fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Anna Kozicka-Kołaczkowska: Piszczenie Stuhrów

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
A że ich kółku naprawdę chodzi o fetowanie historycznych zwycięstw zamiast klęsk zacznę wierzyć dopiero wtedy, kiedy rodzinę Stuhrów ujrzę wraz z Lisami 11 listopada na Marszu Niepodległości.
„Cham, głupiec i prostak" czyli „smród, prowincja, coś zatęchłego" – tak własnego, hipotetycznego widza wyobraża sobie Tomasz Lis wzbijając się w zawodowy lot. Modelowy odbiorca, dla którego Lis tworzy, nie tylko głupi, ale „ dużo głupszy, niż się nam wydaje" – jak zapewniał na medioznawczej konferencji naukowej - nie jest dopustem wyłącznie dla Lisa. Typ ten nie tylko nie pozwala Lisowi wznieść się na poziom dziennikarstwa CNN, BBC, nie wspominając o świetnej telewizji Al Jazeera, ale przy okazji prześladuje także Polaków.
O TVP można zapomnieć bez jakiejkolwiek szkody, człowiek zmuszony jest jednak bywać w spożywczaku albo na lotnisku, lubi posilić się orlenowskim hot-dogiem i wtedy grozi mu obijanie się o papierowy sektor konsumenta dziennikarstwa specjalnego. A tylko publika Lisa łyka „Newsweeka" na jednym wdechu, przyuczona do tego smaku. Głupota nie jeden raz bywa w życiu kapitałem.
Hipotetyczny nieborak, który łapie się na popisy Lisa występuje jednak w jego kontrakcie nie tylko jako beneficjent intelektualny, ale bywa także bohaterem. Niczym w zabawie lisa goniącego własny ogon, temu sztucznie ulepionemu, teoretycznemu debilowi wyposażonemu w cechy odpowiednio konweniujące z tym, w co warto go obdarzyć w danej sytuacji politycznej, powierza się rolę typowego, rzekomo, Polaka. Skąd jest już blisko do dowolnych, poręcznych uogólnień na temat jego ojczyzny.
Hasło „Męczarnia zwana Polską", które w tym tygodniu wymęczył Lis na okładkę swojego periodyku jest esencją tego procederu. Periodyk Lisa reklamuje niniejszym film „Obywatel", który właśnie zafundowaliśmy parze ojca i syna Stuhrów.
Nigdy nie rozumiałam fanów postaci odgrywanych przez Stuhra Jerzego. To dla mnie niemożliwe, by prostacki, przebojowy oszust, kombinator i cynik, a w najlepszym razie mułowaty poczciwiec bez wyrazu był pociągającym bohaterem dramatu. Aktorstwo Stuhra prezentuje się jako sprawność naturszczyka stworzonego fizjonomicznie i głosowo do ról plebejuszy. Owszem, rola Szwejka, osła z kreskówki jak najbardziej, jednak to tylko ten poziom i niewiele więcej. Potrafię zatem sobie wyobrazić, że będąc aktorem tak niszowo charakterystycznym można już na starcie kariery poczuć żal do polskiego repertuaru dramatycznego. Do całej literatury. Kultury i ducha Konradów, Kordianów, Kmiciców, Wokulskich, Judymów, Naczelników. Stuhr w roli Hrabiego Henryka z „Nieboskiej komedii" bowiem nigdy, ale i Pankracego jako wodza plebsu też, niestety, nie. Bo mówimy o emploi szeregowego Szwejka. Taki powie werset z „Wielkiej Improwizacji" albo jakieś słowo typu „ojczyzna", „patriotyzm", „honor", „idea", a ludzie uderzą w śmiech, bo widzą, że to tylko mały, śmieszny cwaniaczek robi sobie jaja.
„Niech ryczy z bólu ranny łoś"- w tej szekspirowskiej frazie można ująć ostatnie ekscesy Stuhrów. Zranione stworzenia gryzą, drapią i plują. Człowiek, który wzbogacił historię aktorstwa polskiego o typ miejskiego cwaniaczka tytułem jakiejś groteski ustanowił siebie wyrocznią i sądem nad historią i narodem. Sporządził film „Obywatel" o komicznym, złym idiocie Polaku, a głównie z tej przyczyny, że Polacy stracili serce do jego syna. Niespodziewanie bowiem okazało się, że prostaczki boże, które dotąd tak chętnie śmiały się z samych siebie mają odciski, a nawet wiedzą lepiej, co działo się pod Cedynią, Głogowem, czy w Jedwabnem.
„Absurdalny antysemityzm, płytki katolicyzm i histeryczny patriotyzm" – te trzy policzki wymierzają więc Polakom w odwecie Stuhry już na okładce periodyku Lisa. To zakres tematyki filmu „Obywatel", który kontynuuje motyw pechowca Piszczyka w polskim kinie. Dzieło wchodzi na ekrany w parę dni po otwarciu Muzeum Żydów Polskich. Stuhry piszczą do wtóru ze światem prawdziwych oprawców narodu żydowskiego, by nam nie było za dobrze.
Od lat odwiedzam Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie. Płaczę i faluję w rytm cudownej, klezmerskiej muzyki wraz z wielotysięczną masą polskich antysemitów. Takich gigantycznych meetingów jest w Polsce dużo. Może są gdzieś jeszcze w Europie, na świecie? Wygląda na to, że dla Stuhrów ważniejszy od żywego świadectwa Polaków jest wytropiony gdzieś paskudny bazgroł na murze spod ręki podejrzanego anonima.
Echo niesławy udziału młodszego Stuhra w filmowej fałszywce o tragedii Jedwabnego nie skłoniło widocznie obu aktorów do pobieżnej choć orientacji w jego dotąd niejasnej historii. Obaj wydają się naprawdę nie wiedzieć o przerwaniu wykopalisk w momencie, gdy z ekshumowanych czaszek jęły się sypać niemieckie kule. Wywiad Jerzego pełen jest za to schizofrenicznych stwierdzeń typu „Żyda już w Polsce nie ma, ale jest absurdalny antysemityzm". Przykładem polskiego absurdu ma być, przy okazji, rezerwa ludności w stosunku do jego ojca. Prokuratora w latach 1940/50 branego, w dodatku, za Niemca. Prawda o NKWD równie nie mąci jego klarownej wizji świata.
A ja wychowałam się na opowieści o pięknej cioci mojej mamy, która przez całą wojnę ukrywała żydowską dziewczynkę. O małej cioci Kazi, którą schwytał Ślązak w niemieckim mundurze, gdy zapragnęła przemycić do getta torebkę mąki dla przyjaciółki.
Stuhrów męczy płytkość polskiego katolicyzmu, jego „stęchlizna", którą znamy już z ust Lisa. Wolą oni Europę, gdzie kościoły się zwijają. Nic to nowego. Nie ma takiego prostaka ani lewaka, którego by nie raził brak katolickiej głębi. Tylko w czasach pacyfikowania „Solidarności" zamordowano wielu księży w imię socjalistycznej głębi. Obaj Stuhrowie na msze wprawdzie nie chodzą, jednak wiedzą, że liturgia polskich księży nie zaspokaja ich gustów. Ksiądz, który okłada człowieka krzyżem na stronie tego samego numeru „Newsweeka" w porażającej chamstwem, ksenofobią, brakiem tolerancji, a zwłaszcza kultury karykaturze Sawki powinien mieć szturzą postać.
Historia ofiar Lisów i Stuhrów jest zdaniem ich idoli także pasmem niewartych pamięci klęsk od Cedyni po „Solidarność". Zero zaskoczenia. Stuhr Jerzy śmiało rozporządza funduszami Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej na cele twórczości własnej, a nakręcenie historii Roja i innych polskich, narodowych bohaterów uważa za bezcelowe. Głębia jego dzikiej, źle zagranej miny oraz bufonowatego uwodzicielstwa syna na okładce periodyku Lisa ma pokręcić ze wstydu jej adresatów. Ale nie pokręci.
Lanse Stuhrów w gazetach, laury festiwalowe, przymusowe projekcje ich filmów, wciskanie Stuhrów do antyreklam niczego już nie dadzą. A że ich kółku naprawdę chodzi o fetowanie historycznych zwycięstw zamiast klęsk zacznę wierzyć dopiero wtedy, kiedy rodzinę Stuhrów ujrzę wraz z Lisami 11 listopada na Marszu Niepodległości.
Źródło: W Sieci Opinii
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA