myśli, że za późno się urodziłem i nie mogę zginąć za ojczyznę. Tak byłem wychowany. Mieszkałem na Starym Mieście, bawiłem się w ruinach, opowieści o powstaniu były częścią codziennego życia mojej rodziny. Kiedy dostałem rolę powstańca, byłem szczęśliwy jak nigdy. Utalentowany pewnie nie, bo Wajda potrzebował 50 lat, żeby zatrudnić mnie drugi raz, ale to może dobrze, bo utalentowane dzieci często nie sprawdzają się jako dorośli aktorzy. Praca na planie była dla mnie przyspieszonym kursem dorosłości. Zostałem kumplem Kazia Kutza. Byłem na jego ślubie i weselu. Teresa Iżewska czuła, że mi się podoba, od czasu do czasu mnie pogłaskała albo nawet pocałowała. Nie będę mówił, jakie miałem wtedy myśli. A mimo to wciąż chciałem być sportowcem, grać w piłkę w warszawskiej Polonii. To profesorowie z liceum wysłali mnie do muranowskiego domu kultury, gdzie zagrałem Gucia w „Ślubach panieńskich”. Tak się wszystko zaczęło.
„Kanał” był kręcony w czasach, kiedy partia mówiła o AK „zapluty karzeł reakcji”.
Zdjęcia zaczęliśmy w dniach, gdy doszło do wypadków poznańskich w 1956 r. Po scenie wyjścia z kanału zawieziono nas do łaźni Mesalka na Krakowskim Przedmieściu. Na widok grupy powstańców w uniformach z biało-czerwonymi opaskami wiele osób czmychało w popłochu.
A jakie były powstańcze losy pana rodziny?
Ja przeżyłem, moje siostry bliźniaczki nie. Babcia była sanitariuszką, dziadek działał w obronie cywilnej. A na pogrzebie ojca podszedł do mnie facet i powiedział: „Nie wiem, czy pan wie, ale pana ojciec kupował od Niemców broń dla AK ciężarówkami”. Tylko tyle.
W „Polskich drogach” zagrał pan żołnierza AK, ale w portalu e-teatr pana rola opisana jest jako „Kochanek Miszczakowej”. Brzmi pikantnie. Pana kochankę grała Beata Tyszkiewicz.
Z tego filmu najlepiej pamiętam, jak Beata dała mi w mordę. Cała reszta się zatarła. Nie wiem nawet, za co oberwałem.
Po 50 latach od premiery „Kanału” znowu pracował pan z Wajdą przy „Katyniu”.
Z roli łącznika awansowałem od razu na generała.
Grał pan wojskowych, a czy służył pan w wojsku?
Wszystko pięknie opisał w swojej książce Stefan Meller, z którym byliśmy na studium wojskowym. Pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłem, to leserowanie. Przed końcem obozu trzeba było pilnować wyciora, niezbędników i talerzy, bo jeśli się ich nie oddało, trzeba było płacić. Kiedy mnie już okradli, zgłosiłem się do oficera, który powiedział: „Englert, nie wiecie, co zrobić? Zgłoście się na dyżurnego. Jak będziecie wszystkiego pilnować, to i podpieprzyć coś będziecie mogli!”. Na koniec dostałem komplet dzieł Szekspira i awans na plutonowego, bo byłem dowódcą koncertowym.
A co to za szarża?
Występowaliśmy z koncertami. Dowodziłem m.in. Andrzejem Zaorskim i Dudkiem Damięckim. Misio Opania się wywinął.
A działał pan w konspiracji?
O konspiracji mogą mówić ci, co się ukrywali. A ja nie byłem w żadnych strukturach, mam tylko wspomnienia z bojkotu, działalności w ZASP i współpracy z Kościołem. Cały stan wojenny jawi mi się jak dziwnie napisany scenariusz, w którym wszystko nie do końca było prawdziwe. Konspiracja nie była konspiracją, bo większość wszystko wiedziała i opowiadała sobie o tym publicznie. Jeden z kolegów, który prawdopodobnie współpracował z SB, poprosił mnie nawet, żeby pewnych rzeczy przy nim nie mówić, bo jest w kłopotliwej sytuacji. Kiedy przesłuchiwano mnie w sprawie bojkotu, za biurkiem rozpoznałem oficera, który śledził mnie podczas mojej „przepustkowej” podróży do Krakowa. W czasie lotu krzyczał, że jest zachwycony solidarną postawą aktorów, a kiedy wylądowaliśmy, zaproponował podwiezienie. Na Rakowieckiej był zaskoczony, że go rozpoznałem.
Na koniec opowiem anegdotę o stanie wojennym, ale uprzedzam, że jest prawdziwa, gorzka i przewrotna. Wezwał mnie kiedyś wysoki urzędnik resortu kultury. Straszył, mówił, jakie mają na nas haki, a w końcu zapytał, po co występuję w kościołach. Odpowiedziałem, że wszystko jest takie szare, a tam widzę same uduchowione twarze. A on na to: „Co pan pier..., przecież połowa to nasi!”.
Dyrektor Teatru Narodowego, w którym wyreżyserował ostatnio z powodzeniem „Iwanowa” i „Śluby panieńskie”. Dyrekcję objął po Jerzym Grzegorzewskim. Wcześniej przez lata występował w Teatrze Polskim w Warszawie, gdzie stworzył wiele kreacji w spektaklach Kazimierza Dejmka, m.in. w „Portrecie”, „Kontrakcie”, „Vatzlavie”.
Na planie filmowym debiutował w roli Zefirka w „Kanale” Andrzeja Wajdy, u którego zagrał również Generała w „Katyniu”. Oglądaliśmy go w „Soli ziemi czarnej”, „Kolumbach”, „Perle w koronie”, „Doktorze Judymie”, „Akcji pod Arsenałem”, „Rodzinie Połanieckich”„Domu”, „Barytonie”, „Piłkarskim pokerze”, „Kilerze”, „Killer-ów 2-óch”, „Lejdis”. Wykłada w Akademii Teatralnej, której był rektorem.
Pseudonim „Anoda”; 13.25 | tvp polonia | piątek
Czas Honoru; 20.05 | tvp 2 | niedziela
Dom; 14.30 | tvp polonia | niedziela
Magnat; 3.05 | ale kino! | środa
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA