fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja i wychowanie

Studenci kupują prace magisterskie. Zajmą się tym śledczy

Nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym pozwoli na śledzenie kariery absolwenta uczelni na podstawie danych ZUS
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Studenci chętnie zlecają pisanie prac dyplomowych. Takimi sprawami zajmują się śledczy.
Prokuratura w Gorzowie Wielkopolskim oskarżyła 15 studentów o przywłaszczenie autorstwa prac dyplomowych. Zgodnie z art. 115 prawa autorskiego grozi im do trzech lat pozbawienia wolności. W wyniku postępowania na uczelni mogą też stracić tytuł magistra czy licencjata.

Prokuratura ?wyręcza uczelnie

W gorzowskiej prokuraturze trwa postępowanie przeciw klientom firmy zajmującej się pisaniem prac dyplomowych na zlecenie. W jej siedzibie w Krakowie zabezpieczono 346 wzorów prac. Ich autorami były 24 osoby tam zatrudnione. Pisały głównie prace licencjackie i magisterskie. Jedno postępowanie dotyczy pracy ze studiów podyplomowych.
– W niektórych wypadkach po uprawomocnieniu się skazującego wyroku sądu do poszczególnych uczelni trafiły z prokuratury wnioski o wszczęcie postępowania administracyjnego stwierdzającego nieważność nadania tytułu zawodowego – mówi Magdalena Piasecka z Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wielkopolskim.
I dodaje, że z usług tej firmy korzystali studenci zarówno z większości znanych i prestiżowych uczelni publicznych, jak i niepublicznych. Czy firma usłyszała jakieś zarzuty? Na tym etapie śledztwa prokuratura nie chce udzielać takich informacji.
Proceder pisania prac na zlecenie bardzo trudno udowodnić, bo firmy zajmujące się tym deklarują, że sprzedają jedynie ich wzory. W regulaminach zastrzegają, że mogą one służyć studentom jedynie jako baza pod właściwą pracę dyplomową. W praktyce studenci rzadko zmieniają w nich choćby przecinek.
Uczelnie problem znają i piętnują, ale niewiele chce przyznać, że to ich studenci zlecali innym pisanie swoich prac dyplomowych.
– Okazało się, że pięcioro absolwentów Uniwersytetu Łódzkiego korzystało z usług tej firmy. Już sprawy trzech z nich zostały skierowane do postępowania administracyjnego o unieważnienie dyplomów, ale nie zostały jeszcze zakończone prawomocnymi decyzjami rektora – mówi Tomasz Boruszczak, rzecznik UŁ.
– Na Uniwersytecie Warszawskim student przez pomyłkę wysłał e-mail z instrukcjami, jak napisać pracę, do swojego promotora zamiast do zleceniobiorcy. Został wydalony z uczelni – mówi Piotr Müller, przewodniczący Parlamentu Studentów RP.

Inżynierom trudniej

O tym, że zjawisko jest powszechne, świadczy ogromna liczba ogłoszeń w sieci. Tylko na jednej ze stron internetowych, Ogłaszamy24.pl, jest aż 3 tys. ofert napisania pracy. Zajmują się tym doświadczeni magistrowie, grupy polonistów, a nawet pracownicy naukowi. Zapewniają, że tworzą prace od podstaw i weryfikują ich oryginalność w programach antyplagiatowych. Koszt takiej usługi to średnio 25 zł za stronę A4. Licencjat średnio liczy ok. 40 stron, czyli można go kupić za ?1 tys. zł. Praca magisterska to koszt nawet 2 tys. zł.
Na internetowe ogłoszenia autorzy odpowiadają natychmiast. Na nasze fikcyjne zlecenie dostaliśmy kilka ofert w pół godziny. Zleceniobiorcy z sieci bardzo uważają, by przypadkiem nie zdradzić swoich danych.
– Piszą licencjaty, magisterki, a nawet doktoraty – opowiada Piotr Müller. – Panuje wśród studentów powszechne przekonanie, że to nic złego. Uważają wręcz za coś urągającego swej godności spędzanie tygodni w bibliotekach, kiedy za odpowiednią opłatą może ich w tym wyręczyć ktoś inny – tłumaczy.
Jak twierdzi Ewa Chybińska, rzecznik Politechniki Warszawskiej, niezwykle rzadko zdarza się, by niesamodzielnie pisali prace inżynierowie. – Są one wynikiem badań laboratoryjnych i prac badawczych. Promotor widzi ich postępy w toku zajęć – mówi.
Choć w raportach Polskiej Komisji Akredytacyjnej nigdy nie pojawił się wniosek, że studenci biorą udział w takim procederze, jej przewodniczącemu Markowi Rockiemu zjawisko jest doskonale znane.
– Studenci, którzy zlecają pisanie prac innym, wyrządzają ogromną krzywdę przede wszystkim sobie – zwraca uwagę. – Ich faktyczne umiejętności sprawdzi potem pracodawca. I oceni, czy absolwent uczelni oprócz dyplomu ma także odpowiednie kwalifikacje.
– W obecnym stanie prawnym wymóg samodzielnego pisania pracy powinien być warunkiem wynikającym z regulaminu studiów danej uczelni – mówi Marcin Chałupka, ekspert w dziedzinie prawa o szkolnictwie wyższym.
Według Rockiego każda uczelnia powinna stworzyć wewnętrzny system zapewniania jakości prac dyplomowych. – Promotor w toku prac na seminarium dyplomowym powinien stopniowo sprawdzać postępy w pisaniu pracy i weryfikować samodzielność studentów – uważa.

Ważna rola ?promotora

Uniwersytet Łódzki zjawisko podpisywania własnym nazwiskiem cudzych prac uznaje za naruszenie zarówno obowiązujących przepisów, jak i dobrych obyczajów oraz interesu społecznego. I zapewnia, że w trosce o wysoką jakość kształcenia na UŁ w programach wszystkich kierunków uwzględnia się zajęcia z ochrony prawa autorskiego.
– Nauczyciele akademiccy na UŁ kładą nacisk na bezpośrednią indywidualną pracę z każdym studentem. Ponadto mogą korzystać z systemu antyplagiatowego – dodaje Tomasz Boruszczak.
Dominika Narożna, rzecznik Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, podkreśla, że pracownicy mają świadomość, iż przypadki zlecania pisania prac dyplomowych innym osobom zdarzają się w społeczności studenckiej. – Na większości kierunków odbywają się zajęcia z ochrony własności intelektualnej – zapewnia.
Uniwersytet Warszawski dąży do tego, by seminaria dyplomowe odbywały się w jak najmniej licznych grupach. – Prowadzący może wtedy na bieżąco monitorować postępy magistranta. Wydaje się, że najbardziej skuteczną metodą przeciwdziałania plagiatom jest praca promotora ze studentem – mówi Olga Basik z biura prasowego UW.
Promotorzy Szkoły Głównej Handlowej w razie domniemania, iż pracę dyplomową lub jej fragmenty przygotowano niesamodzielnie, przekazują niezwłocznie taką informację do właściwego dziekana i odmawiają jej przyjęcia. Taki zapis uczelnia umieściła w swoim wewnętrznym rozporządzeniu.

Co na to prawo

Projekt nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym, którym zajmuje się parlament, zawiera przepis, że warunkiem przystąpienia do egzaminu dyplomowego jest pozytywna ocena pracy dyplomowej.
– Jeśli intencją autorów jest uczynienie napisania pracy dyplomowej warunkiem uzyskania dyplomu, to należy to napisać jednoznacznie – uważa Marcin Chałupka. – Brzmienie projektowanego art. 167a¹, podobnie jak dzisiejszego § 5 rozporządzenia ministra nauki i szkolnictwa wyższego z 2011 r. w sprawie tytułów zawodowych nadawanych absolwentom, w połączeniu z prawem określania warunków ukończenia studiów i dopuszczania do egzaminu dyplomowego przez uczelnie w ich regulaminach studiów takiej jednoznaczności nie sprzyja.
Projekt nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym w art. 167a² wprowadza dodatkowo definicję pracy dyplomowej jako samodzielnego opracowania, nie trzeba więc będzie tego wymogu poszukiwać w regulaminie studiów.
– Już dziś jednak, jeśli student potwierdziłby samodzielność swej pracy fałszywie i w związku z tym uzyskał tytuł zawodowy, ryzykuje odpowiedzialność karną za wyłudzenie poświadczenia nieprawdy. Przedłożenie niesamodzielnej pracy można też zakwalifikować jako czyn uchybiający godności studenta, a więc potencjalnie powodujący odpowiedzialność dyscyplinarną – dodaje Marcin Chałupka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA