fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Wotum zaufania jak gra na czas

ROL
Matematyczna większość ?w Sejmie nie oznacza, że rząd ma poparcie społeczne – ocenia ekspert.
Dziesięciominutowe wystąpienie w imieniu klubów to najkrótsza debata nad wotum zaufania dla rządu, jaka kiedykolwiek odbyła się w Sejmie.
Nikt nawet nie udawał, że chodzi mu o rzetelną dyskusję na temat słabych i mocnych stron swojego rządu – tylko o głosowanie.

Uspokojenie sytuacji

– To jest zgrany gest, ale skuteczny – mówił wczoraj RMF Leszek Miller, lider SLD. – Premier kupuje sobie w ten sposób czas.
Procedura wotum zaufania to z całą pewnością kupienie sobie kilku miesięcy na uspokojenie zaognionej sytuacji politycznej.
Szef rządu zapewne liczy, że wystarczy to przynajmniej do wyborów samorządowych, które odbędą się w listopadzie.
Wbrew jednak słowom Millera procedura wotum zaufania w trybie artykułu 160 konstytucji, a więc w trakcie trwania kadencji rządu, wcale nie jest taka zgrana. Od 1997 r., czyli od momentu uchwalenia obecnej konstytucji wokół takiego wotum, trzy razy koncentrowała się debata polityczna – w ubiegłą środę, gdy Donald Tusk poprosił o poparcie większości sejmowej, wcześniej półtora roku temu jesienią 2012 r., gdy Donald Tusk wygłaszał tzw. drugie exposé, oraz poprosił Sejm o wotum zaufania 11 lat wcześniej, 13 czerwca 2003 roku, gdy z takim wnioskiem wystąpił właśnie Leszek Miller.

Chwyt PR-owy

Wszystkie te przypadki są diametralnie różne. W 2012 r. Donald Tusk poszukiwał nowego otwarcia po fatalnym początku roku na progu drugiej kadencji.
Przygotował kilka nowych propozycji i rytualnie poprosił Sejm o dowód, że koalicja ma większość.
Również w środę szef rządu nie musiał się martwić, iż wotum zaufania nie uzyska, bo koalicjant wcale nie zamierzał się pożegnać z władzą. Pokazanie, iż ma większość w Sejmie, miało charakter jedynie PR-owy.
– Z góry było wiadomo, że PSL nie przyczyni się do wcześniejszych wyborów, bo nie zaryzykuje walki o samorządy z pozycji członka upadłego rządu, tylko zechce utrzymać wszystkie instrumenty, którymi dysponuje urzędująca administracja ?– mówi prof. Kazimierz Kik politolog z Uniwersytetu w Kielcach.

Millera walka o życie

Tymczasem Miller musiał pracowicie ciułać poparcie dla swojego rządu, bo od kilku miesięcy, po zerwaniu koalicji z PSL (do tego zerwania doszło cztery miesiące po wyborach samorządowych), nie dysponował już gwarantowaną większością, a więc przy ważnych głosowaniach musiał o nią zabiegać w różnych klubach, m.in. korzystając z głosów Samoobrony lub Polskiego Bloku Ludowego, odłamu Samoobrony. Co gorsza, szef SLD miał w partii bunt wspierany przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który rozpoczął konsultacje polityczne, m.in. na temat wcześniejszych wyborów.
Akcja miała na celu zmuszenie Millera do ustąpienia ze stanowiska szefa rządu i pozostawienie mu jedynie partii do zarządzania. Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu jak dotąd nie przeszło przez myśl, żeby zwrócić się przeciwko Tuskowi, a i w PO nie ma nastroju buntu.
Co ciekawe, Miller w niesłychanie trudnej sytuacji 2003 roku otrzymał niemal tyle samo głosów co Tusk w komfortowych warunkach. Rząd Millera poparło 236 parlamentarzystów, a 213 osób było mu przeciwnych.
Teraz rząd Tuska poparło 237 osób, a 203 były przeciwne. Warto przy tym dodać, że w tym drugim przypadku opozycja nie miała pojęcia, iż tego dnia dojdzie do głosowania nad wotum zaufania, a partie koalicyjne owszem, a więc zawczasu zadbały o frekwencję. Na głosowanie został ściągnięty nawet skompromitowany podsłuchami Sławomir Nowak, który wcześniej zapowiedział, że kończy swój romans z polityką.

Po co procedury

– Donald Tusk posłużył się socjotechnicznym trikiem ?– ma swoją marszałek Sejmu, która skraca drogę kluczowych wniosków, i wykorzystał to w przypadku wotum zaufania – komentuje prof. Kik.
I dodaje, że lider PO już dawno doszedł do wniosku, iż demokracja utrudnia mu rządzenie. Dlatego przestał zwracać uwagę na procedury.
– Ja to nazywam zneutralizowaniem procedur demokratycznych dzięki opanowaniu wszystkich kluczowych ośrodków władzy – mówi politolog.
Kik jest jednak zdania, że środowe zwycięstwo Tuska okaże się pyrrusowe, tak samo zresztą jak zwycięstwo Millera sprzed 11 lat.
– I wtedy, i teraz mamy do czynienia z rozjeżdżaniem się arytmetyki sejmowej i społecznej – wyjaśnia politolog. – W parlamencie koalicja będzie miała matematyczną większość, ale w społeczeństwie i w mediach już nie, co zaowocuje jej klęską w następnych wyborach parlamentarnych. Tak samo jak klęską SLD były wybory 2005 roku.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA