fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

CNN, sztuczne wyspy i mityczna kraina

Rafał Tomański
Fotorzepa
Forum dialogu Shangri-La, którego kolejna edycja odbyła się właśnie w Singapurze była okazją do załagodzenia regionalnych sporów. Czy zadanie się udało?

Shangri-La w rzeczywistości nie istnieje. To wymyślona kraina umieszczana w poezji i starożytnej literaturze, która działa na wyobraźnię. Buddyjscy mnisi, niedostępny Tybet, tajemnice, bogactwa, wszechobecne szczęście – słowem, miejsce, do którego każdy przeniósłby się w mgnieniu oka. Sęk w tym, że ta kraina to jedynie marzenie.

Coś, czego nie ma

Forum dialogu o tej samej nazwie, w którym biorą udział państwa regionu Azji i Pacyfiku, odbywa się w jak najbardziej namacalnej formie co roku w Singapurze. W 2015 już po raz 14. najwięksi i najważniejsi przedstawiciele rządów, którym czasami bywa nie po drodze, spotkali się, by dojść do wzajemnych porozumień. Jak to w mitycznej krainie szczęśliwości być powinno, wystarczyłby teoretycznie jeden niewielki krok, by zapanowała powszechna zgoda, jednak – warto to jeszcze raz podkreślić - Shangri-La to w warunkach azjatyckich utopia. Kończący się właśnie szczyt przyniósł coś odwrotnego. Singapurska policja była zmuszona zastrzelić mężczyznę, który usiłował przedrzeć się samochodem przez posterunek. Zatrzymano także dwóch pasażerów auta, którzy wraz z kierowcą rozpoczęli podejrzany rajd, gdy funkcjonariusze poprosili o otwarcie bagażnika do rewizji. Zgodnie z pierwszymi informacjami znaleziono przy nich narkotyki oraz sprzęt do ich zażywania, singapurska policja na razie nie łączy incydentu z samym szczytem.

Nieprzewidziane zdarzenie kładzie się jednak dodatkowym cieniem na forum, którego uczestnicy spotkali się, by następnie wrócić do swoich państw bez wypracowania żadnego porozumienia. Co więcej, ich wypowiedzi pozornie jedynie dążyły do zgody. W rzeczywistości główni aktorzy azjatycko-pacyficznego sporu czyli USA i Chiny jeszcze silniej okopały się na swoich pozycjach.

Ostre słowa USA

Amerykanie w osobie sekretarza obrony, Ashtona Cartera podtrzymały swoje stosunkowo nowo wypracowane stanowisko krytykujące postępowanie Pekinu na terenie morza Południowochińskiego. Waszyngton od kilkunastu dni w bardzo ostrych słowach ostrzega Chińczyków przed rozszerzeniem swoich wpływów za pośrednictwem sztucznych wysp budowanych na nie swoich wodach. Dwa archipelagi (Spratly i Paracele) stanowią szczególnie problematyczne terytorium, co do którego m.in.  Wietnam i Filipiny zgłaszają swoje roszczenia, natomiast na tym terenie trwa w najlepsze usypywanie kolejnych partii wybrzeży sztucznych morskich tworów. Na nic zdają się protesty Stanów Zjednoczonych, coraz bardziej ostre uwagi admirałów, wysokich rangą dowódców VII Floty Pacyfiku U.S. Navy, a także deklaracje Australii o utrzymywaniu wspólnych patroli z Amerykanami na spornym morzu. Do grona krytyków postępowania firmowanego przez Pekin dołączył w miniony piątek nawet Donald Tusk, który w imieniu całej Unii Europejskiej wyrażał zaniepokojenie decyzjami Chin wobec nielegalnej budowy wysp.

Chiny z kolei nie ustają w tworzeniu własnej, równoległej rzeczywistości, w której tylko do nich należy prawo decydowania o losach większości morza Południowochińskiego. Co więcej admirał Sun Jianguo reprezentujący chińską marynarkę wojenną z uśmiechem potwierdzał pokojowe zamiary swojego państwa i jednocześnie grzmiał w proteście wobec podważania praw Pekinu do zaludnianych wyspami terenów. Kilka razy padały argumenty o tym, że to dzięki Chinom bezpieczeństwo regionu ulega poprawie, można prowadzić bardziej skuteczne akcje ratunkowe (morze Południowochińskie to jeden z najbardziej uczęszczanych szlaków handlowych na świecie) oraz badania naukowe. Strona amerykańska z kolei podkreślała, że ostatnie prace nad sztucznymi wyspami powiększyły chińskie terytorium w rejonie wysp Spratly czterystukrotnie. Wysłannicy Pekinu twierdzą, że nie chcą zatrzymywać się jedynie na odzyskiwaniu z morza kolejnych terenów, ale także rozważają utworzenie kolejnej, drugiej już specjalnej strefy bezpieczeństwa lotów. Tzw. ADIZ (Air Defence Identification Zone) powstała pod koniec listopada 2013 roku naruszając granice terytorialne Japonii i Korei Południowej. Wówczas, by wyrazić swój sprzeciw wobec strefie kreślonej z dnia na dzień przez Pekin, przez ADIZ przemieściły się dwa nieuzbrojone bombowce B-52.

Dziennikarze bez granic

Przed kilkoma dniami odbył się kolejny lot takich „Superfortec”, ale na trochę innych zasadach. Po pierwsze zamiast ogromnych bombowców służących w amerykańskim lotnictwie już ponad 60 lat tym razem wysłano latającą stację nasłuchową, samolot P8-A Poseidon. Ta nowoczesna maszyna wykorzystywana na co dzień do nasłuchiwania najmniejszych szmerów wydawanych przez łodzie podwodne tym razem miała na pokładzie także ekipę stacji CNN. Pierwszy raz Pentagon zgodził się na obecność dziennikarzy, by podzielić się z opinią publiczną tym, co niesie rzeczywistość w postaci chińskich działań na dalekim morzu.

Eksperyment powiódł się o tyle, że nie tylko amerykańskie, ale i światowe media mogły usłyszeć komunikaty chińskiej armii, które wystosowano pod adresem amerykańskiego samolotu. „Opuśćcie teren natychmiast, by uniknąć niezrozumienia zamiarów”, „Zagraniczny samolocie wojskowy, tu mówi chińska marynarka. Zbliżacie się do naszej strefy bezpieczeństwa wojskowego, opuśćcie bezzwłocznie teren” – gdy słyszy się takie słowa, trudno zachować spokój, jednak stworzenie materiału zlecono profesjonalistom. Lot nad atolem Fiery Cross przyniósł nowe rozdanie w grze o morze Południowochińskie. Nagle rola Stanów Zjednoczonych stała się namacalna i konkretna. Zapewnienia strony chińskiej powtarzane tymi samymi co w ciągu ostatnich 12 miesięcy słowami, budzą większy niepokój niż wcześniej. Wiadomo, że obie strony wystarczająco mocno będą obstawać przy swoim dążąc do coraz bardziej nieuchronnego incydentu o skutkach potencjalnie dużo groźniejszych niż kolejny reportaż w tej czy innej stacji telewizyjnej.

Do ośmiu razy sztuka

Kapitan Mike Parker, dowódca zwiadowczych samolotów P8 i P3, które patrolują teren Azji i Pacyfiku, przyznał przed kamerami CNN, że wciąż zachodzi w głowę, co może być ostatecznym celem Pekinu w sporach na morzu Południowochińskim. W ciągu ostatnich dwóch lat poprzez budowanie sztucznych wysp Chiny powiększyły swój teren o 8 kilometrów kwadratowych. Wciąż pojawiają się nowe partie usypywanego przez barki i pogłębiarki terenu.  Misja zwiadowcza się udała, chińskie wojsko ośmiokrotnie wzywało P8 do wycofania się znad wysp, wokół których krążyła masa chińskich jednostek. Rzeczniczka chińskiego MSZ mówi o amerykańskim błędzie w postaci lotu nie nad swoim terenem. Chiński minister obrony idzie o krok dalej i prezentuje Białą Księgę działań na spornym terenie oskarżając Stany Zjednoczone o igranie z ogniem.

Azja Południowowschodnia przyniesie światu incydent, którego skutki będą katastrofalne. Sytuacji można by uniknąć, jednak wymaga to pracy ponad ludzkie możliwości. Należałoby bowiem stworzyć na ziemi mityczną krainę Shangri-La, a nie tylko udawać, że raz do roku można znaleźć jej fragment w jednym z hoteli w Singapurze.

Źródło: W Sieci Opinii
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA