fbTrack

Publicystyka

Wrobieni w PRL

Lech Wałęsa 30 lipca na procesie Grudnia ,70 w obecności Wojciecha Jaruzelskiego zaapelował, aby najpierw rozliczyć „tych, którzy nas wrobili w roku 1939 i 1945” w komunizm
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Narzuconej z zewnątrz dyktaturze, jaką była PRL, ktoś służyć musiał. Tę prawdę ostatnio przypieczętował Wałęsa, podając rękę Jaruzelskiemu – pisze ekonomista i publicysta Waldemar Kuczyński
Podobało mi się to, co mówił Lech Wałęsa, zeznając niedawno przed sądem jako świadek w sprawie o Grudzień 1970 roku. Ale chciałbym zatrzymać się nad jednym stwierdzeniem Lecha, a mianowicie nad tym, że aby dobrze rozliczyć PRL, trzeba by najpierw rozliczyć głowy, a nie ręce. Głowy, czyli, jak powiedział, „tych, którzy nas w to wrobili, w roku 1939 i 1945”.
W tym stwierdzeniu nie było uniewinniania zbrodni politycznych PRL z roku 1970 czy lat wcześniejszych bądź późniejszych i oczywiście to nie był postulat, bo głowy roku 1939 i 1945, o których myślał Lech, od dawna są po sądzie boskim i na sądach historyków. Ale w tym stwierdzeniu zawiera się myśl ważna, choć z trudem torująca sobie drogę, a mianowicie, że nie można właściwie rozliczyć Polski Ludowej, pomijając fakt, że na jej kształt, w tym na system polityczny, nie miało wpływu społeczeństwo ani nawet jego komunistyczna część.
a nawet nie zafundowali mu go polscy komuniści. W niego „nas wrobiono”, jak prosto i trafnie powiedział Wałęsa. Polscy komuniści się z tego „wrobienia” cieszyli, reszta na odwrót, ale jedni i drudzy nie mieli nic w tej sprawie do powiedzenia. Wrobienie z zewnątrz to istotny fakt, który czyni rozliczenie z PRL o wiele trudniejszym, niżby było przy rozliczaniu dyktatury rodzimej – jak sanacyjna, Pinocheta dla Chilijczyków bądź Franco dla Hiszpanów. Przy rozliczaniu dyktatury rodzimej odpowiedź na pytanie, czy ci, co jej służyli, powinni z samej racji służenia ponieść konsekwencje, wydaje się twierdząca – bo zrobili zło, którego bez ich udziału mogło nie być. A jak wygląda sprawa rozliczania dyktatury narzuconej z zewnątrz? Tu odpowiedź nie jest prosta, i to w żadną stronę. Z jednej strony oceniamy ludzi, którzy uczestniczyli w czymś złym, ale z drugiej – bez nich to zło także by zaistniało. Co więcej, mogło być większym złem. Gdyby w 1945 roku Polacy gremialnie odmówili udziału w tworzeniu PRL wedle modelu sowieckiego, nie byłoby Polski wolnej, lecz jeszcze bardziej niewolna. Zamiast załogi polskiej byłaby radziecka. Kadr mieli w bród, także o polskich rodowodach. Miesiące bezpośrednio po lipcu 1944 roku pokazują, jak Rosjanie błyskawicznie stworzyli sowiecki zarząd zajętych terenów (komendantury etc.). Polska po roku 1945 mogła w najlepszym dla nas razie istnieć jako kalekie państwo należące do radzieckiego imperium, kierowane bezpośrednio przez Polaków, ale pod nadzorem Moskwy. W gorszym przypadku mogła zostać wprost lub stopniowo wcielona do ZSRR. Trzeciego wyjścia nie było. I to nie dlatego, że nas Zachód zdradził. To mit, który niczego nie wyjaśnia i nie usprawiedliwia, a służy podtrzymaniu filozofii użalania się nad złym losem sprawionym przez wiarołomnych sojuszników. Zachód nas zostawił Stalinowi, wiedząc, że nie ma mocy, by nas z jego szponów wyrwać. To nie była zdrada, lecz bezsiła. Stalin już w 1941 roku, gdy Niemcy parli na Moskwę, powiedział, że o granicach i ustrojach nie będą decydowały umowy, lecz to, gdzie stanie czyj żołnierz w końcu wojny. Gdyby w Polsce nie było ani jednego komunisty, sama obecność Armii Czerwonej połączona z decyzją Stalina o stworzeniu PRL pod jego nadzorem zrodziłaby szybko – jak to się zresztą stało – setki tysięcy, a potem kilka milionów „komunistów”, i to nie spośród kanalii, choć i ich by nie zabrakło, lecz spośród zwykłych ludzi uważających, że trzeba brać, co dają, bo mogą i tego nie dać. a nie po to, żeby walczyć i ginąć. Walczą, kiedy czują, że ktoś ich trwaniu zagraża. Powiem herezję jeszcze większą: gdyby Hitler po roku 1939 zaoferował Polakom taką autonomię, jaką przyznał nam Stalin, mielibyśmy w latach 1939 – 1945 polskie Vichy z setkami tysięcy rodaków służących mu i z wieloma, którzy by chętnie ruszyli na podbój Wschodu i dobicie bolszewików. Jedyną różnicą między tymi ofertami, która by wpływała na jej przyjęcie lub odrzucenie, byłaby w przypadku polskiego Vichy trwająca wojna, a więc stan płynny, niepewny, o nieznanym końcu. Były więc wtedy poważne powody do wahań i wstrzemięźliwości. Decyzja Stalina o Polsce jako państwie autonomicznym, choć satelickim, zapadła w czasie, o którym – z o wiele większym prawdopodobieństwem niż wybuch III wojny światowej – można było sądzić, że otwiera długą epokę trwania w strefie radzieckiego imperium i w ustroju niepasującym, ale niezagrażającym narodowemu bytowi. Było jasne, że będzie to trwanie z nieuchronnym oprzyrządowaniem ustroju, a więc z polskimi cenzorami, z polskimi bezpieczniakami, z polskimi szpiclami i z polskimi zbrodniarzami politycznymi, bo ustrój sowiecki miał zbrodnie w swoim kodzie genetycznym. Z tego nie wynika usprawiedliwienie czy uniewinnienie czynów popełnianych przez ludzi, którzy zdecydowali takiemu państwu służyć i nim kierować. Ale z tego wynika jeden wniosek: że w odróżnieniu od rozliczania dyktatur rodzimych, takich jak hitlerowska i wspomniane wyżej, w rozliczaniu PRL nie można zasadnie posługiwać się zbiorowym kryterium winy. Na przykład wymierzając sankcje, jak zakładają koncepcje dekomunizacji, za sam fakt zajmowania określonego stanowiska. Jednoznacznie ocenić można komunizm, system ze swej istoty nieludzki, potencjalnie i w dużej części swej historii także zbrodniczy. Ale gdy chodzi o służących mu ludzi, to – w odróżnieniu od służenia dyktaturze rodzimej – fakt bycia działaczem partyjnym, choćby najwyższego szczebla, czy milicjantem, esbekiem, cenzorem lub nawet esbeckim szpiclem nie wystarcza do tego, by taka osoba podlegała rozliczaniu. tej narzuconej strukturze. Narzucenie dyktatury z zewnątrz znosi więc odpowiedzialność za samą służbę. Pozostała natomiast odpowiedzialność indywidualna za czyny popełnione podczas służby. Tylko one mogą tworzyć winę. Jest więc podstawa do rozliczeń indywidualnych: moralnych, a także prawnych, lecz do rozliczeń zbiorowych podstawy nie ma. Zdaję sobie sprawę, że tok rozumowania, który przedstawiłem, może być trudny do przyjęcia i nawet dla mnie nie jest łatwy. Ale z drugiej strony nie wątpię, że błędem byłoby takie samo traktowanie ludzi służących dyktaturze, jaką narzuciły Polsce siły, na które nie mieliśmy wpływu, i ludzi, – u nas i gdziekolwiek – służących dyktaturze powstałej ze zgwałcenia narodu przez jego część. Namiestnictwo jest dla mnie mniejszą winą niż uzurpacja. Margrabia Aleksander Wielopolski jest dla mnie mniej złą postacią niż sanacyjni pułkownicy, choć oczywiście zmuszony wybierać, wybrałbym Polskę sanacyjną, a nie Kraj Przywiślański. Nawet jeśli się mylę, sądzę, że te refleksje, które nasunęły mi się jako rozwinięcie tego, co powiedział Lech Wałęsa i co przypieczętował, podając rękę generałowi Jaruzelskiemu, warte są dyskusji. I w tej intencji, choć z wahaniem, postanowiłem je opublikować. Może tu jest droga do rozcięcia węzła rozliczeń, któremu nie możemy dać rady od 20 lat. Autor był ministrem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, doradzał premierom Cimoszewiczowi i Buzkowi
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL