fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Poniżej mojej godności

Rzeczpospolita
- Nie jestem człowiekiem, który ucieka od problemów, który potrafi tylko błyszczeć w świetle kamer po zwycięstwie, a kiedy przychodzi trudny moment, mówi „do widzenia” - mówi selekcjoner Leo Beenhakker. Specjalnie dla „Rz”
Rz: Nie chce pan już prowadzić naszej reprezentacji?
Leo Beenhakker: Jeśli ktoś tak sądzi, to znaczy, że mnie nie zna. Nie jestem człowiekiem, który ucieka od problemów, który potrafi tylko błyszczeć w świetle kamer po zwycięstwie, a kiedy przychodzi trudny moment, mówi „do widzenia”. Wyjechałem do domu, chcę odpocząć, jednak nie waham się, czy dalej prowadzić reprezentację Polski, mimo że po zakończeniu Euro dostałem kolejne dwie oferty. Odmówiłem, podziękowałem, jeszcze nie skończyłem swojej pracy.
Nie zaskoczyła pana krytyka w mediach?
To normalne, że po takim występie przez pierwsze dni rządzą emocje. Ludzie nie myślą racjonalnie, tylko plują na trenera. Zniknąłem z Polski po to, żeby dać im czas na ponowne używanie głowy. Może napiją się herbaty i będą potrafili odpowiedzieć, dlaczego kolejny występ zakończył się niepowodzeniem. Może wymyślą, że nie za wszystko odpowiada zły Leo, że zwolnienie go i rezygnacja z dwóch czy trzech piłkarzy nie uzdrowi polskiej piłki? A może system szkolenia jest zły albo Polacy nie umieją grać z najlepszymi? Przeanalizujmy, co takiego stało się w Rosji czy Turcji, że są tak daleko przed nami.
Krytykuje się pana nie tylko za grę drużyny. Miał pan powoływać tych, a nie innych zawodników do reprezentacji, żeby później sprzedać ich do Holandii. Podobno kupił pan nawet mecze z Kazachstanem i Belgią w eliminacjach...
Przez 43 lata nie zarobiłem nawet złotówki na tym, że któryś zawodnik grał w mojej drużynie. Zarabiam godne, wcześniej ustalone pieniądze i nie potrzebuję szargać swojego nazwiska takim brudem. Na Euro powołałem najlepszych, nie kontaktując się i nie słuchając rad żadnego menedżera. O tym, że kupiłem mecze, jeszcze nie słyszałem, ale ci, którzy tak mówią, są zwyczajnie chorzy, mają coś nie tak z głową. Takie głosy nie pomagają mi wrócić do pracy, pozbierać się po porażce. Ręce mi opadły. Rozumiem krytykę, rozmowę o futbolu, ale takie zagrania są poniżej mojej godności. W takiej samej sytuacji jak ja znaleźli się Raymond Domenech, Roberto Donadoni, Marco van Basten czy Karel Brueckner, ale czy im ktoś zarzuca zarabianie na transferach?
Czy PZPN postawił panu ultimatum: buduje pan polski sztab albo do widzenia?
Pan Antoni Piechniczek nie stawia żadnego ultimatum. To, że mam przygotować swojego następcę, ustaliliśmy w lipcu 2006 r., nic nie zmieniło się po Euro. Straszne jest jednak to, że kiedy siadamy do stołu i zastanawiamy się, kto jest młody, zdolny i chętny do pracy z reprezentacją, zapada cisza. Cisza bardzo niepokojąca.
Zmieni pan kogoś ze sztabu, ma pan pomysł na eliminacje do mistrzostw świata?
Mam już pomysł dotyczący i sztabu, i piłkarzy, ale proszę wybaczyć – najpierw muszę o wszystkim powiadomić moich przełożonych i samych zainteresowanych. Wiem, że wiele osób chciałoby mnie osaczyć, wmówić, że wszystko robiłem źle, ale nie zamierzam się poddać. Jeszcze raz powtórzę: na ostatniej konferencji w Bad Waltersdorfie powiedziałem dziennikarzom, że mam ważny kontrakt i zostaję w Polsce. A że jestem słowny, to tak będzie. Na początku lipca wracam, siadamy do stołu i dyskutujemy. Już bez emocji, tylko po głębokiej analizie wszystkich aspektów naszego występu. Jeżeli krytyka będzie fachowa, skorzystamy na niej wszyscy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA