fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Black Sabbath wróci do Polski

Black Sabbath
materiały prasowe
Dwugodzinne koncert zespołu Ozzy'ego Osbourne'a zachwycił publiczność, która szczelnie wypełniła łódzką Atlas Arenę. Black Sabbath zaprezentowało się w zaskakująco wyśmienitej formie. Ozzy obiecał powrót zespołu do Polski, już za rok - pisze Jacek Nizinkiewicz.
Black Sabbath należą do największych kaskaderów rocka. Obok The Rolling Stones i Motörhead, grupa Ozzy Osbourne przez ostatnie 45 lat najsumienniej wprowadzała w życie hasło „sex, drug and rock n'roll". Hedonistyczny tryb życia wyniszczał członków grupy, którzy przez ostatnie dwie dekady z różnym rezultatem radzili sobie w muzycznym biznesie. Dodatkowe choroby - nowotwór gitarzysty Tony'ego Iommi, dwa zawały serca Billy Warda - prawie pogrzebały możliwość powrotu na scenę czwórki z Birmingham. Aż do czerwca zeszłego roku, kiedy grupa, w składzie: Ozzy Osbourne, Tony Iommi i Geezer Butler, pod okiem genialnego producenta Ricka Rubina, wróciła z pierwszym od 35 lat premierowym  albumem zatytułowanym "13". Billy Ward nie uczestniczył w sesji nagraniowej i trasie zespołu z powodów zdrowotnych. Na płycie muzyka zastąpił Brad Wilk z Rage Against The Machine i Audioslave, a na koncertach świetny bębniarz z solowego składu Osbourne'a i Roba Zombie - Tommy Clufetos. Album „13" okazał się wielkim sukcesem artystycznym i komercyjnym, a grupa ruszyła w światową trasę koncertową, na którą bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.
11 czerwca, pierwszego dnia Impact Festival, grupa dotarła również do Polski. Przed koncertem fani Black Sabbath nie kryli obaw. Czy Ozzy poradzi sobie wokalnie, czy będzie mamrotał do mikrofonu, jak mu się często zdarzało w przeszłości? Czy Iommi, wciąż biorący leki, jest wystarczająco silny po chorobie? Czy narzekający na wiek, najmłodszy w zespole, 64-letni Geezer Butler napędzi machinę Black Sabbath, jak za najlepszych lat? I wreszcie, jak publiczność przyjmie nowego perkusistę?
Po 21.00 wszystko było jasne. Od pierwszych taktów klasycznego „War Pigs" grupa miażdżyła potęgą brzmienia i precyzją wykonania. Zanim wyszli na scenę, Ozzy zza fioletowej kurtyny zaintonował „Ole, ole", które publiczność błyskawicznie podchwyciła i tak rozpoczęło się rockowe szaleństwo.
Osbourne, mistrz ceremonii, był w bardzo dobrej formie wokalnej i fizycznej. Lepszej niż podczas wcześniejszych solowych koncertów w Polsce i występu grupy w katowickim Spodku w 1998 roku. Lider grupy bez zarzutów radził sobie w każdym utworze. Biegał po scenie, klękał przed gitarzystą, polewał publiczność wodą i przed wszystkim śpiewał czysto i mocno. Ojciec chrzestny heavy metalu, Tony Iommi, mimo, że leczy się po udanej walce z rakiem, wykonał swoje partie perfekcyjnie, a na jego ustach często gościł uśmiech. Okazuje się, że żeby zabrzmieć ciężko i energicznie, nie potrzebne są w składzie trzy gitary.
"Wystarczy" gitarzysta klasy Tony'ego Iommi. Motorem grupy jest basista Geezer Butler, grający palcami, nie kostką. Butler był absolutnie skupiony na swojej grze. Perfekcyjnej w każdym momencie. „War Pigs", z drugiej płyty „Paranoid", śpiewała cała Atlas Arena.  Masywny riff „Into the Void" zmiażdżył publiczność, która szalała, a Ozzy biegał po scenie krzycząc prowokacyjnie w stronę publiczności: „I can't fucking hear you!". Wśród widowni znajdowali się równolatkowi muzyków, osoby nawet starsze, ale jednak dominowało pokolenie, które nie pamięta czasów świetności grupy z początku lat 70-tych.
Dalej usłyszeliśmy „Under the Sun/Every Day Comes and Goes" z klasycznego „Vol. 4", a po nim z tej samej płyty „Snowblind". Ozzy doceniając entuzjazm publiczności co rusz dziękował: „God bless you!" i dodał: „You are number 1". Formacja nie grała tylko starych piosenek, ale prezentowała również utwory z najnowszej płyty. Okazało się, ze na żywo nowe kompozycje niczym nie ustępowały klasykom. Widownię porwał ponad siedmiominutowy, ciężki jak czołg, melodyjny utwór „Age of Reason". Ale apogeum szaleństwa pod sceną miało miejsce podczas klimatycznego metalowego bluesa „Black Sabbath". W tle sceny na telebimach zamiast zdjęć muzyków, filmów i logo pojawił się padający ciemnozielony deszcz. Upiorne bicie dzwona i ten riff, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. Owacjom nie było końca.
Również z debiutanckiego albumu usłyszeliśmy „Behind the Wall of Sleep", które nie zestarzało się ani o sekundę mimo 44 lat jakie minęły od premiery krążka „Black Sabbath". Kolejnym żelaznym punktem programu był legendarny utwór z tej samej płyty - „N.I.B.". Po solowej wprawce na basie Butlera usłyszeliśmy muzyczny riff, który dał podwaliny heavy metalowi. Pochodzące z 2013 r. „End of the Beginning", równie klimatyczne i rozbudowane, brzmiało jak młodszy muzyczny brat wspomnianego „N.I.B.". Lata mijają, a Osbourne, Butler i Iommi trzymają kalasę, co tylko zwiększa apetyt na następcę „13". Muzycy nie chcą zdradzić, czy ponowne wejdą do studia. Z pewnych źródeł, mam informację, że nowa płyta Black Sabbath nie jest wykluczona.
Z klasyków grupa zagrała jeszcze: „Fairies Wear Boots", instrumentalny „Rat Salad" ze wspaniałym solo perkusisty, którym całkowicie wkupił się w łaski publiczności.  Jednak największy entuzjazm zebrał nieśmiertelny „Iron Man". Pod sceną pozowali najodważniejsi, reszta tańczyła, uprawiała headbaning i stage diving. Dobre wrażenie zrobił kontrowersyjny singiel z ostatniej płyty „God Is Dead?". Świetnie wypadło „Dirty Women" ze słabszej płyty „Technical Ecstasy". Jeszcze szybciej niż w oryginale wybrzmiał kończący podstawowy set: „Children of the Grave" z „Master Of Reality". Na bis grupa wykonała porywającą ponad czterominutową wersję „Paranoid" z wplecionym intro utworu "Sabbath Bloody Sabbath". Na płycie hali publiczność popadła w amok. Usłyszeć ten riff na żywo, tę melodię zagraną przez oryginalny skład? Niezapomniane! A że nie zagrali w całości "Sabbath Bloody Sabbath", nie usłyszeliśmy: "Changes", "Sweet Leaf", "The Wizard"? Nie straconego. Kiedy Ozzy pod koniec występu grupy powstał z kolan oddając pokłony publiczności, obiecał że grupa wróci do Polski za rok!
Z wielkiej trójki rocka: Led Zeppelin, Black Sabbath, Depp Purple, tylko zespół Ozzy'ego Osbourne'a wciąż dumnie dzierży sztandar ciężkiego rocka. Robert Plant nie zgadza się na powrót Zeppelinów, a Deep Purple na żywo są dzisiaj tylko bladym cienie, wielkiego zespołu, którym był w przeszłości. Black Sabbath nie tylko nie mają się czego wstydzić, ale dobiegający siedemdziesiątki muzycy dają przykład młodszym jak tworzyć i grać głośnego rocka, zdobywając wciąż nowe pokolenia fanów.
Jacek Nizinkiewicz
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA