fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Suwerenność Szubienicznej Tońki

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
Geny są silniejsze od nas. Być stworzonym przez tatusia, z którego ust do końca życia nie padło nawet słowo „dupa”, wydaje się dziś postacią współczesnego zespołu downa.
Pamiętać tamte dyskusje, czy „cholera" to przekleństwo. Nie zapomnieć tej ironii i dobrotliwego, uśmiechniętego politowania dla proletariusza nie radzącego sobie z wyrażeniem swojej umysłowej biedy, wybuchającego cuchnącym, językowym pawiem.W postkomunie ludzie kultury to umarła klasa. Plugawe słowa dobiegają z ławki zakochanych, znad dziecięcych wózków, osaczają z ekranów.
Schamienie języka jest jednym z naczelnych sukcesów 25 lat III RP. Jest tototalitaryzmem potomków bojców ze Wschodu, entuzjastów filmowego Franza Maurera, subkultury fali z żołdackich koszar i więziennych cel. To późny sukces Stalina i Hitlera, Syberii i Auszwicu. Sznyt lewackiej hołoty tak głupiej, że gotowej uważać „Ferdydurke" za swoją literaturę. Fascynacja Walkiem – gombrowiczowskim parobkiem i moda na lewicowy prymityw nie dość dosłownie widać są w niej wykpione. Po prostu, w tym towarzystwie trzeba krzyknąć: „Dupa!" – i dopiero wtedy mamy rżenie uciechy.
Od języka nagranych skrycie, prywatnych rzekomo rozmówek przy obiadku na koszt państwa rumieni się klawiatura. Nie sposób cytować plugawych słów i porównań rzucanych bez opamiętania przez panów polskiego, narodowego losu. Przekleństw ewidentnie naturalnych dla wnętrza i zewnętrza tego środowiska (patrz cytata z języka żony Sławomira: „Wsadzą mnie do więzienia, k...a").  To wszystko w towarzystwie obrażonych na profesor Pawłowicz za „Pastucha bydła", w kółku adoracji obrzępały czepiającego się przechodzącej kobiety, „znieważonego" krótkim: Spieprzaj, dziadu!
Polska została w ich słowach upodlona, sponiewierana, rzucona na kolana i żadne nerwowe, perwersyjne, telewizyjne wyszukiwanie dzieci umarłych w łonach matek oraz innych, świeżych trupów tego nie wymażą. Wszystkim nie sposób obciąć głów. Mowa wyżartych przyjaciół „Sowy", której jesteśmy hojnymi chlebodawcami, to nie tylko bowiem język prymitywa. To potwarz narodu. Bierzemy w gębę od gombrowiczowskiego Walka, a w tym laniu nie tyle sam odór z walkowej paszczy jest najgorszy, co jego przełożenie na pogardę.
„SUWERENNOŚĆ SRELNOŚĆ" – tak podle, chociażby, potrafi wyśmiać polską wolność dysponent wszystkich, polskich pieniędzy.
„Jesteśmy Polakami. Polska jest naszą matką. Nie wolno mówić o matce źle" - to pierwsze przykazania starego katechizmu Polaków w Niemczech spod znaku Rodła. Śmiej się pastuchu! Pękaj, Walku, z radochy! Kpij, parobku!
„K...a, ja go ściągnąłem na wiceministra finansów" – a tak się wyraża troska o kadry w kraju, gdzie on, grupa i kamieni kupa.
Bo w rozmowie prywatnej można być sobą. Można mówić tak, jak się lubi najbardziej, jak się potrafi, czuje i myśli. Kto nie zaszczepił się wpierw za pomocą taśmy z tekstami ochrypłych przyjaciółek senatora Piesiewicza zgarniętych przez niego na stacji benzynowej dla miłej konwersacji, ten miał obecnie pewnie trochę gorzej. Takie są jednak prawdziwe teksty własne tych gombrowiczowskich postaci.
To one piszą NAM elementarze, układają spisy lektur, budują pomniki, muzea, urządzają telewizję i podróże, obmyślają coraz doskonalsze represje i nieustannie kombinują, jak pozbawić nas polskiej złotówki w zamian za swoją europejską posadkę... wymieniać by bez końca.
Ale nie myśl Walek, że koniecznie trzeba siedzieć pod waszym stołem, nagrywać cuchnące dialogi wasze, waszych żon i kochanek, żeby nie widzieć tej parodii, rui i porubstwa, gdy w jakiejś chwili zechcecie zadawać przed nami szyku. Wasz język jest prostacki także, gdy dukacie swoje przemówienia całkiem poważnie i na pokaz, udając że potraficie czytać lub mówić. Wasze cienkie, nieszkolone głosiki są komiczne. To jest prawdziwy, polski teatr buffo.
I nie chciało wam się zapaść pod ziemię, kiedy Barack Obama przemawiał na Placu Zamkowym? Zgaduję, że mimo wszystko nie. Honor i klasa to nie rzecz walkowa.
Bo wasz język, to nie tylko mowa waszej rodziny, środowiska, uszu i głów, ale przede wszystkim, kod waszych niemytych dusz, Walek. Myślicie, że waszymi duszami nie są znaczone wasze fizjonomie? Wasze twarze są kopiami facjaty Franza Maurera.
Nie zazdroszczę. Gdy w końcu wychodzicie z tej drogiej knajpy fundowanej przez naród, z którego robicie sobie pośmiewisko, gdy zdejmiecie te służbowe ubranka i zegarki, jakże dyzmowate, wasza dusza dalej rozsiewa odory wśród potomstwa, idzie za wami do łóżka, w którym, jak się okazuje, gęsto padają na co dzień wasze i żonine k...y, roje, kupy i wszystko inne. Co dzieje się w  urzędowych gabinetach strzeżonych z równą waszej maestrią, gdy tym bardziej jesteście kimś ważnym, lepiej nie fantazjować, ponieważ wasza niemyta, srelna, niesuwerenna dusza jest wciąż z wami. Takim nie pomogą nie tylko zegarki i garniaki, ale nawet najlepsze samoloty i samochodowe bestie Obamy.
We „Wniebowzięciu Szubienicznej Tońki" komunizujący, przedwojenny patron reporterów Europy - Egon Erwin Kisch - opisał praską prostytutkę. Z dobrego serca zdecydowała się ona obdarować sobą kryminalistę skazanego na szubienicę, którego nie godziły się tknąć jej koleżanki. Jest to ładne opowiadanie, bowiem autor osądził, że dziewczyna z dna rynsztoka miała piękną duszę, i że jej Pan Bóg, w którego wierzyła, na pewno to docenił. Widzisz, Walek, ta czeska prostytutka była suwerenna, a nie srelna.
Lepiej by więc ci Walek było być Szubieniczną Tońką, bo historia lubi pamiętać i jest nauczycielką także po życiu.
Źródło: W Sieci Opinii
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA