fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Szułdrzyński: Jak po Smoleńsku

Michał Szułdrzyński
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Sytuacja związana z wyborami samorządowymi zaczyna przypominać to, co się działo po katastrofie smoleńskiej.

Przyczyny tamtego wypadku stały się osią politycznego podziału. To samo dzieje się z kompromitacją PKW i wynikiem wyborów. Nawet podziały przebiegają według tych samych linii co w sprawie Smoleńska – z wyjątkiem może wolty SLD.

Z jednej strony mamy więc Jarosława Kaczyńskiego, który obwieścił, że niemal na pewno wyniki wyborów zostały sfałszowane, zaostrza retorykę wobec Ewy Kopacz („Urban w spódnicy") i na 13 grudnia zapowiada wielką manifestację. W efekcie jego sympatycy, zamiast się zastanawiać, dlaczego ich ulubiona partia nie będzie rządzić w samorządach, przeżywają wzmożenie moralne i szykują się do protestu. Pojawiają się też opinie, że każdy, kto nie kwestionuje wyborczego wyniku, nie jest prawdziwym patriotą.

Z drugiej strony również obserwujemy zachowania podobne do tych sprzed czterech lat. Wówczas każdego, kto stawiał pytania o okoliczności tragedii smoleńskiej, od razu zapisywano do obozu wyznawców teorii spiskowej i oskarżano o to, że chce zepsuć relacje z Rosją. Dziś za samo używanie słów „fałszerstwo" czy „nieprawidłowości" grozi oskarżenie o nawoływanie do rewolucji. Prezydent Bronisław Komorowski i premier Kopacz stawiają znak równości między tymi, którzy twierdzą, że wybory sfałszowano, a tymi, którym zwyczajnie trudno uwierzyć w wyniki. Po Smoleńsku prezydent mówił o przyczynach katastrofy, że były arcyboleśnie proste. W zeszłym tygodniu o ludziach wątpiących w rezultaty wyborów mówił, że krążą w odmętach szaleństwa.

W efekcie wszystko stanęło na głowie. Okupacja PKW przez grupę prawicowych oszołomów staje się ważniejsza od skandalu, do jakiego w związku z niedziałającym systemem informatycznym dopuścili sędziowie z komisji. Zagrożeniem dla demokracji stają się nie ci, którzy narazili na szwank autorytet wyborów, ale ci, którzy stawiają pytania. A muszą się one zrodzić w głowie każdego rozsądnie myślącego człowieka po analizie wyników wyborczych.

Podobnie jak w przypadku katastrofy smoleńskiej po jednej stronie są ci, którzy wierzą liderowi PiS, więc podważają wynik wyborczy. Ale drugiej stronie też pozostaje wyłącznie wiara. 2 miliony głosów nieważnych, 24-procentowy wynik PSL – sympatycy PO wolą o tym nie myśleć. Nie łudźmy się, że wyroki sądów coś tu zmienią, tak samo jak smoleńskiej wojny nie zakończył raport Jerzego Millera.

Może zatem warto wyciągnąć wnioski z tamtej katastrofy. Gdyby teraz udało się szybko rozwiać wątpliwości w sprawie wyborów, nie stałyby się one powodem kolejnego szkodliwego podziału. Tylko czy któraś strona sporu jest tym w ogóle zainteresowana?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA