fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Lech Kaczyński był moim promotorem - Stelina o tym jak został prawnikiem

Jak zostałem prawnikiem...dla „Rz” | prof. Jakub Stelina dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego
Od kiedy pan, dziekan Wydziału Prawa, wiedział, że chce być właśnie prawnikiem?
Już w szkole średniej bardzo interesowałem się historią starożytnego Rzymu – a więc także prawem rzymskim. Czytałem podręczniki, słowniki, znałem paremie łacińskie. Dlatego właśnie wybrałem prawo.
Nie rozczarował się pan?
Samo zainteresowanie prawem rzymskim jakoś w toku studiów mi minęło. Ale ja studiowałem w ciekawych czasach. To był przełom lat 80. i 90. Było podczas naszych studiów sporo takiego, można powiedzieć, folkloru...
Co ma pan na myśli?
Często np. namawialiśmy profesorów, żeby zajęcia nie odbywały się na sali wykładowej, tylko w restauracji czy kawiarni. Sporo meandrów prawa zgłębiliśmy ?np. w sopockiej kawiarni Złoty Ul. Dziś już chyba nie istnieje. Inny profesor ciągle spóźniał się na zajęcia. Czasem nawet 45 minut, ale mówił nam zawsze, że zajęcia nieodwołane na pewno się odbędą. Kiedyś czekaliśmy półtorej godziny ?i uznaliśmy, że chyba już jednak profesor do nas nie dotrze. Wyszliśmy z uczelni i wtedy zobaczyliśmy jednak, że idzie od strony kolejki, tak więc szybko wróciliśmy. Profesor chyba sam uznał, że tym razem jednak za bardzo się spóźnił, bo zaczął się tłumaczyć – że niby pomyliły mu się budynki i szukał nas w zupełnie innym miejscu. Nie wiedział, że widzieliśmy, iż dopiero przyjechał.
Dziś na Wydziale Prawa Uniwersytetu Gdańskiego też zdarzają się takie rzeczy?
Nie, dziś już takich przypadków nie ma.
Trzyma pan jako dziekan wydział twardą ręką?
Nawet nie o to chodzi. Mamy po prostu już inne czasy. Dziś raczej studentom nie przychodzi do głowy, żeby zaproponować profesorowi wyjście do kawiarni.
A jak pan radził sobie jako student?
Raczej dobrze. Chociaż pamiętam, że podczas jednego z egzaminów ustnych profesor zasnął.
Ale nie opowiadał pan o prawie pracy?
Nie, to była inna dziedzina prawa.
Zdał pan wtedy?
No właśnie, dostałem piątkę.
A jak to się stało, że rozpoczął pan pracę naukową w dziedzinie prawa pracy?
To przypadek. Po prostu zaproponowano mi asystenturę w tej katedrze.
Ale chyba musiał się pan wykazać wcześniej wiedzą z tego przedmiotu.
Dość dobrze poszedł mi egzamin. Pamiętam, że razem ze mną zdawał kolega, którego promotorką była egzaminująca nas pani profesor. Chyba nie był zbyt dobrze przygotowany. Może uznał, że własna promotorka go nie obleje. Pytała go o zasady prawa pracy, ale takie, które nie wynikają z kodeksu pracy. Kolega zaczął od tego, że określa je kodeks. Dostał od swojej promotorki kodeks, żeby je znaleźć. Kartkował z zapałem, ale oczywiście?ich nie znalazł. Na jego tle ja chyba wypadłem dość dobrze. Jeszcze podczas studiów zaproponowano mi staż w katedrze. Zostałem na uczelni, zacząłem pisać doktorat. Moim promotorem był zresztą prof. Lech Kaczyński.
Jak do tego doszło?
Prof. Kaczyński przestał być wtedy prezesem NIK, wrócił na uczelnię. Zajmował się układami zbiorowymi, a ja pisałem o tym w swojej pracy doktorskiej. Objął patronat nad rozprawą, pomógł mi doprowadzić ją do końca. Bardzo mi pomógł. Moim zdaniem prof. Kaczyński był jednym z najwybitniejszych teoretyków prawa pracy. Później znów zajął się polityką, dlatego mój doktorat był jedynym, który został wypromowany przez przyszłego prezydenta.
Nie ciągnie czasem pana ?do praktyki?
Czasem tak. Ale praca naukowa wymaga przede wszystkim dużo czasu. Trudno byłoby mi pogodzić jedno z drugim.
—rozmawiała Katarzyna Borowska
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA