fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Fatalne wykorzenienie

Bogusław Chrabota
Fotorzepa
Nie ma takiego fenomenu jak ludzie bez korzeni. Bywamy wykorzenieni chwilowo, nasza identyfikacja w geografii historycznej może ulegać czasowym zaburzeniom, ale człowiek – a zwłaszcza ludzkie grupy – ma naturalną tendencję do osadzania się w rzeczywistości „tu i teraz".

Obserwowałem to w „mojej" Nowej Hucie, która u początku swojego krótkiego istnienia była zbiorowością ludzi zewsząd; próbowano z nich skleić mityczne ciało Hydry, potwora o nieznanym pochodzeniu i eksperymentalnej tożsamości.

Kim byli? Trudno powiedzieć. Okoliczne chłopstwo, powojenni uciekinierzy z zapyziałych wiosek Kujaw i Mazowsza, inżynierowie z awansu, zdeklasowani przedwojenni inteligenci, szaraczkowie z zaścianków wschodniej Polski. Wszystkich poddawano socjalistycznej obróbce na ówczesną stalinowską modłę. Łatwym tworzywem byli ledwie przez chwilę. Rychło, bo już niespełna dziesięć lat od osiedlenia pierwszych mieszkańców na placu budowy, nowohucki lud upomniał się o kościół. Doszło do słynnych zamieszek. Komuniści odpowiedzieli represjami i od tej pory niemal bez przerwy historia tego eksperymentalnego miasta to przeplatanie się sztucznego komunistycznego rytuału z budzącym się powoli do życia polskim, zanurzonym głęboko w katolicyzmie, tradycjonalizmem.

Wyjątkowych momentów w tym procesie zyskiwania nowej tożsamości było wiele. Najpierw konsekracja w 1977 roku przez Karola Wojtyłę słynnej Arki Pana, poprzedzona dziesięcioletnim celebrowaniem mszy świętych pod otwartym niebem. Dwa lata później głośny zamach na pomnik Lenina, którego sprawców nigdy nie ustalono, a dzisiejsza plotka głosi, że była to prowokacja wymierzona w papieską mszę pod murami Arki. Potem wyjątkowo intensywny epizod solidarnościowej Komisji Robotniczej Hutników przy kombinacie im. Lenina. Po stanie wojennym uliczne protesty, które jak igrzyska gromadziły na ulicach tysiące manifestujących i goniących się z milicją młodych ludzi. W końcu rok 1989 i skuteczne wyrzucenie na śmietnik historii peerelowskich skojarzeń i nazewnictwa z poprzedniej epoki.

Jak długo tworzyła się tożsamość tego miejsca każąca z dumą mówić niedawnym przybyszom i tam urodzonym, że nie są z Krakowa, ale z Nowej Huty? Trzydzieści, czterdzieści lat? Jedno pokolenie? Dobrze znam tych ludzi. Zarówno żyjących jeszcze budowniczych socjalistycznego miasta, jak i ich dzieci. Nie mam wątpliwości, że wrośli głęboko korzeniami w tę ziemię. Nie potrafią widzieć świata z innej perspektywy niż nowohucka. Są bezkrytyczni i dumni z miasta, w którym spędzili całe życie. Cud zakorzeniania wydarzył się jakby kompletnie bez ich woli.

Jeszcze lepszym przykładem jest rosyjski Kaliningrad, z którym też wiążą mnie bliskie, rodzinne relacje. Poprzednik Kaliningradu, Koenigsberg, stolica Prus Wschodnich, był miastem do szpiku kości germańskim. Wynik wojny wygnał większość mieszkańców na tereny dzisiejszych Niemiec. Niewielka populacja rozbitków była wykorzystywana do prac rozbiórkowych i budowy nowego miasta. Niemieccy niewolnicy Stalina szybko wymarli. Resztę rozproszono, a do podnoszonej ze zgliszcz metropolii sprowadzono ludzi głównie z Białorusi i Ukrainy. Trochę Azjatów i przymusowo rodziny wojskowych do lokalnych baz. To była dopiero ludzka menażeria bez korzeni! Ukraińcy konkurowali z Rosjanami. Białorusini udawali, że ich nie ma. Azjaci tworzyli zręby szarej strefy.

Jak daleko było im do niemieckiej przeszłości? Sowieci próbowali zabić tradycję. Zburzono zamek i kościoły. W gruzy obrócono budynki użyteczności publicznej i uniwersyteckie aule. Amorficzne sowieckie miasto zbudowane na nienawiści i micie wojny ojczyźnianej miało zepchnąć koenigsberską tradycję w mroki średniowiecza. Czy się udało? Jeszcze w latach 80. mój kaliningradzki kuzyn opowiadał o fascynacji swoich rówieśników historią i podarował mi wykonaną nielegalnie chorągiewkę z wizerunkiem nieistniejącego zamku i pisaną gotykiem nazwą miasta. W istocie, jego pokolenie zwariowało na punkcie odnalezienia szczątków historycznej tożsamości i zakorzenienia się w tej ziemi. Dziś wszyscy są lokalnymi patriotami. Koenigsberg i jego rycerskie tradycje widać na każdym kroku i w każdym kiosku z pamiątkami. A i myślenie o świecie mają urodzeni w mieście Kanta zgoła niemoskiewskie.

Nie mam wątpliwości, że dokładnie to samo wydarzyło się na polskich ziemiach zachodnich. To prawda, w połowie lat 40. były zasiedlane głównie przez przywiezionych pociągami, paradujących w parcianych portkach Zabużan. Pięknie, choć fałszywie, uwiecznił ich w „Samych swoich" Sylwester Chęciński. Fałszywie, bo na ziemie zachodnie licznie przybywali również ludzie z Polski centralnej, zburzonej Warszawy, Wileńszczyzny. Pogruchotani psychicznie lub żądni przygód.

Zajmowali domy po ledwie co deportowanych Niemcach. Pościel w łóżkach była jeszcze ciepła. Garnki na piecach pachniały niedokończonym obiadem. Długo trwało, zanim uwierzyli, że Niemcy nie wrócą. W szczególnych przypadkach prawie pół wieku. W końcu uwierzyli i zaczęli wrastać korzeniami w tradycję Wrocławia, Głogowa i Lwówka Śląskiego. Odkryli historyczne tradycje tej ziemi. Jej siłę, urodę, docenili newralgiczne położenie przy dwóch granicach. Dziś mają świadomość, że są bliżej środka Europy niż Kraków czy Warszawa. Zakorzenieni od nowa, zapomnieli o cieniach Lwowa i Stanisławowa. Przesiąkli lokalnym genius loci i nie wyobrażają sobie innego życia. Kiedy ich spytać, kim są, nie mają wątpliwości. „Dziadkowie z Żółkwi, ale my już stąd. A te zabytki? Przecież niemieckie. Nie niemieckie. Tutejsze. Po prostu nasze. Jesteśmy dziedzicami ich tradycji. Tradycji tej właśnie ziemi. Jakie wykorzenienie? Nie ma ludzi bez korzeni".

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA