fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Przemysł Obronny

Koncern Sikorsky rozczarowany przegraną w helikopterowym przetargu.

Amerykanie po przegranym przetargu zmienią politykę w mieleckiej fabryce śmigłowców
Bloomberg
Amerykański koncern śmigłowcowy nie kryje rozczarowania po przegranym przetargu helikopterowym i zapowiada zmiany w podejściu do swoich zakładów w Mielcu.

- Jak każda firma funkcjonujemy w środowisku biznesowym, dlatego też właściciel analizuje teraz sytuację, co może mieć różne skutki dla PZL Mielec - informuje zarząd podkarpackiej firmy produkującej nowe wersje helikopterów S70i Black Hawk. Szefowie spółki nie precyzują jakie konsekwencje dla PZL Mielec będzie miało odrzucenie przez MON oferty Sikorsky Aircraft.

Władze firmy przypominają, że w 2007 roku to rząd RP zaprosił firmę Sikorsky, poprzez jej właściciela UTC, do zakupu 100 proc. udziałów słabnącej, podkarpackiej spółki w celu uratowania firmy oraz wprowadzenia produktu, z którym mogłaby dalej rosnąć. Był nim właśnie śmigłowiec Black Hawk. Niestety, nie znalazł on uznania polskich władz, mimo iż nadal w 28 krajach armie używają 4 tys. maszyn tego typu jako podstawowego śmigłowca wielozadaniowego.

Zawirowania wokół przetargu

W poniedziałkowym oświadczeniu zarząd PZL odnosi się też do wypowiedzi przedstawicieli MON, władz i ludzi polityki stawiających w niekorzystnym świetle konsorcjum PZL Mielec/Sikorsky Aircaft Corporation.

Zarząd wyjaśnia, że już w czerwcu 2014 roku przekazał MON kilkaset pytań dotyczących wymogów technicznych, gdyż te przedstawione w zapytaniu ofertowym odbiegały znacznie od ducha wcześniej prowadzonego dialogu technicznego. Jesienią zeszłego roku konsorcjum sygnalizowało MON, że mogą pojawić się trudności w spełnieniu literalnie wszystkich warunków przetargu. A w grudniu tego samego roku ówczesny prezes Sikorsky Aircraft Corporation Mick Maurer wysłał nawet list do ministra obrony narodowej oraz prezydenta RP informujący, iż Sikorsky nie może złożyć oferty. W końcu 2014 r. polsko amerykańskie konsorcjum jednak zmieniło zdanie i przystąpiło do przetargu. - Mieliśmy nadzieję, że MON doceni walory śmigłowca, pomimo luk formalnych w pełnej komplementarności naszej oferty z wymogami przetargowymi – informuje PZL.

Oręż dla helikoptera

Zarząd mieleckiej firmy w odpowiedzi na zarzuty, iż proponował nieuzbrojone maszyny przekonuje, że nie oferował w przetargu śmigłowca cywilnego bo Black Hawk nigdy takim nie był. Na całym świecie amerykański helikopter używany jest przez siły zbrojne lub organizacje paramilitarne – policję, straż graniczną, służby antynarkotykowe, itp. - mówią władze Mielca i argumentują, że wszelkie modyfikacje maszyny są rezultatem doświadczeń zdobytych na polu walki.

Jednak, wyjaśnia zarząd PZL - regulacje wewnętrzne koncernu UTC, właściciela Sikorsky i PZL Mielec, zabraniają sprzedaży broni. - Nie mogliśmy zatem zaoferować uzbrojonego śmigłowca bezpośrednio. Proponowaliśmy zakup broni przez rząd u dowolnego, wskazanego przez niego, polskiego producenta. Konsorcjum zainstalowałoby ją na śmigłowcach, zintegrowało i w efekcie wojsko otrzymałoby maszyny w pełni uzbrojone. Podobnie dzieje się przy wszystkich zakupach śmigłowców Black Hawk i w żadnym z nich taki sposób instalowania broni na maszynach nie był problemem twierdzą władze spółki.

Black hawki bez alternatywy

- Mieleckie konsorcjum nigdy nie planowało zaoferowanie większej maszyny, o czym informowaliśmy MON, ponieważ byłoby to rozwiązanie nieproduktywne, za drogie i niesprawdzone – przekonuje producent. Wyjaśnia, że nie mógł zaproponować śmigłowca o większych rozmiarach, choćby S-92, ponieważ jego cena jednostkowa sprawia, iż zakup planowanej przez MON liczby śmigłowców nie mieściłby się w przeznaczonym na to budżecie. Ponadto, nie jest on produkowany w Polsce. Zarząd PZL zapewnia, że oferowany Black Hawk spełniał wymagania MON w zakresie liczby przewożonych żołnierzy, ładowności i możliwości przewożenia ładunku zewnętrznego.

W poniedziałkowym oświadczeniu zarząd PZL odniósł się też do zarzutów, że złożył ofertę denominowaną w dolarach, a nie w złotych. - To również korporacyjna praktyka Sikorsky, stosowana także przez inne firmy na całym świecie. Z pewnością taki sposób denominowania nie miał żadnego wpływu na jakość oferty i samego produktu – twierdzą władze „Mielca".

Zarząd PZL podkreśla, że zaproponował Black Hawki bo oferowana wersja śmigłowca była jedyną możliwą, mając na uwadze zwłaszcza jakość maszyny już produkowanej w Polsce, której pierwsze egzemplarze

można by dostarczyć w 12 miesięcy od podpisania kontraktu. Z żadnym innym śmigłowcem rodziny Sikorsky nie byłoby to możliwe. - Zrobiliśmy to mając na uwadze miejsca pracy ponad tysiąca osób zatrudnionych w Mielcu właśnie przy tym śmigłowcu (na prawie 2200 pracujących w firmie) - podkreśla zarząd Polskich Zakładów Lotniczych w Mielcu.

Źródło: ekonomia.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA