fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Stane na wirsycku, bede dyrektorem

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
Horyzont kury zakreśla smakowitość ziarna. Sypać karmę gospodarskiemu ptactwu na ćmielowski półmisek zamiast w błocko gumna - stracone zachody.
Kura tego nie doceni. Honoru nie pojmie. Kura czka na honor. Dizajn ma w kuprze, porcelana jej lata. Grzęda w kurniku, czy gniazdo w biurku biedermajer – nie kurze to dylematy. W kurzym światku liczą się: pszenica, jajka, kogut. Pokazuj kurze najpiękniejszą książkę świata – brak reakcji. Tłumacz, że ten dobrodziej z pszenicą podbiera jej jajka, a w komórce trzyma siekierkę i specjalny pieniek – do kury nie dotrze. Z mieszanki pereł i pszenicy kura wybierze ziarno. - „Takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy" – adekwatnie kwestię horyzontów ujmuje Mickiewicz.
Starożytni zostawili nam w spadku wizerunki ludzi z głową ptaków. Do dziś horyzont niejednej głowy przeczy jej człekopodobnej formie.
Palikot wyrzuca Beacie Kempie udział w Światowym Szczycie Kobiet w Malezji. Twierdzi, że Kempa, jako przeciwniczka ideologii gender, nie miała po co nań jechać. A wydawałoby się, że osoby upychające po krańcach świata swoje dochody i podatki nie mają moralnego prawa dyskutować o tym, co dobre dla budżetu państwa.
„To szczyt obłudy i hipokryzji korzystać z tego, że można mieć fajną wycieczkę do Malezji za kilkanaście tysięcy złotych. Z kieszeni podatnika" – usłyszeliśmy. Wyznanie bezpośrednie, że wyjazd służbowy, reprezentacja Rzeczpospolitej są w świecie Palikota zwyczajną turystyką. Zarzut dla Kempy wynika z oczywistego, psychologicznego mechanizmu projekcji. Pszenica jest najważniejsza – z tym hasłem zgodzi się każda kura, bo cóż innego może leżeć w polu jej widzenia.
Zasadę projekcji ujmuje wyraziście krakowska kolęda „Ej, maluśki, maluśki". Niebo urządzone jest w niej dokładnie tak, jak swój raj wyobraża sobie góral, który wyśpiewuje chwałę Bożego Dzieciątka. Mały Jezusek leży tam „u tatusia" na ciepłym przypiecku i „fajecke se kurzy".
Drobiowa perspektywa u ludzi, skupienie się wyłącznie na worku z pszenicą, jak wszystko co małe i krótkowzroczne, bywa jednak ryzykowne. Naczelny ruchowiec kraju powinien, po pierwsze, pilnie skonfrontować przynajmniej z panem premierem swój pogląd na temat korzyści ze służbowych wyjazdów, gdyż ten mógłby się mocno obrazić na jego płytką ich interpretację. Upewniliśmy się też, że każdy państwowy pieniądz wydany przez ruchowców na reprezentację za granicą wyrzucamy w błoto. Wyjazd służbowy pojmowany przez takich jako darmowy przelot i full pension jest rzeczywiście nie do przyjęcia.
Jednocześnie jest ewidentne, że każdy, kogo niepokoi zgubna ideologia, powinien jak najdokładniej poznać ją oraz jej środowisko. Zorientować się, co naprawdę preparuje się ludzkości. Tylko wówczas możliwa jest merytoryczna dyskusja. Można przypuszczać, że na zjeździe kobiet poseł Kempa miała okazję zapalić się do gender, by następnie szczepić je w Polsce. Niewykluczone też, że jej awersja do tej ideologii wzmocniła się właśnie dzięki uczestnictwu w malezyjskiej konferencji.
Kardynał Wyszyński pisał na temat kadry bezpieki, dozorującej go w pustelni klasztoru w Stoczku Warmińskim:
„To są przecież poszukiwacze łatwych dróg i wygodnego życia. Któż z nich zna dobrze doktrynę marksizmu? A kto w nią wierzy? Bodaj, czy nie ja jeden w tym domu przestudiowałem „Kapitał" trzy razy, poczynając jeszcze w Seminarium!" ( „Zapiski więzienne" ).
Do problemów teorii i praktyki gender tak samo podchodzi ksiądz Oko. Jego oczytanie w światowej literaturze, udział w konferencjach naukowych wypływają właśnie z potrzeby racjonalnego ujęcia tego nowego trendu. A w zlaicyzowanej Francji przeciwko gender demonstrują już na ulicach miliony. Po pazernym na pszenicę, kurzym łebku nie spodziewajmy się jednak zrozumienia i szacunku dla woli obiektywnego poznania oraz argumentów prawdy. Kurzy łebek sens życia każdego księdza upatruje w kupnie auta, ufundowanym wikcie i molestowaniu dzieci. To projekcja, czyli każdy sądzi podług siebie.
Zaduma nad projekcją nie jest sportem dla optymistów. Gdy prawda wychodzi na jaw jak przysłowiowa małpa z pokrzywy, to widok jej może porazić.
W tegoroczną zbiórkę fundacji Owsiaka włączył się wicepremier Piechociński. Na aukcję przekazał on „dzień w fotelu wicepremiera" łącznie z dysponowaniem służbową limuzyną i ochroną BOR-u. Gdy zastanowić się, na czym ma polegać istotna wartość owego towaru, to wniosek o tym, jak na szczytach władzy można rozumieć służbę państwową, wydaje się porażający, zwłaszcza dla tych, którzy roją o rządach ludzi z powołaniem.
Pomińmy bulwersujące aspekty tego dziwnego daru - fakt, że penetracja gabinetu wicepremiera państwa, topografii obiektu, harmonogramu pracy wicepremiera, wiedza o organizacji i wyposażeniu kancelarii są sprawą do kupienia. Załóżmy, że wątpliwość, co do tej okazji dla jakichś niepowołanych sił – wywiadów, agentur z nowoczesnymi pluskwami – jest naiwną dziecinadą. Nie pytajmy o podstawę prawną całej akcji. Mniejsza o wycenę i sposób fakturowania owej oryginalnej usługi. Oczywista, gdyby wicepremier sięgnął po prostu do własnego, prywatnego portfela, to dopiero wtedy można byłoby mówić o klasie.
Pochylmy się nad pytaniem, co tak wartościowego oprócz zaspokojenia naiwnej ciekawości sprzedaje wicepremier? Szczególnie, w czym upatruje on pokusę przejażdżek rządową limuzyną oraz spacerów w obstawie BOR- u, który wszak nie pracuje dla żartu. Chodzi o komfort uczucia, że jest się grubą, cenną rybą? Że ludzie muszą, po prostu muszą marzyć o byciu taką fiszą? O samym, wypreparowanym splendorze władzy? Oferta wicepremiera jest jak przyznanie się do szalonej satysfakcji z możliwości błyszczenia w otoczeniu dworu, pomykania uprzywilejowaną kolumną między pospólstwem. Nie do wiary, że takie proste, żałosne uczucia mogą kłębić się za szybami tych ważnych samochodów. Mimo wszystko, wierzyłam dotąd, że jeżeli nawet, to w nawale zajęć pustota tego rodzaju przechodzi szybko, zaszczyt powszednieje, a w przywilejach kryje się konieczność, wynikająca z obowiązku i wagi spraw Rzeczpospolitej. Nie przypuszczałam, że to aż taka przyjemność, gdy prostaczki gapią się z podziwem i usuwają grzecznie z ulicy. To ma być więc piękno tych szczytów...
-„ Ni mom chynci do roboty
Ani rano, ni wiecorem
Hej, stane na wirsycku, bede dyrektorem! " – tak, po góralsku, brzmią słowa tekstu Leszka Aleksandra Moczulskiego. Jest to piosenka o zabawnych wyobrażeniach prostego człowieczka o szczytach władzy. Stworzona dla żartu.
Źródło: W Sieci Opinii
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA